Głos Pana Boga

Wierzę i doświadczam tego, że Pan Bóg mówi do mnie przez różne wydarzenia oraz osoby, które spotykam, także przez to, co czytam i oglądam. Odkryłam, że również przez...fotografie, które robię! Mimo, że pewnie nie zawsze potrafię te Boże słowa i znaki dobrze i w porę odczytać, to podoba mi się taka komunikacja z Nim!

Wśród setek zdjęć, które robię, niekiedy zdarzają się wyjątkowe. Nie chodzi tu o ich estetykę, ciekawy temat czy inne walory wizualne. Często są to zdjęcia po prostu jedne z wielu, a w niektórych przypadkach nawet nieudane, choć jak się przekonałam wiele razy - tylko pozornie.Ich niezwykłość polega na tym, że z każdym z nich wiąże się pewna historia przez którą, jak mam wrażenie, Pan Bóg chciał mi coś powiedzieć. Najczęściej ta świadomość przychodziła dużo później, kiedy na spokojnie przeglądałam zdjęcia na komputerze.Poniżej kilka wybranych fotografii, które stały się dla mnie w sposób bardziej wyraźny niż inne, czytelnym głosem Pana Boga.

Fot. VICONA / CC-BY-NC-ND 4.0

Autor: Dorota Porzucek


Kościół schronieniem przed życiowymi burzami 2 lipca 2016 r. przed godz. 16.00 przeszła nad Poznaniem bardzo krótka, ale silna burza, która wyrywała drzewa z korzeniami. Nic nie widziałam, bo akurat chwilę wcześniej weszłam do kościoła farnego, żeby zrobić m.in. to zdjęcie (niech nikogo nie zmyli to światło z okien - to efekt długiego czasu naświetlania, w rzeczywistości w środku było dość ciemno). Dochodziły do mnie tylko jakieś przytłumione szumy, widziałam zmokniętych ludzi, którzy wstępowali, aby się schronić. Masywne mury kościoła dawały jednak poczucie bezpieczeństwa. Widząc potem ogrom zniszczeń, cieszyłam się, że mnie to ominęło, i że znalazłam się wewnątrz zanim w ogóle jeszcze pojawiły się pierwsze oznaki nadchodzącej burzy.Przyszła potem bardzo jasna myśl, że tak jest w rzeczywistości - tylko w Kościele mogę schronić się przed burzami, które przetaczają się przez moje życie, a także przed burzami i złem, które dopiero mogą na ten świat nadejść, choć teraz wydaje się to takie odległe. Kto jest poza Kościołem, ale może jeszcze niezbyt daleko, ten, choć przemoczony, może jeszcze zdąży do niego wrócić, ale kto odszedł zbyt daleko, może bardzo ucierpieć lub nawet zginąć. Najlepiej trwać w Kościele zawsze, także w czasie pomyślności, kiedy święci nam słońce, bo wtedy, gdy nadejdzie burza, to na pewno nam ona nie wyrządzi szkody.


Bazylika kolegiacka Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i św. Marii Magdaleny w Poznaniu (fara poznańska).

Jesteśmy piękni Twoim pięknem Panie Kolejne zdjęcie powstało również 2 lipca 2016 r., po skończonej nawałnicy, kiedy wychodziłam z kościoła farnego. Nie wiem właściwie dlaczego je zrobiłam, nie miałam żadnej sprecyzowanej wizji, chyba bardziej na zasadzie, że „może się do czegoś przyda”. Zamieszczam tutaj wersję „przed” i „po”, czyli zdjęcie zupełnie surowe, jakie wyszło z aparatu i zdjęcie po prostej obróbce, na którym dodałam też tekst tworząc tzw. mema. Przeglądając jednak zdjęcia z tamtego dnia, w pierwszej chwili to skazałam na usunięcie, nie widząc w nim żadnego potencjału. Miałam już dosłownie pod palcem przycisk „usuń”, kiedy nagle zmieniłam zdanie. Zaczęłam je na szybko obrabiać i nagle z cieni wyszły fajne bliki światła (bokeh), których dotąd nie było prawie widać (zaleta pracy na RAW-ach!), a całość nabrała klimatu. Potem przyszedł pomysł, aby zrobić mema. Ostatecznie ucieszyłam się, że nie usunęłam tego zdjęcia! Co mi powiedziało to doświadczenie? To, że Pan Bóg może i chce podobnie nas upiększyć, naszą duszę, chociaż wydaje się, że jesteśmy marnym materiałem i zupełnie nie rokujący. On potrafi zrobić coś niesamowitego z niczego, dostrzec w nas piękno, którego my sami już nie widzimy. Nie przekreślajmy więc, nie skazujmy siebie lub kogoś "na usunięcie", nie widząc już nadziei na poprawę. Sami z siebie jesteśmy mdli i szarzy jak to pierwsze zdjęcie, ale On ma moc, aby nas ubarwić i wypełnić Swoją treścią, wlać w nas swoje światło. Trzeba Mu tylko powiedzieć: „Ufam Tobie.”


Widok z kruchty Kościoła farnego na ulicę Świętosławską.

Patrz na Mój Krzyż.

3 czerwca 2016 r. w Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa robiłam zdjęcia na Mszy Świętej w kościele Najświętszego Serca Jezusa i św. Floriana w Poznaniu. Myślałam, że ta fotografia się nie udała, ponieważ w momencie Przeistoczenia nie trafiłam z ostrością, która skupiła się na… krzyżu za plecami abp Gądeckiego, który sprawował Eucharystię. Ale zaraz, zaraz… - pomyślałam oglądając zdjęcie - Przeistoczenie jest przecież momentem uobecnienia się ofiary krzyżowej Pana Jezusa, więc może to nie przypadek? Może to po to, aby nauczyć mnie skupiania swojego duchowego wzroku właśnie na Krzyżu, podczas gdy oczy cielesne widzą tylko biały opłatek?


Msza Święta pod przewodnictwem Abp Stanisława Gądeckiego w Kościele Najświętszego Serca Jezusa i św. Floriana w Poznaniu.

Cud Eucharystyczny. Ciekawe zdarzenie spotkało mnie 9 maja 2016 r. podczas robienia zdjęć w kościele pw. św. Jacka w Legnicy, w którym 25 grudnia 2013 r. miał miejsce Cud Eucharystyczny (na Hostii, która upadła na podłogę pojawiła się po pewnym czasie krew). Było to jeszcze przed oficjalnym wystawieniem Relikwii Hostii do publicznego kultu. W kościele trwała Adoracja Najświętszego Sakramentu. Pewien pan, który się tam modlił, widząc mnie z aparatem, poprosił o zrobienie zdjęcia zbliżenia Hostii i wysłanie mu go na maila. Sądził, że patrzy już na wystawioną Relikwię, ponieważ dostrzegał na niej jakieś „plamki”. Wiedząc, że Relikwie nie są jeszcze wystawione i że w monstrancji jest „zwykła” Hostia, zrobiłam jednak zdjęcie i pokazałam mu je na wyświetlaczu. Plamki na niej okazały się padającymi cieniami wygrawerowanych gwiazdek na szkiełku, za którym umieszczona była Hostia. Pan był wyraźnie zawiedziony. Nie chciał już zdjęcia. Oczywiście jego reakcja jest zrozumiała, nie dziwię się jej, pewnie też miałabym podobną, ale pokazała mi ona, gdy myślałam o tym potem, jak bardzo jesteśmy skłonni uważać widzialne cudowności za bardziej wartościowe, jakby „lepsze”. A tymczasem Hostia w monstrancji to jest to samo Ciało Pana Jezusa co na Relikwii z Cudu Eucharystycznego, tylko ukryte. Co więcej, taki sam cud ma miejsce podczas każdej Mszy Świętej.


Adoracja Najświętszego Sakramentu w Kościele pw. św. Jacka w Legnicy.

Paparazzi? Zdjęcie z 15 sierpnia 2015 r. z mojego drugiego pobytu w klasztorze ss. Benedyktynek w Staniątkach, gdzie w czerwcu realizowałam projekt. Tego dnia klasztor otwarty był dla zwiedzających w ramach Nocy Cracovia Sacra. Skorzystałam z tej okazji, aby uzupełnić mój projekt o jeszcze kilka zdjęć. Bardzo chciałam pokazać codzienne życie sióstr w możliwie najróżniejszych sytuacjach; podczas modlitwy, przy pracy, w czasie odpoczynku. Wiele z tego zrealizowałam, ale nie wszystko. Bardzo chciałam na przykład zrobić zdjęcia w bibliotece i kuchni klasztornej, co mi się nie udało. Jedyne zdjęcie małego fragmentu kuchni, jakie udało mi się zrobić wyszło fatalnie: jest poruszone i źle, przypadkowo skadrowane, także nie nadawało się oczywiście do umieszczenia w projekcie. Nic dziwnego jednak, że takie jest, było bowiem zrobione w pośpiechu, po tym jak ukradkiem weszłam do kuchni, wstyd się przyznać, bez pozwolenia i również bez pozwolenia, na szybko chciałam zrobić kilka zdjęć. Ewentualnie potem spytać o zgodę... Siostra, która akurat tam pracowała, stanowczym głosem kazała mi wyjść. I bardzo słusznie! Byłam oczywiście zawstydzona swoją postawą, ale zrozumiałam dzięki temu, że nie powinnam zachowywać się jak paparazzi, nawet jeśli wydaje mi się, że robię coś w dobrym i świętym celu. Jeśli to miałoby być wbrew czyjejś woli, natarczywe i bez wyczucia sytuacji, to nie byłoby to dobrem. Cel nie uświęca środków. Inną rzeczą, którą zrozumiałam, było to, aby nie być zachłanną: dziękować Panu Bogu za te zdjęcia, które dane mi było zrobić (a było za co dziękować), a nie skupiać się na próżnym żalu za tymi, które bardzo chciałabym mieć. To się zresztą odnosi nie tylko do fotografii.


Kuchnia w klasztorze ss. Benedyktynek w Staniątkach.

Pozwolenie od Jezusa Trochę przeciwna sytuacja do opisanej powyżej zdarzyła mi się 14 lipca 2014 r. w klasztorze św. Marona w Libanie, gdzie przebywał św. Charbel. Mimo mojej spontanicznej postawy przy robieniu zdjęć, graniczącej pewnie niekiedy z bezczelnością, kiedy widzę, że gdzieś jest zakaz robienia zdjęć, to z bólem serca, ale powstrzymuję się. Chyba, że zakazu nie zauważę... tak jak było w tym wypadku. W klasztornym muzeum zrobiłam wiele zdjęć pamiątek po świętym, bez których mój projekt byłby o tyle bardziej ubogi. Jedna z fotografii, zamieszczonych poniżej, przestawia pierwszą trumnę, w której spoczywało ciało św. Charbela, z widocznymi na materacu i tunice plamami, powstałymi z wyciekającej z ciała świętego tajemniczej surowicy o cudownych właściwościach. Dopiero po wykonaniu wszystkich zdjęć, zauważyłam wiszący na ścianie zakaz, czując dosłownie jak Pan Bóg kieruje tam mój wzrok. Wydaje mi się jednak, że właśnie dzięki temu, że znał moją gotowość do rezygnacji z robienia zdjęć, gdybym wiedziała o zakazie (w czym odczytałabym Jego wolę), to pozwolił mi je zrobić. Podobna sytuacja przydarzyła mi się jeszcze kilka razy. Myślę, że Pan Jezus pozwoliłby mi robić zdjęcia w wielu miejscach, ale czasem uzależnia swoje pozwolenie od woli ludzi. Tak było również, gdy robiłam moment Przeistoczenia podczas Mszy Trydenckiej w jednym kościele. Zwykle nie pytam o zgodę kiedy wyczuwam, że sprawujący Eucharystię kapłan nie miałby nic przeciwko (rzeczywiście, zdarzyło mi się, że kiedy potem z nimi o tym rozmawiałam, to albo uśmiechali się ze zrozumieniem, albo wręcz dziękowali za zdjęcie, które im później wysłałam). W jednym wypadku chciałam jednak spytać o pozwolenie, ponieważ wiedziałam, że ten akurat ksiądz, którego zresztą bardzo szanuję, mógłby nie być zadowolony. I rzeczywiście, nie był temu zbyt przychylny, ale ostatecznie zgodził się. Jednak po Mszy pewna pani zaczepiła mnie, chcąc wyrazić przede mną swoje oburzenie na to, co zrobiłam... Miałam mimo to spokój sumienia, wiedząc, że wola Pana Boga wyraziła się poprzez osobę księdza, który dał zgodę.


Trumna św. Charbela z widocznymi plamami, powstałymi z wyciekającej z ciała świętego tajemniczej surowicy o cudownych właściwościach.

Anioły pana Stanisława 14 sierpnia 2015 r. weszłam z koleżanką do pewnego sklepu z pamiątkami na krakowskim rynku, aby kupić drobny upominek dla jednej siostry zakonnej. Wyszłyśmy z dwoma przepięknymi ikonami Matki Bożej, zupełnie za nie nie płacąc! Nie, nie ukradłyśmy ich, to sama Matka Boża chciała przyjść do nas w ten sposób… Sklep prowadzi pan Stanisław, prawdziwie Boży człowiek. Kiedyś chciał zostać księdzem, był dwa lata w seminarium, ale ostatecznie Pan Bóg dał powołanie do małżeństwa. Dziś ma sklep na krakowskim rynku, już od ćwierć wieku. Sklep z pamiątkami, ale pełno w nim też ikon i świętych obrazków. Mówi, że anioły przysyłają mu dobrych klientów. Od razu rzuciły nam się w oczy te niezwykłe ikony, a pan Stanisław potrafił dużo i pięknie o nich opowiadać. Pisane są (bo ikony się pisze, a nie maluje) przez krakowską malarkę, panią Sosnowską, artystkę od trzech pokoleń. Tworząc je, bardzo powoli i starannie, mocno skoncentrowana, modli się. Ja zakochałam się w Matce Bożej Nieustającej Pomocy... Śliczna, zawsze chciałam mieć podobną. Ale była droga i nie planowałam akurat wtedy kupować ikony. Koleżance spodobała się mniejsza, Matki Boskiej Częstochowskiej. No ale ostatecznie, po dyskretnych „namowach” pana Stanisława, zdecydowałyśmy się je wziąć, i to dosłownie! ponieważ zaproponował nam on, że możemy mu zapłacić "potem", przelewem i to nawet w ratach... Ani chwili nie zawahał się wręczając nam starannie zapakowane obrazy. Nie znał nas, nie chciał żadnych namiarów, nazwisk, telefonów. Dał tylko swoją wizytówkę i zaufał. Myślę, że mimo wszystko nie jest on naiwnym człowiekiem. Myślę, że w całym swoim życiu kieruje się po prostu niesamowitym zaufaniem do Pana Boga (bał się tylko co znowu powie żona na taki jego "handel"). Może to anioły przyprowadziły nas do jego sklepu, albo nawet sama Matka Boża?


W sklepie pana Stanisława na krakowskim rynku.

Pomóż! Zdjęcie z wycieczki na Kubę z 16 maja 2012 r. Organizator zabrał nas na przejażdżkę słynnymi zabytkowymi amerykańskimi autami, które na kubańskich ulicach można spotkać w takich ilościach jak nigdzie na świecie. Ten miły pan, to nasz wynajęty kierowca, którego poprosiłam o zapozowanie. Chętnie zgodził się. Ilekroć jednak patrzę na to zdjęcie, mam duże wyrzuty sumienia, że nie odwdzięczyłam mu się chociaż drobną zapłatą. Myślę, że miał prawo spodziewać się tego, ponieważ jest to w zwyczaju każdego fotografa (a przynajmniej powinno być), że kiedy prosi się kogoś o zdjęcie w tak biednym kraju jak Kuba, to jakiś drobny przynajmniej pieniążek powinno się ofiarować. Będąc tam zdążyłam się już zorientować jak niski jest poziom życia większości Kubańczyków i jak małe są ich zarobki. W wielu przypadkach mogą tylko liczyć na hojność turystów… Niestety zbyt dobrze się bawiłam, aby o tym pomyśleć! Być może trochę wyolbrzymiam to moje poczucie winy, ale to może dobrze. Dało mi to bardzo do myślenia, żeby nie widzieć tylko siebie, ale dostrzegać też obok drugiego człowieka, który choć się nie upomina, to często czeka na naszą pomoc.


Kierowca zabytkowej taksówki na Kubie.

7 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg