Owoce z drzewa krzyża - ks. Sławomir Kostrzewa


Opłaciło się zaufać Bogu. Pierwszego września 1979 roku na świat przyszła dwójka zupełnie zdrowych dzieci, bez najmniejszego śladu kalectwa, o którym wspominał lekarz. Poród przebiegł szczęśliwie także dla mojej mamy. Jednym z tych dzieci jestem ja, piszący to świadectwo. I pewnie nie byłoby mnie na świecie, gdyby moi rodzice chcieli postąpić tak, jak robi się to dzisiaj w tak trudnych przypadkach. Nie byłoby także mojego brata bliźniaka.

Fot. archiwum rodzinne Ireny i Mariana Kostrzewów (zdjęcie ślubne)

Moi rodzice byli prości, ale głęboko wierzący. Pan Bóg był bardzo blisko ich serc. Chcieli zatem, aby także ich dzieci były jak najbliżej Boga. Dobrze wiedzieli, że skarb wiary najskuteczniej przekazuje się drogą własnego przykładu. I takim sposobem przekazywali nam wiarę. Zapamiętałem ich jako ludzi szczerej, głębokiej rozmowy z Bogiem. Codziennie klękali do wieczornej modlitwy, zapraszając do niej także nas, swoje dzieci. Dbali o to, by Pan Bóg w naszej rodzinie był zawsze na pierwszym miejscu: wspólnie chodziliśmy na niedzielne Msze św., a w ciągu roku także na inne nabożeństwa: majowe, różaniec, drogę krzyżową, gorzkie żale... Pokazywali nam, jakie skarby zawarte są w naszej wierze i jak możemy z nich korzystać. Zachęcali do włączenia się w czynną służbę Kościołowi w rodzinnej parafii jako ministranci i lektorzy. Z perspektywy czasu najbardziej podziwiam ich za to, że nie bali się przyjmować woli Bożej i związanego z nią krzyża. A nieraz był to bardzo ciężki krzyż. Wychowali pięciu synów, choć w tamtych czasach rozliczne trudności zniechęcały wielu małżonków do otwartości na dar życia w rodzinie. Moi rodzice jednak potrafili przyjąć z radością i wdzięcznością każde dziecko, które ofiarował im Bóg, nie bacząc na zewnętrzne trudności, których nie brakowało. Te jednak mobilizowały ich do zdwojonej pracy, wiary i modlitwy. Nigdy się nie skarżyli. Troska o sprawy materialne zapewne niejeden raz spędzała im sen z powiek. Przez dziesięć lat wynajmowali lokal nienadający się do zamieszkania przez wielodzietną rodzinę, ale potrafili być wdzięczni Bogu nawet za ten lichy kąt. Po wielu latach starań i dzięki Bożej Opatrzności udało im się dostać przydział do nowo wybudowanego bloku o znacznie lepszych warunkach bytowych. Fakt, iż w tak trudnych czasach potrafili przyjąć dar licznego potomstwa, dla wielu był powodem do zdumienia, a nawet drwin. W kolejnych latach ich wierność Bożym przykazaniom i otwartość na dar życia były jednak wystawiane na coraz poważniejsze próby. Już po ich ślubie okazało się, że moja mama zaczęła podupadać na zdrowiu. Rodzice myśleli, że to wynik fatalnych warunków mieszkaniowych, okazało się jednak, że to coś znacznie poważniejszego. Lekarze nie potrafili jednoznacznie zdiagnozować choroby i jej źródła. Jeszcze przed narodzeniem pierwszego dziecka, mojego najstarszego brata, u mamy zaczęły pojawiać się nagłe zasłabnięcia, a przede wszystkim problemy ze wzrokiem. Był nawet czas, że na kilka miesięcy zupełnie straciła wzrok. Lekarze nazwali to utratą wzroku na tle nerwowym. Z czasem jednak stan zdrowia mamy wyraźnie się poprawiał. Najgorsza próba przyszła później. Na początku 1979 r. moi rodzice dowiedzieli się, że Bóg chce obdarzyć ich kolejnym, czwartym już dzieckiem. Była to dla nich wielka radość. Wiedzieli już, że niedługo mają przeprowadzić się do nowego mieszkania. Teraz miało być już tylko lepiej. Ale ich radość trwała krótko. W tym czasie lekarze jednoznacznie zdiagnozowali chorobę mamy: stwardnienie rozsiane. Jest to nieuleczalna choroba, wiążąca się z niewyobrażalnymi cierpieniami. Wysiłek organizmu związany z narodzinami dziecka mógłby być zabójczy dla mamy. Po pewnym czasie okazało się, że jest to ciąża bliźniacza – na świat miała przyjść dwójka dzieci. A więc obciążenie organizmu miało być większe niż początkowo przewidywano. Jakby tego było mało, po pewnym czasie lekarz zdiagnozował, iż dzieci przyjdą na świat kalekie – z wodogłowiem. Trudno wyobrazić sobie, co musieli wówczas przeżywać moi rodzice, jak ciężka była to dla nich próba wiary. Ale ufali Bogu, polecając siebie i swoje dzieci pod opiekę Sercu Jezusowemu i Maryi, Matce Bożej. Byli gotowi przyjąć, co Bóg da. Nie czuli się władni decydować o czyimś życiu czy śmierci. Wiedzieli, że to należy do Boga. Chcieli przyjąć takie dzieci, jakie da im Bóg, bez względu na to, czy będą zdrowe, czy nie. Opłaciło się zaufać Bogu. Pierwszego września 1979 roku na świat przyszła dwójka zupełnie zdrowych dzieci, bez najmniejszego śladu kalectwa, o którym wspominał lekarz. Poród przebiegł szczęśliwie także dla mojej mamy. Jednym z tych dzieci jestem ja, piszący to świadectwo. I pewnie nie byłoby mnie na świecie, gdyby moi rodzice chcieli postąpić tak, jak robi się to dzisiaj w tak trudnych przypadkach. Nie byłoby także mojego brata bliźniaka. Bóg dał mojej mamie siły, by mimo postępującej choroby przez kilka lat mogła służyć swoim dzieciom. Ale siedem lat później jej zdrowie zaczęło się gwałtownie pogarszać. Coraz częściej spotykały ją zawroty głowy, nagłe utraty równowagi, zaniki czucia w nogach i rękach. Pojawiły się także problemy z mową. Rok później okazało się, że konieczny będzie wózek inwalidzki. Moi rodzice byli świadomi krzyża, który od następnych tygodni stał się ich codziennością. Teraz, po latach, kiedy odprawiam drogę krzyżową, przy stacji „Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona” często staje mi przed oczami ten właśnie moment z życia moich rodziców. Choć swój krzyż przyjęli już znacznie wcześniej. Odtąd ciężar wszystkich codziennych obowiązków spadł na mojego tatę. Do troski o utrzymanie pięciorga dzieci doszła troska o powstrzymanie wciąż postępującej choroby mojej mamy… Robił, co mógł, u wielu lekarzy szukał pomocy. Do niektórych z nich lepiej, by się nigdy nie zwracał – byli to naciągacze, dający złudną nadzieję prostemu człowiekowi, który robił wszystko, by pomóc swojej żonie. Wkrótce i on zaczął podupadać na zdrowiu. Doskonale pamiętam, gdy pojawiły się u taty duszące, niekończące się ataki kaszlu, które coraz częściej go nawiedzały. Lekarz zdiagnozował nowotwór płuc. Dawał tacie najdłużej kilka miesięcy życia. Tata ukrywał to przed nami, ale coraz częściej musiał wyjeżdżać do kolejnych lekarzy, musiał odwiedzać kolejne szpitale… Trudno wyobrazić sobie, jak potężną walkę wewnętrzną musiał przejść, wiedząc, że jego dni są policzone, a on zostawi żonę na wózku i pięciu nieletnich synów… Z jednego ze szpitali już nie wrócił. Bóg zabrał go do siebie po nagrodę za wierne życie. Stało się to, 14 września 1989 roku. Bóg wyróżnił tego, który był zawsze wierny krzyżowi, powołując go do wieczności właśnie w święto Podwyższenia Krzyża. Dla wielu był to bardzo wymowny znak. Proboszcz mojej rodzinnej parafii, człowiek bardzo dla niej zasłużony, a przede wszystkim zasłużony dla naszej rodziny, widział się z moim tatą tuż przed jego śmiercią. Wspomina do dziś ostatnią rozmowę, którą wówczas odbyli. Mój tata powiedział: „Pogodziłem się już z tym, że muszę umrzeć, martwię się jednak o Irenkę i o moje dzieci, jak oni sobie poradzą…”. Ksiądz proboszcz był wstrząśnięty tym wyznaniem. Ileż wiary trzeba mieć w sobie, by pogodzić się z tak trudnym wyrokiem Bożym! Ów kapłan powiedział, że znał wiele osób duchownych, które przez całe życie były blisko Boga, a w chwili śmierci buntowały się, nie potrafiły pogodzić się ze zbliżającym się końcem życia. A ten zwykły, prosty człowiek potrafił w tak trudnej sytuacji zawierzyć Bogu, złożyć ostatni, jakże wielki, akt wiary. Po śmierci taty wielu mówiło: „Co teraz będzie z tymi dziećmi? Jak one będą wychowywały się bez ojca, z matką na wózku? Zapewne skończą na ulicy. Nie może być inaczej”. Niektórzy złośliwie dopowiadali: „Ot, tyle zyskali na tej swojej religijności”. Trzeba także podkreślić, że działo się to w roku 1989, bardzo trudnym i niepewnym okresie historii naszego kraju. Jednak Bóg nigdy nie był tak blisko naszej rodziny jak właśnie wtedy. Bowiem tuż po śmierci taty w sercu mojego najstarszego brata, Damiana, pojawiło się pragnienie poświęcenia swojego życia w wyłącznej służbie Bogu. Wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie równo rok po śmierci taty. Dziś już trzynasty rok posługuje jako kapłan w diecezji tarnowskiej. Dla wielu był to wyraźny znak Bożej Opatrzności, która nieustannie czuwała nad naszą rodziną. Bóg rzeczywiście był bardzo blisko nas, choć nieraz było bardzo ciężko, a choroba mamy wciąż się pogłębiała. Każdy kolejny rok odbierał mamie sprawność i przydawał jej dodatkowych, niewyobrażalnych cierpień. Jej cierpienia zakończyły się 8 maja 2001 roku. Bóg zabrał ją do Nieba. Rok później kolejny z moich braci, brat bliźniak – Marian, odczytał w sobie powołanie do kapłaństwa. 1 czerwca 2008 roku otrzymał święcenia kapłańskie i odtąd posługuje jako kapłan na terenie diecezji tarnowskiej. Kiedy uświadomiłem sobie, że Pan Bóg powołuje na tę drogę także mnie – a ta świadomość przyszła dość późno, już po zakończonych studiach – stało się dla mnie jasne, dlaczego tyle krzyża trzeba było w życiu moich rodziców. Otóż ich cierpienie było konieczne, by Bóg mógł ich potem tak hojnie obdarować, wywyższyć – trzema powołaniami do kapłaństwa spośród ich własnych dzieci. Taka jest cena każdego powołania kapłańskiego. Powołania kapłańskie nie biorą się znikąd. W oczach Bożych każde powołanie tego rodzaju ma tak wielką wartość, że okupione musi być tak wysoką ceną. Dlatego, gdy ktoś pyta mnie, co to jest powołanie do kapłaństwa, czym jest kapłaństwo, odpowiadam: jest to owoc niezliczonej ilości ofiar, modlitw, cierpień i krzyży, łączonych z Krzyżem Jezusa, znoszonych cierpliwie przez niezliczone, anonimowe rzesze wiernych. Moi rodzice nie zdążyli zapewnić nam, swoim dzieciom, wykształcenia i nie zostawili pełnego konta w banku. Ale zostawili nam po sobie skarb, którego wartości nie sposób określić. Co to za skarb? Za co szczególnie jestem im wdzięczny? Za to, że swoim życiem dali świadectwo tego, jak wielkie owoce rodzi ufność i zawierzenie Bogu oraz z wiarą przyjęte cierpienie. Moim rodzicom nie dane było oglądać owoców własnego cierpienia, ale z pewnością Bóg objawił im to w Niebie. Moi rodzice postawą swojego życia nauczyli mnie dziękować Bogu za wszystko – i za to, co jest radością, i za to, co trudne. Nauczyli także pytać o wolę Bożą. Tylko Bóg zna drogę do świętości dla każdej i każdego z nas. On jeden wie, na jakiej drodze życia najwięcej dobrego uczynimy. Nigdy nie zdecydowałbym się wstąpić na drogę realizacji powołania kapłańskiego, gdybym nie miał przykładu rodziców, którzy przyjmując wolę Bożą, doszli do świętości, a ich życie wydało tak obfite owoce. Chciałbym zaapelować do tych, którym Bóg dał dzieci. Wierzę, że chcecie, by Wasze dzieci były w przyszłości szczęśliwe, by potrafiły wybierać dobro, a unikać zła. Są to piękne pragnienia, ale nikt z nas nie wie, ile życia jest mu dane. Być może Wasze dzieci będą musiały wychowywać się bez Was, bez rodziców… Jeśli chcecie zapewnić im szczęście i chcecie mieć pewność, że nie pobłądzą w życiu, dajcie im najcenniejszy skarb, jaki możecie im ofiarować. Tym skarbem nie są majątek i pieniądze. Jest nim wiara, miłość do Boga, umiejętność modlitwy. Jeśli Wasze dzieci będą umiały w życiu uklęknąć przed Jezusem i pytać Go o Jego wolę, potrafią dobrze wybierać. Ale jest to nauka, która wypływa z przykładu życia rodziców. Jeśli Wasze dzieci będą widziały Was klęczących przed krzyżem, trwających codziennie na modlitwie – i one będą się modlić. Jeśli będą widziały Was zatopionych w modlitwie podczas Mszy św., przystępujących do sakramentów, przestrzegających przykazań – i one będą tak czyniły. Lecz jeśli zabraknie Waszego przykładu, nigdy nie będziecie spokojni o przyszłość Waszych dzieci. Warto także być otwartym na dar życia w rodzinie. Wielodzietna rodzina to ogromny skarb, choć tak niewielu to dostrzega, szczególnie na szczeblu politycznym, rządowym. Nie wiem, jak wyglądałoby moje życie, gdybym był jedynakiem albo miał tylko jednego brata. Jestem winien wdzięczność moim rodzicom za ich otwartość na życie. Liczne rodzeństwo jest prawdziwym darem, który docenia się szczególnie wtedy, gdy zabraknie rodziców. Dom rodzinny i przykład życia rodziców mają fundamentalny wpływ na dojrzewanie powołań do kapłaństwa i do życia konsekrowanego. Zatem musimy się modlić za nasze rodziny, by był w nich obecny duch modlitwy i by Pan Bóg był w nich na pierwszym miejscu. Wiele mówi się dziś o kryzysie powołań. Jednak tak naprawdę nie ma czegoś takiego. Gdyby tak było, oznaczałoby to, że Pan Bóg ma kryzys, a przecież Bóg nigdy nie miał i nie może mieć kryzysu. Kryzys dotyczy nas samych, naszych rodzin. Wielu z nas odwróciło się od Boga, wiele rodzin przestało żyć Bogiem. Bóg pragnie dawać powołania i rzeczywiście je daje, ale w rodzinach często brakuje warunków, by mogły one wzrastać, dojrzewać, by mogły być rozpoznane. Dlatego modlitwy o powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego powinny być przede wszystkim modlitwami o uzdrowienie naszych rodzin, by prawdziwie królował w nich Bóg.

Autor: ks. Sławomir Kostrzewa

Źródło: Miłujcie się! 5/2009

Fot. Archiwum rodzinne Ireny i Mariana Kostrzewów (zdjęcie ślubne)

65 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg