Aborcja nie jest jedynym wyjściem. Prawdziwa historia Abby Johnson

Kobiety, doświadczając bliskości i troski nawet ze strony obcych ludzi, rezygnowały z aborcji. Dlatego pamiętajcie: postawa pro-choice nie jest postawą „za wyborem”. To stawianie pod ścianą kobiet, które najczęściej są w dramatycznej sytuacji i dlatego uznały, że ich jedynym wyjściem jest aborcja. A to jest zawsze złe wyjście.

fot. Unsplash



Abby Johnson przez kilkanaście lat pracowała w klinice Planned Parenthood, w tym przez 8 lat była dyrektorem tej kliniki. Podpisała 22 tysiące zgód na aborcje, dokonała też dwóch aborcji na własnych dzieciach. Obecnie, po swoim nawróceniu, poświęca się działalności pro-life. Jest matką ośmiorga dzieci i szczęśliwą żoną. Kilka lat temu, wraz z mężem Dougiem, zdecydowała się porzucić protestancką wspólnotę i wstąpić do Kościoła katolickiego. Do polskich księgarń trafiła jej książka „Nieplanowane”, a od 1 listopada w polskich kinach wyświetlany jest film pod tym samym tytułem. Wybór daty 1 listopada na premierę filmu jest nieprzypadkowy. Chcieliśmy przypomnieć, że dzieci, które zostały zabite w wyniku aborcji to też ludzie, a nie „zlepki komórek”, że one też miały szanse żyć na ziemi. Chcemy przywołać pamięć o nich – tłumaczy Maciej Bodasiński, jeden z dystrybutorów filmu.


W wywiadzie przeprowadzonym przez Dorotę Łosiewicz dla tygodnika "Sieci", Abby Johnson opowiada o kulisach działalności największej amerykańskiej organizacji dokonującej aborcji oraz o swojej przemianie.



Dla tych, którzy nie widzieli jeszcze filmu ani nie czytali książki „Nieplanowane", pytanie zasadnicze. W jakich okolicznościach zrozumiała pani, czym jest aborcja?


Abby Johnson: Nie zapomnę tego do końca życia. Wzięłam udział w aborcji, na własne oczy widziałam, jak specjalna rurka wsysa dziecko. To był wstrząs. Wierzyłam wcześniej w to, co powtarzali zwolennicy aborcji: że nienarodzone dziecko nie czuje, że to zbiór komórek, które można usunąć. Ale kiedy na ekranie USG zobaczyłam, jak malutkie dziecko walczy o życie, walczy o to, by nie zostać wyssanym z macicy, z miejsca, gdzie dotąd czuło się tak bardzo bezpieczne, niemal straciłam panowanie nad sobą. To była chwila, która zdecydowała: wiedziałam wtedy, że muszę odejść z kliniki aborcyjnej, którą kierowałam od ośmiu lat.


Co pani wtedy czuła?


Gdy przekroczyłam drzwi gabinetu zabiegowego, przekonywałam samą siebie, że to tylko rutynowy zabieg. Powtarzałam w głowie słowa, które słyszałam od swoich przyjaciół z Planned Parenthood: „Ono nic nie czuje”, „Jeszcze kilka minut i będzie po wszystkim”. A przecież sama wtedy miałam już dzieci, pamiętałam ich obraz na USG. I tamto dziecko wyglądało dokładnie tak samo. Kiedy widziałam, jak toczy nierówną walkę z mającą je wessać rurką, zrobiło mi się słabo. To było zbyt wiele.


Wcześniej stała się pani pracownicą roku Planned Parenthood...


Praca w PP była dla mnie życiową pasją. Nie wątpiłam, że pomagam kobietom. Proszę pamiętać, że przedstawiciele tej organizacji często powtarzają, że ich działalność to nie tylko aborcje, lecz także diagnostyka i leczenie wielu chorób. Dla mnie to stanowiło wartość. Dlatego oprócz dobrej pensji i satysfakcji z wykonanej pracy miałam poczucie misji...


Te dwa momenty dzielą lata świetlne.


Tak. Przeszłam długą i bardzo trudną drogę. Ale cieszę się, że to już za mną, że dzisiaj jestem w innym miejscu.


Skąd taka ścieżka kariery?


Nigdy nie należałam do osób, które marzyły o korporacyjnej karierze. Na studiach poznałam wolontariuszkę PP, która przekonała mnie, że klinika należąca do tej organizacji to dobre miejsce dla osoby takiej jak ja. Jestem bardzo emocjonalna, lubię ludzi i cieszę się, kiedy mogę im pomagać. Początkowo martwiłam się tym, że PP słynęła głównie z aborcji, ale wolontariuszka przekonała mnie, że tak naprawdę chodzi o coś innego: aborcja to ostateczność, a kliniki pomagają zagubionym i chorym kobietom. Trudno mi było zaoponować, choć oczywiście dzisiaj wiem, że było to kłamstwo.


Czy miała pani, po przemianie, wyrzuty sumienia z powodu tego, co mówiła pani kobietom przed aborcją?


Do dzisiaj codziennie gorąco się modlę za te wszystkie kobiety, które pod moim wpływem dokonały aborcji. Myślę o nich i o tych dzieciach bardzo często. Podpisałam ponad 20 tys. zgód na aborcję. Ale mimo to, proszę pamiętać, nie przekonywałam kobiet do aborcji. Zawsze twierdziłam, że aborcja to zło. Mój wielki błąd polegał na tym, że uważałam ją za „mniejsze zło”. Wychodziłam z założenia, że w ostateczności kobieta ma prawo zdecydować o aborcji. Mimo to starałam się przedstawić pacjentkom kliniki inne możliwe opcje. Nie zmienia to oczywiście faktu, że miałam udział w tym procederze, szczególnie wtedy, gdy kierowałam kliniką i podpisywałam zgody na aborcje.


Czy ma pani poczucie, że z tego zła wyniknęło dobro?


Tkwiłam w kłamstwie. Oszukiwałam innych, oszukiwałam też samą siebie. Wiele osób przez wszystkie te lata powtarzało mi, że aborcja to zło. Ja jednak byłam przekonana, że w PP jestem po to, by te aborcje ograniczyć. Gdy pracowałam w klinice, doświadczyłam wiele dobra od osób, które stały po drugiej stronie barykady. Wierzę, że dzięki nim Pan Bóg dotknął mojego serca i radykalnie je odmienił. Dzisiaj, mam nadzieję, przynosi to konkretne owoce.


Chciałaby pani cofnąć czas i nigdy nie zacząć przygody z przemysłem aborcyjnym?

Staram się tak o tym nie myśleć, bo to po prostu niemożliwe. To wszystko wydarzyło się w moim życiu. Nie patrzę jednak na przeszłość z bezradnością. Wiem, że moja historia to dowód na to, że każdy może doświadczyć Bożej miłości, a miłosierdzie Boga jest niezmierzone. Chciałabym, żeby o tym dowiedziało się jak najwięcej ludzi.


Po której stronie łatwiej stać: pro-life czy pro-choice?


Nie jestem pewna, czy „łatwiej” to dobre słowo. Mam wielu znajomych, którzy pracują lub pracowali w klinikach aborcyjnych, i wiem, że wielu z nich ma dobre intencje. Są jak ja przed laty. Wierzą w to, co robią, i uważają, że jest to rodzaj misji. To zła ocena sytuacji, dlatego założyłam specjalną organizację „I nie było już nikogo", która ma stanowić alternatywę dla takich osób. Tam pozwalamy im zrozumieć, na czym polega zakłamanie takich organizacji jak PP, ale przede wszystkim udzielamy im pomocy w sferze duchowej, psychologicznej, a jeśli trzeba – również materialnej. Osobiście czuję dzisiaj wielką ulgę, że nie jestem już w PP. Zostawiłam tam przyjaciół i wiele lat ciężkiej pracy, ale kiedy opuściłam klinikę, poczułam, jakby wielki kamień spadł mi z serca.


Wspomina pani w książce, że po obu stronach są różne ludzkie postawy. Co ma pani na myśli?



Abby Johnson

Chodzi o to, że nie powinniśmy klasyfikować ludzi wyłącznie z powodu ich deklarowanej przynależności: pro-life lub pro-choice. To popularny podział, jednak wiem, że po obydwu stronach można spotkać ludzi dobrych i złych. Nie zmienia to w żaden sposób poglądu na aborcję. To oczywiście zło. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że ludzie, którzy odpowiadają za wykonywanie aborcji, często mają dobre pobudki. To ważne, bo dzięki temu możemy wielu z nich przekonać, że czynią zło. Ja właśnie przeszłam taką drogę. Otwartość ludzi z Koalicji dla Życia, ich serdeczna postawa wobec mnie, a także zachowanie pod klinikami były dla mnie przez wiele lat solą w oku. Z jednej strony przekonywano mnie, że to nasi przeciwnicy, wrogowie. Wiele razy sama medialnie z nimi walczyłam. A z drugiej strony widziałam coś zupełnie przeciwnego: rozmodlonych ludzi, którym naprawdę zależało na tych kobietach decydujących się na aborcję. Oni nigdy nie pochwalali tego, co robię, ale też nigdy nie przekreślili mnie, nie okazywali mi niechęci. Dzięki temu, kiedy postanowiłam porzucić pracę w klinice, udałam się do siedziby Koalicji dla Życia. To było dla mnie trudne, ale nie niemożliwe.


Jak radzą sobie inni byli pracownicy przemysłu aborcyjnego?


Staram się pomagać takim osobom. Dotąd udało mi się wyciągnąć z klinik aborcyjnych 525 osób. To często bardzo trudne przypadki. Wymagają bardzo zaawansowanej pomocy. Uwikłanie w aborcję to naprawdę poważna sprawa. Wychodzenie z tego to często długa droga.


Co chciałaby pani powiedzieć tym, którzy wciąż w tym przemyśle tkwią?


Że nie pomagają w ten sposób kobietom, nawet jeśli ktoś przekonał ich, iż jest inaczej. Nie jest to też żaden wybór dla kobiety, bo kiedy przychodzi ona do kliniki aborcyjnej, już jest pozbawiona wyboru. Jej decyzja to często efekt presji otoczenia, osamotnienia, wręcz odrzucenia. Jest często zdesperowana. Widziałam przypadki, gdy obrońcy życia pod drzwiami mojej kliniki przekonywali kobiety, że istnieje inne wyjście. I to działało. Kobiety, doświadczając bliskości i troski nawet ze strony obcych ludzi, rezygnowały z aborcji. Dlatego pamiętajcie: postawa pro-choice nie jest postawą „za wyborem”. To stawianie pod ścianą kobiet, które najczęściej są w dramatycznej sytuacji i dlatego uznały, że ich jedynym wyjściem jest aborcja. A to jest zawsze złe wyjście. Sama dokonałam dwóch aborcji, mam do czynienia z kobietami, które tego doświadczyły. To piętno odciśnięte na psychice, które pozostaje właściwie do końca życia.


A co stoi za tym przemysłem: niewiedza, chęć zysku, chęć niesienia pomocy?


Jest tam właściwie wszystko to, co wymieniłaś. Znałam i znam wiele osób zaangażowanych w aborcje, autentycznie chcących nieść kobietom pomoc. Jako szefowa kliniki spotkałam się też jednak z postawami moich przełożonych, którzy wywierali na mnie presję, by zwiększyć liczbę aborcji w mojej klinice. Chodziło oczywiście o wzrost zysków. Zawsze wychodziłam z założenia, że każda kobieta, która zrezygnowała z aborcji na etapie konsultacji, to sukces. Jednak moi przełożeni byli innego zdania.


Myśli pani czasem o swoich nienarodzonych dzieciach?


Tak, bardzo często. Przez wiele lat w ogóle nie potrafiłam o tym mówić. Dzisiaj robię to z wielkim bólem, ale jestem świadoma, że mówienie o tym może ochronić wiele kobiet przed popełnieniem podobnego, strasznego błędu.


Dlaczego kobiety decydują się na aborcję?


Bo są pozbawione wyjścia. Sama zdecydowałam się na aborcję, ponieważ czułam się psychicznie rozbita, opuszczona, pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia. Mój ówczesny mąż – było to jeszcze przed moim nawróceniem – od razu zadeklarował, że dziecka trzeba się pozbyć. Przy drugiej ciąży rozstawałam się z tym mężczyzną i byłam pewna, że powiedzenie mu o dziecku skończyłoby się tak samo jak za pierwszym razem. Decyzja o aborcji to ostateczność. Ciąża to dla kobiety wielkie wyzwanie nie tylko fizyczne, lecz także psychiczne. Jeżeli ojciec dziecka nie jest prawdziwym mężczyzną i nie potrafi udzielić kobiecie wsparcia, a bliscy powtarzają, że jej ciąża to kłopot i ciężar, otwiera to drogę do decyzji o aborcji. To pokusa, by „łatwo” pozbyć się „problemu”. Konsekwencje są przerażające, ale wtedy żadna kobieta o tym nie myśli. Skupiona jest na tym, by rozwiązać „problem”, pozbyć się „ciężaru”. Dlatego tak bardzo ważne jest, by kobietom w ciąży okazywać troskę i miłość. Trzeba się nimi opiekować. Jeśli rodzice chcą wychowywać swoje dzieci pro-life, niech powtarzają swoim córkom, że nigdy z żadnym problemem nie zostaną same i zawsze mogą się do nich zwrócić o pomoc. Synom zaś powinni mówić, że związek to odpowiedzialność, a ojcostwo wymaga od nich troski nie tylko o dziecko, lecz także o jego matkę. Bycie pro-life na co dzień to także troska o nasze koleżanki czy przyjaciółki. Jeśli są w ciąży – niech mają w nas wsparcie. Niech wiedzą, że zawsze mogą liczyć na naszą pomoc.


Czy znalazła pani szczęście w wielodzietności?


Tak, rodzina to najpiękniejsze, co mnie spotkało.


W wielu krajach aborcja jest legalna do dziewiątego miesiąca, inne chcą taką aborcję zalegalizować. Co by pani im powiedziała?


Aborcja to zło, bez względu na to, w jakim miesiącu życia się ją wykonuje. To odbieranie życia drugiemu człowiekowi. Jestem przeciwna aborcji i uważam, że prawo nie powinno jej dopuszczać. Bez wyjątków. Natomiast prawny zakaz aborcji nie może być ostatecznym celem obrońców życia. To jest środek do celu. Celem jest to, by kobiety nie decydowały się na ten krok. By tak się stało, nie wystarczy tego zadekretować. Istnieje bowiem silne podziemie aborcyjne. Powinniśmy proponować kobietom jasną alternatywę dla aborcji. To muszą być konkretne kroki: otoczenie opieką, pomoc duchowa, psychologiczna oraz wsparcie materialne. Kobiety muszą wiedzieć, że aborcja nie jest jedynym wyjściem.


Aktorka grająca panią w filmie „Nieplanowane" poznała swoją historię dzięki tej roli. Była pani zaskoczona takim obrotem sprawy?


Jej historia jest niesamowita. Dzięki filmowi dowiedziała się, że jej mama chciała usunąć ciążę. Ale czy byłam bardzo zaskoczona? Chyba nie. W Stanach Zjednoczonych dokonanie aborcji jest znacznie łatwiejsze niż w wielu innych krajach. W Polsce nie ma klinik, które w określonych dniach dokonują aborcji. U nas to dzieje się w świetle dnia: kobiety wchodzą do klinik w ciąży i opuszczają je pozbawione tego daru.


Ma pani nadzieję, że dzięki pani książce i filmowi więcej ludzi pozna prawdę?


Wierzę w to. Jestem wdzięczna Bogu za to, co mi dał, i dlatego chcę się tym dzielić z innymi. Skoro mnie udało się przejść taką drogę, to czemu nie może się udać innym?


Do kogo adresuje pani swoje przesłanie?


Wydaje mi się, że moje przesłanie jest w jakiś sposób uniwersalne. Aborcja to bardzo poważny problem. Na całym świecie z jej powodu umiera każdego dnia wiele dzieci. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak wiele osób nadal twierdzi, że, aborcja stanowi wyjście z jakiejś trudnej sytuacji. To jest wielki dramat! Dramat dziecka, które umiera, oraz kobiety, która musi z tym dalej żyć. Chciałabym też poprzez swoją historię powiedzieć wszystkim, jak bardzo ważne jest, byśmy otaczali opieką i miłością naszych bliskich. Szczególnie kobiety w ciąży czy matki urodzonych już dzieci. One muszą czuć w nas wsparcie! No i wreszcie pamiętajcie o tym, że nawet jeżeli tkwicie w jakimś wielkim bagnie, to jest dla was nadzieja! Jest Bóg, który was kocha. Musicie Mu tylko zaufać i zrobić wszystko, by uwolnić się od zła. On zajmie się wszystkim innym.




Źródło: Sieci "Wierzyłam, że aborcja to mniejsze zło", nr 43(361) 2019

fot. Usplash



0 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg