Czy można trzymać się jakiejkolwiek religii, nie troszczyć o dogmaty, byle tylko „żyć dobrze”?


Otóż rozum sam mówi, że człowiek ma obowiązek szukać prawdy, i to prawdy całej, tym więcej, że dla człowieka nie jest rzeczą obojętną, w co wierzy, bo wszakże religia wpływa na całe jego życie, tak doczesne jak wieczne, i normuje wszystkie jego stosunki.

fot. VICONA



Fragment książki "Obrona religii katolickiej", św. bpa Józefa Sebastiana Pelczara


(…) spotykamy się z zarzutem, że wszystkie religie opierają się na prawdzie i dają człowiekowi jakieś prawidła życia: czyż zatem nie można pozostawić człowiekowi wyboru, jaką religię chce wyznawać?


Nie jest to rzeczą słuszną, bo jak Bóg jest jeden i prawda jedna, tak jedna tylko religia może być prawdziwa; inaczej trzeba byłoby twierdzić, że ma prawdę za sobą i ten katolik, który wierzy w to, czego Kościół naucza; i ten protestant, który nie uznaje Kościoła; i ten żyd, który odrzuca Zbawcę Jezusa Chrystusa; i ten muzułmanin, który Mohammeda uważa za boskiego proroka. W takim wypadku jedna prawda wyklucza drugą, co doprowadza do błędnego wniosku, iż wszystkie religie są fałszywe.


Jedna tylko religia katolicka ma czystą prawdę i całą prawdę, wszystkie zaś inne religie zawierają wprawdzie okruchy prawdy, ale pomieszane z błędami. Wszystkie też różnią się od religii katolickiej nie tylko obrzędami, ale i dogmatami, a więc są mniejszą lub większą jej deprawacją. Otóż rozum sam mówi, że człowiek ma obowiązek szukać prawdy, i to prawdy całej, tym więcej, że dla człowieka nie jest rzeczą obojętną, w co wierzy, bo wszakże religia wpływa na całe jego życie, tak doczesne jak wieczne, i normuje wszystkie jego stosunki.


Oprócz tego Bóg sam, jako Prawda Najświętsza i Świętość sama, nie mógł objawić religii fałszywej; skoro zaś objawił religię prawdziwą i wytknął pewną drogę do siebie, włożył tym samym na człowieka obowiązek, by przyjął tę religię i szedł tą właśnie drogą, inaczej nie dojdzie do zbawienia.


Twierdzić, że Bóg, dawszy objawienie, patrzy obojętnie, czy ktoś wierzy lub nie wierzy, czy przyjmuje prawdę całą, albo jej część tylko, czy się kłania fetyszom, Buddzie, Mohammedowi czy Chrystusowi, byłoby bezbożnością, bo negacją świętości Boga, który przecież kłamać i oszukiwać ludzi nie może, ani nie może być obojętnym na prawdę i fałsz.


Gdyby było wolno człowiekowi wyznawać religię, jaką chce, dlaczego Syn Boży w ludzkim ciele przyszedł na świat, dał się ukrzyżować i ustanowił Kościół swój, któremu kazał opowiadać Ewangelię wszystkim narodom? Dlaczego Chrystus Pan zagroził: „Kto nie uwierzy, będzie potępionymi?". Kto zatem nie przyjmuje, a względnie nie szuka jeżeli szukać może – prawdziwej religii, ten sprzeciwia się woli Bożej i wydaje na siebie wyrok potępienia; prawdziwą zaś może być tylko jedna religia, i to ta, którą Chrystus przez Kościół swój objawił.


Wobec tego nierozumne i antyreligijne jest dążenie tych nowych apostołów „religii ludzkości”, którzy chcieliby wszystkie religie zlać w jedno, tj. zostawić jedynie jakieś mgliste uczucie religijne i zaprowadzić na tym tle powszechne braterstwo ludów, albo przynajmniej wyłączyć z pojedynczych wyznań chrześcijańskich to wszystko, czym między sobą się różnią, by utworzyć, „chrystianizm istotny, niedogmatyczny i bezkonfesyjny".


Bezbożnym jest również twierdzenie deistów i racjonalistów, że nie trzeba troszczyć się o dogmaty, które są tylko wymysłami ludzkimi, mającymi ująć wierzenia religijne w pewne formuły, ale wystarczy żyć dobrze, tj. działać według zasad moralności wysnutych z samego rozumu.


Bo nie człowiek wynalazł prawdę religijną, ale objawił ją sam Bóg i nakazał przyjąć przez wiarę, pierwszym zaś obowiązkiem, jaki ta prawda wkłada, jest oddanie czci Bogu i zachowanie Jego przykazań. Po wtóre, moralność nie oparta na religii, tj. na wierze, nadziei i miłości, jest wątłą pajęczyną, którą rozdziera lada wiatr. Biedną byłaby ludzkość, gdyby nie miała nic innego, prócz takiej moralności.


Niemądrym jest także zarzut, jakoby wszelka zmiana religii była czynem niehonorowym, i że każdy człowiek winien się trzymać religii przodków. Porzucenie religii prawdziwej, a więc katolickiej, jest rzeczywiście czynem haniebnym i potępienia godnym, co jest ciężkim grzechem przeciw Bogu, znamieniem głupoty ducha czy skażenia obyczajów, wielkim zgorszeniem danym społeczeństwu i niepowetowaną krzywdą wyrządzoną samemu apostacie, jego potomstwu i narodowi. Natomiast wyrzeczenie się wszelkiej innej religii, choćby drogiej przodkom, by wejść do Kościoła katolickiego, to święty obowiązek sumienia, który bez względu na opór rodziny, czy nawet na prześladowanie od ludzi spełnić należy, a zarazem sprawa to wielce zaszczytna, bo świadcząca o prawdziwej mądrości, odwadze i troskliwości o dobro własne i swoich bliskich. Za głosem sumienia poszedł np. wielkodusznie znakomity pisarz niemiecki Stolberg, a gdy z tego powodu usłyszał od króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III przykry wyrzut: „Nie lubię tych, którzy zmieniają swą wiarę", dał mu trafną odpowiedź: „I ja nie lubię, gdyby przodkowie moi nie byli zmienili wiary, nie byłbym potrzebował wracać do Kościoła katolickiego". Tak powiedzieć mogą wszyscy heretycy i schizmatycy, gdy wyrzekają się błędu lub odszczepieństwa. Twierdzić zaś, że trzeba się trzymać bezwarunkowo religii przodków, znaczyłoby tyle, co uprawnić każdą religię, choćby była ohydnym bałwochwalstwem.


W końcu jedno jeszcze pytanie. Jeżeli jedna tylko religia jest prawdziwa, a wszyscy tej religii szukać powinni, cóż się stanie z tymi, którzy jej znaleźć nie mogą? Odpowiadam, że ci, którzy Chrystusa Pana i Jego Kościoła poznać nie mogli, ale zostają w niepokalanej nieświadomości i w dobrej wierze, nie będą mieć winy za to, że religii prawdziwej nie wyznają, ale będą sądzeni według prawa przyrodzonego i według głosu sumienia.

„Prawda jest tylko jedna” – powiedział uczony kardynał Newman – „błąd religijny jest z natury niemoralny, a jego obrońcy nie są bez winy, o ile ich nie tłumaczy nieświadomość. Prawda i fałsz służą do wypróbowania serc naszych; wybór między prawdą a fałszem to straszny krok, od którego zależy nasze zbawienie lub potępienie".


Z drugiej strony Bóg nakazuje Kościołowi katolickiemu głosić Ewangelię wszystkim pokoleniom i wiekom, bo według słów Apostoła, Bóg chce „aby wszyscy byli zbawieni i przyszli do uznania prawdy". Historia zaś świadczy, że misjonarze katoliccy docierają do coraz nowych zakątków ziemi, tak że w końcu nie będzie ludu, który nie miałby sposobności poznać religii prawdziwej; a tak spełni się przepowiednia Chrystusowa, że będzie jedna owczarnia i jeden Pasterz. Nadto Bóg nie tylko działa ciągle w duszach, które natchnieniami swoimi oświeca i wzrusza, a wyrzutami sumienia przeraża, ale używa różnych środków do pociągnięcia jednostek do wiary katolickiej, jak np., pracy kapłanów, słów zachęty ludzi wierzących, uroku ich cnót, dobrej książki, pociechy lub cierpienia, a szczególnie: rozważania piękności, jedności i trwałości tej religii.


Patrzmy tylko na XIX w. Ile to dusz pociągnął do wiary czy do pobożności, taki mąż święty jak błogosławiony Jan Maria Vianney, proboszcz z Ars; albo jak Pius IX. Ileż uprzedzeń czy zarzutów rozwiały konferencje m.in. Lacordaire'a i Ravignana. Ilu już sceptyków lub materialistów nawrócił widok cudów dokonanych w Lourdes i w innych miejscach.


Były też wypadki, że Opatrzność Boża wkraczała iście cudownie, by jakąś duszę oporną rzucić do stóp krzyża albo wepchnąć do prawdziwej owczarni. Oto np. Alfons Ratisbonne, żydowin w nic nie wierzący, wchodzili z uprzejmości dla swojego przyjaciela do rzymskiego kościoła San Andrea delle fratte, a za chwilę znaleziono go klęczącego, łzami zalanego i pragnącego czym prędzej chrztu. Cóż sprawiło taką zmianę? Oto objawiła mu się Najświętsza Maria Panna i kazała upaść na kolana przed ołtarzem (20 stycznia 1842 r.). Niebawem przyjął chrzest, później nieco święcenie kapłańskie i do końca życia pracował w Palestynie nad nawróceniem żydów (zm. 1884 r.).


To znowu Izraelita Herman Cohen, słynny pianista, ale bez zasad religijnych, grając z grzeczności na organach na nabożeństwie żałobnym w paryskim kościele św. Walerii, doznał na widok Hostii, którą kapłan lud błogosławił, takiego wzruszenia, że zadrżał cały i nie mógł łez powstrzymać (1847 r.). To samo powtórzyło się, gdy był na Mszy św. w Ems, podczas Podniesienia. Został wkrótce potem chrześcijaninem, karmelitą bosym i kapłanem, a życie swe poświęcił rozszerzaniu czci Przenajświętszego Sakramentu i zaprowadzeniu nocnej adoracji. Jeden i drugi znalazł prawdziwe szczęście w religii katolickiej.



Źródło: Obrona religii katolickiej, św. bp Józef Sebastian Pelczar, wyd. Prohibita, Warszawa 2016

fot. VICONA

196 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg