Św. Andrzeju Bobolo, zostań moim Patronem i Opiekunem duszy!




Bardzo chciałam, żeby św. Andrzej Bobola został moim opiekunem duszy według tego, co pisała polska mistyczka Fulla Horak: „Aby uprosić Świętego o wzięcie nas w opiekę, należy odmówić do niego dowolnie wybraną nowennę, zacząć ją lub zakończyć spowiedzią i Komunią św. ‒ a w czasie jej trwania gorąco i serdecznie modlić się do wybranego Ducha. Jeżeli modlitwa jest szczera, wyłączna, a intencja czysta, zdarza się często, że dziewiątego dnia, zupełnie wyraźnie i realnie, odczuć można obecność Św. Opiekuna przy sobie”.


To ostatnie zdanie trochę mnie zastanawiało, ale nie zatrzymywałam się nad nim zbyt długo, bo nie spodziewałam się i nie oczekiwałam, że mogłabym w jakiś spektakularny sposób odczuć jego obecność, chociaż gdzieś w głębi serca być może była taka mała nadzieja... Ale na pewno nie domyślałam się, że św. Andrzej może dać o sobie znać tak, jak to jednak uczynił…


Chciałam mieć go za patrona między innymi dlatego, bo wydawało mi się, że ten święty mnie zrozumie i pomoże ukształtować mój charakter, nieraz nadmiernie niecierpliwy wobec pewnych zdarzeń i ludzi. On, który sam miał niemałe problemy ze swoją gwałtowną naturą, ale potrafił je przezwyciężyć, będzie wiedział, jak się za mnie zabrać…


12 marca w 400. rocznicę święceń św. Andrzeja Boboli rozpoczęłam dziewięciodniową nowennę do niego. Ostatniego dnia, w niedzielę, postanowiłam zakończyć ją w kościele przed Tabernakulum po skończonej mszy św., w której uczestniczyłam.


W trakcie gdy się modliłam, kościół powoli pustoszał, aż w końcu zostałam sama.

Pod koniec litanii zjawił się kościelny i nie do końca uprzejmie dał mi do zrozumienia, że wychodzi, czyli, żebym też sobie poszła… Zabolało mnie to, że w tak ważnej dla mnie chwili ktoś mnie wyrzuca z kościoła, i że w ogóle wyrzuca. Kościół mógłby przecież pozostać otwarty, tym bardziej, że było jeszcze jasno, a za ok. dwie godziny była kolejna msza.


No ale nic, posłusznie wyszłam i resztę – z bolącym sercem – dokończyłam stojąc przed kościołem.


Wracając, jeszcze trochę smutna i może lekko rozżalona, miałam nieodparte wrażenie, że to się stało po coś. Czasem jest tak, że czujemy po prostu, że pewne, na pozór banalne zdarzenia, mają jakieś drugie dno, głębszy sens, choć nie od razu go widzimy. Zaraz jakby usłyszałam w sercu: „Jeśli chcesz być moją uczennicą…” . Dalsze słowa były niewyraźne, ale zrozumiałam coś w tym znaczeniu, że powinnam pozwolić, aby ludzie tak mnie traktowali lub raczej nauczyć się to znosić.


Pewnie przyjęłabym to po prostu jako zwykłe wewnętrzne pouczenie i może po czasie trochę o nim zapomniała, gdybym nie przypomniała sobie o innym podobnym, mocniejszym nawet zdarzeniu, ze św. Andrzejem i nie zobaczyła pewnego linku między nimi.


Otóż w zeszłym roku pojechałam z moją koleżanką do Warszawy, aby po raz pierwszy nawiedzić narodowe Sanktuarium św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej i pomodlić się przy jego trumnie wystawionej przed ołtarzem. Wiedziałam, że trumna jest szklana, a wewnątrz widać jego zachowane ciało. Chciałam też zrobić kilka zdjęć. Bardzo się cieszyłam na to spotkanie ze św. Andrzejem, który stawał mi się od jakiegoś czasu coraz bliższy. Była to dla mnie bardzo ważna chwila.


W sanktuarium uczestniczyłam we Mszy św., a po jej zakończeniu podeszłam do trumienki, uklęknęłam i chwilę się modliłam. Obok klęczała też jakaś kobieta. W końcu wstałam, zbliżyłam się jeszcze bardziej i zaczęłam robić zdjęcia, ale poczułam, że kobieta obok pilnie mnie obserwuje i że chyba jej się to nie podoba. Przyznam, że raczej się tym nie przejęłam i śmiało robiłam swoje. W końcu jednak odeszłam kilka kroków do tyłu i stanęłam naprzeciw trumny i ołtarza, zastanawiając się, co dalej. Nagle ona zerwała się jak oparzona i doskakując do mnie, wyraźnie zdenerwowana, powiedziała: „Bardzo proszę, aby nie robić mi zdjęć! Ja nie chcę być na pani zdjęciach!”. „Dobrze” – odpowiedziałam najgrzeczniej jak potrafiłam, choć wcale nie byłam pewna, czy chcę jej robić zdjęcia. „I jeszcze jedno – dodała − ksiądz proboszcz prosi, żeby zakładać maseczki!”. Nie miałam jej bowiem założonej, ani ja, ani koleżanka, która została w ławce. „Nie każdy może” – odcięłam się. „Nie każdy chce!” – syknęła obrzucając mnie nieprzyjaznym spojrzeniem i powróciła do swojej modlitwy.


Oczywiście, dopiero po czasie, przyszło mi do głowy parę błyskotliwych odpowiedzi, których mogłabym jej udzielić… Ale to dobrze, że w tamtym momencie Duch Święty (?) odciął uszczypliwe odpowiedzi – które zły duch chętnie by mi włożył w usta – bo dzięki temu nie wszczęłam z nią większej kłótni. Nie moja zasługa, bo pewnie gdybym je miała gotowe na języku, to bym nie potrafiła się powstrzymać…


Po tym zdarzeniu byłam jednak trochę wzburzona i w samochodzie relacjonowałam wszystko koleżance. Nie mogłam zrozumieć i przeżyć, że ktoś, kto właśnie klęczy i modli się, wstaje nagle i wylewa z siebie taki potok nieżyczliwości. Modli się pod figurą, a…


Było mi też przykro, że stało się to w takim momencie, w Sanktuarium św. Andrzeja Boboli, przed jego trumną, gdzie z taką radością w sercu i przejęciem przyjechałam!


Tak, oddałam od razu tę nieżyczliwą kobietę Panu Bogu i w woli przebaczyłam, ponieważ wiedziałam, że „tak trzeba”, ale emocje po tym zdarzeniu utrzymywały się jeszcze długo.

W taki oto sposób św. Andrzej dwa razy dał znać o sobie w moim życiu (dał znać więcej razy także w radosny sposób), mówiąc: „Lekcje u mnie nie są łatwe, ale mogą cię wiele nauczyć. Chcesz tego naprawdę?”.


‒ Tak, chcę. Obym tylko dała radę! Prowadź mnie, św. Andrzeju!



Autor: Dorota Porzucek

Fot.VICONA