Błogosławiona wina. Jak przekuć słabość we wzrost duchowy?





Grzechy, jakie się nam przydarzają, często pociągają za sobą wielkie akty cnoty, której inaczej nie mielibyśmy okazji praktykować, i dlatego Bóg te grzechy dopuszcza. Na przykład dopuszcza przypływ złego humoru, szorstkość, nagłe zniecierpliwienie, aby wzbudzić w nas akt pokory. Ten z nawiązką naprawi nasz grzech i zgorszenie, które wywołał. Grzech został popełniony niejako w odruchu, naprawie zaś towarzyszy namysł, praca nad sobą, pełna i rozmyślna wola. Ten akt jest bardziej miły Bogu niż był Mu wstrętny grzech.



Nie wstydźmy się, że jesteśmy grzesznikami


Zamiast złościć się na samych siebie, skorzystajmy z okazji, jaką dają nam nasze grzechy, by postępować w pokorze. Nie podtrzymujmy pochlebnego obrazu samych siebie, ale złóżmy całą ufność w Bogu, nie oczekując niczego poza Jego dobrocią.

Pokora to realizm: sam z siebie nie mogę nic, z Bogiem mogę wszystko. Jeśli moje kolejne upadki mnie zniechęcają, niech pewność co do Jego stale dostępnej miłości i łaski daje mi nieprzezwyciężoną odwagę, by wciąż powstawać na nowo.


Osoby prawdziwie duchowe, żywo przepojone własną nicością, nędzą i słabością, nie są ani zniechęcone, ani przybite, ani nawet zaskoczone swoimi upadkami. Dzięki nim uczą się lepiej znać siebie, coraz głębiej się uniżać, nie ufać samym sobie aż po całkowite zwątpienie w siebie, by złożyć ufność już tylko w samym Bogu, i nie oczekiwać już niczego poza Jego dobrocią. Po upadkach natychmiast podźwignijmy swoją odwagę i nadzieję, widząc Boga tak potężnego i miłosiernego, że pozwolił nam znaleźć w samym środku naszych upadków cenny skarb prawdziwej pokory, który jest fundamentem i stróżem wszystkich cnót, razem z całkowitym zwątpieniem w samych siebie, razem z doskonała ufnością w Bogu – są to jakby dwa bieguny życia duchowego. Toteż kiedy dusza dojdzie do tego miejsca, Bóg napełnia ją swoimi darami, swoimi łaskami. Dlaczego? Ponieważ już nie naraża się na to, że człowiek ujmie Mu cokolwiek z Jego chwały, coś sobie przypisując; a wtedy na podstawie własnego doświadczenia można zrozumieć piękną maksymę wielkiego sługi Bożego, że „dobrze poznana nędza jest warta więcej niż anielska cnota, przypisywana sobie na podstawie próżnych pochlebstw” ».

Jean-Pierre de Caussade, Traité sur l'Oraison du Coeur, VII


Błogosławiona wina!


Dobra spowiedź objawia miłość Boga mocniej niż nasze braki miłości: wykorzystajmy okazję, jaką jest nasz grzech, żeby lepiej zrozumieć, jak bardzo Bóg nas kocha. Tym mocniej pokładajmy w Nim ufność, im mniej jesteśmy pewni samych siebie.


Czy dusza, która upodobała sobie w swojej nicości, może zwrócić się do Boga z wielkim zaufaniem?
Nie tylko, że dusza, rozpoznawszy swoją nicość, może mieć wielkie zaufanie do Boga, ale wręcz nie będzie miała prawdziwego zaufania do Boga, jeśli nie rozpozna swojej nicości. Właśnie to poznanie i wyznanie naszej nikczemności stawia nas przed Bogiem. I tak wszyscy wielcy święci jak Hiob, Dawid czy inni, zaczynali zawsze swoje modlitwy od wyznania swojej nikczemności i niegodności. Dobrą rzeczą jest rozpoznać w sobie biedę, nędzę i upodlenie i to, że się jest niegodnym stanąć przed obliczem Boga. Tak pięknie mówili starożytni: „Poznaj siebie samego”, i jeszcze: "poznaj piękno i wspaniałość swojej duszy, byś jej nigdy nie zbrukał i nie upodlił się w rzeczach niegodnych jej szlachetności". Poznaj siebie samego, to znaczy swoją niegodność, niedoskonałość i nikczemność. O ile bardziej jesteśmy nędzni, o tyle bardziej winniśmy zaufać dobroci i miłosierdziu Bożemu. Jest bowiem między miłosierdziem a nędzą szczególny związek, tak wielki, że jedno nie może przejawić się bez drugiego. Gdyby Bóg nie uczynił człowieka, byłby zawsze tak samo dobry, lecz nie mógłby zaktualizować swego miłosierdzia, bo nie byłoby komu go okazywać. Komu bowiem okazać miłosierdzie, jeśli nie nędznikom?
Widzicie więc, że o ile bardziej poznajemy swoją nędze, to o tyle więcej mamy okazję zaufać Bogu, ponieważ nie posiadamy nic takiego, co by dało nam prawo ufać sobie. Nieufność do siebie rodzi się w poznaniu swoich niedoskonałości. Dobrą rzeczą jest nie pokładać zaufania w sobie, ale do czego by się nam to przydało, jeśli byśmy nie oddali całego swojego zaufania Bogu i nie zdali się na Jego miłosierdzie.

św. Franciszek Salezy, Rozmowa II (III). O zaufaniu i rezygnacji z siebie

Paląca konieczność zwrócenia się do Boga

Spowiadamy się nie po to, by Bóg nam przebaczył, ale dlatego, że Bóg nam przebacza. Aby zaś skorzystać z Jego przebaczenia, trzeba – i wystarczy – zwrócić się do Niego, gdyż każdy grzech polega na odwróceniu się od Boga.


Jeśli się poczujesz do jakiejkolwiek winy, choćby tylko z niepilności pochodzącej, udaj się jak najprędzej do Boga. Nie czekaj dnia spowiedzi, godzin modlitwy lub wykonania dzieła pokutnego, lecz ukorz się natychmiast przed wieczną sprawiedliwością, błagaj niewyczerpanego miłosierdzia, a później w porze przyzwoitej udaj się po rozgrzeszenie do spowiedzi. Pan Bóg nie potępi cię z powodu słabości natury niedołężnej, gdy ją łaska nie wspomaga. Jednak jeśli grzech wywołać ma skruchę, to słabość spowodować powinna pokorę. Rzućże się więc w uniżoności do nóg Ojca wszechmogącego z wyznaniem twojego nicestwa, a im częściej to uczynisz, tym dokładniej zrozumiesz wielkość Jego dobroci i ogrom twej nędzy. Nie bój się naprzykrzania się Bogu przez częste zwroty. Podoba się nieskończonej dobroci każde wezwanie Jej pomocy.

Jan Tauler, Ustawy duchowe, XXXIV

Wyciągajmy korzyść ze swoich grzechów!


Zawsze, niezależnie od tego, jak wiele się zmieni, będziemy popełniać grzechy. Czy mamy się tym martwić i popadać w zniechęcenie, czy wykorzystajmy to, by jeszcze pełniej zawierzyć się Bożej miłości? Zagadnienie, które teraz omówię, jest jednym z najważniejszych dla życia duchowego. Nie ulega wątpliwości, że Bóg w swoim zamyśle dopuszcza, byśmy popadali w grzechy, które mają służyć naszemu uświęceniu, i zależy Mu tylko na tym, byśmy umieli czerpać z nich korzyść. Niekiedy dzieje się jednak odwrotnie: same nasze grzechy mniej nam szkodzą, niż to, że robimy z nich zły użytek.
To, co chcę na ten temat powiedzieć, nie dotyczy tchórzliwych i interesownych dusz, które odnoszą się do Boga powściągliwie i chcą do Niego należeć tylko do pewnych granic. Celowo i rozmyślnie popełniają tysiąc grzechów, z których nie są w stanie wyciągnąć żadnej korzyści ze względu na niewłaściwe usposobienie, w jakim się znajdują. Piszę to wyłącznie dla osób zdecydowanych nie popełnić rozmyślnie żadnego grzechu, a którym mimo tego postanowienia wiele grzechów się przydarza mimo chęci, przez nieuwagę, przez słabość.
Zazwyczaj dziwią się i niepokoją swoimi grzechami, doznają z ich powodu fałszywego wstydu, ulegają, rozdrażnieniu i zniechęceniu. Są to skutki miłości własnej, bardziej niebezpieczne od samych grzechów. Człowiek dziwi się swojemu niepokojowi i bardzo się myli, gdyż jest to objaw nieznajomości samego siebie. A przeciwnie, należałoby być zaskoczonym, że nie upadamy częściej, i to w cięższe grzechy, i dziękować Bogu za te upadki, przed którymi nas strzeże. Popadamy w niepokój, ilekroć zaskakuje nas jakiś nasz grzech, i tracimy z jego powodu wewnętrzny pokój. Miotamy się i zaprząta nas to całymi godzinami, a nawet całymi dniami. Nigdy nie powinniśmy się niepokoić, a gdy widzimy, że leżymy na ziemi, trzeba spokojnie wstać, z miłością zwrócić się do Boga, poprosić Go o przebaczenie, a o tym, co się zdarzyło, pomyśleć znowu dopiero wtedy, gdy trzeba będzie się o to oskarżyć. A jeśli w czasie spowiedzi zdarzy nam się o tym zapomnieć, nie należy się z tego powodu niepokoić.
Doznajemy fałszywego wstydu z powodu swoich grzechów i z trudem ośmielamy się wyznać je spowiednikowi. Co sobie o mnie pomyśli po tylu obietnicach, tylu zapewnieniach, jakie mu składałem? Jeśli wyznasz mu je z prostotą i pokorą, będzie cię za to bardziej szanował. Jeśli trudno ci je wyjawić, nieuchronnie posądzi cię o pychę. Zmniejszy się jego zaufanie do ciebie, gdy zobaczy, że nie jesteś wobec niego dostatecznie szczery. Ale oto rzecz najgorsza: jak mówi św. Franciszek Salezy, złościmy się o to, że byliśmy rozzłoszczeni, niecierpliwimy się dlatego, że straciliśmy cierpliwość. Co za nędza! Czy nie należałoby zauważyć, że jest to pycha w czystej postaci, że jesteśmy upokorzeni tym, iż w chwili próby okazaliśmy się słabsi i mniej święci, niż nam się wydawało, i że dążymy do uwolnienia od niedoskonałości i od grzechów tylko po to, by chlubić się tym przed samym sobą, i gratulować sobie, że przeżyliśmy dzień czy tydzień, nie mając sobie nic do zarzucenia? Wreszcie popadamy w zniechęcenie, zarzucamy kolejne praktyki, rezygnujemy z modlitwy, patrzymy na doskonałość jako na rzecz niemożliwą i rozpaczliwie usiłujemy ją osiągnąć.
Mówimy sobie: po co mam się do czegoś przymuszać, nieustannie czuwać nad sobą, poświęcać się skupieniu i umartwieniu, skoro w niczym się nie poprawiam, wciąż upadam i nie staję się lepszy? Oto jedna z najsubtelniejszych pułapek szatana. Chcesz się przed nią uchronić? Niezależnie od tego, jaki przydarzy ci się grzech, nigdy się nie zniechęcaj, ale mów sobie: kiedy upadnę dwadzieścia czy sto razy na dzień, za każdym razem wstanę i ruszę w dalszą drogę. W końcu, czy to ważne, że upadłeś po drodze, skoro zmierzasz do celu? Bóg nie będzie ci robił z tego powodu wyrzutów. Upadki często są skutkiem pośpiechu, z jakim biegniemy, i tego, że ogarniająca nas żarliwość uniemożliwia nam podjęcie pewnych środków ostrożności. Dusze nieśmiałe i przebiegłe, które zawsze chcą widzieć, gdzie stawiają stopę, wciąż odwracają się, by uniknąć fałszywego kroku, lękają się, że się ubrudzą, nie postępują tak szybko jak inne, a śmierć niemal zawsze zaskakuje je pośród drogi. Największą świętość osiągają nie ci, co popełniają najmniej grzechów, ale ci, co mają więcej odwagi, ofiarności, miłości, ci, co podejmują większe wysiłki względem samych siebie i nie obawiają się, że się potkną, a nawet upadną i nieco się pobrudzą – byleby tylko iść do przodu. Święty Paweł powiedział, że „Bóg z tymi, którzy Go miłują współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8, 28). Tak, wszystko obraca się dla ich dobra, nawet ich grzechy, niekiedy bardzo ciężkie. Bóg dopuszcza te grzechy, aby uleczyć nas z próżnego mniemania o sobie, aby nas nauczyć, czym jesteśmy i do czego jesteśmy zdolni. Dawid uznał, że cudzołóstwo i zabójstwo, jakich się dopuścił, posłużyły do utrzymania go w stałej nieufności względem samego siebie. Powiedział Bogu: „Szczęściem jest dla mnie, żeś mnie upokorzył, dzięki temu zacząłem wierniej przestrzegać Twoich przykazań”. Upadek św. Piotra okazał się dla niego najbardziej pożyteczną lekcją, a pokora, jaką w nim wzbudził, uzdolniła go do przyjęcia darów Ducha Świętego, do bycia głową Kościoła, i ustrzegła go przed niebezpieczeństwami związanymi z zajmowaniem tak zaszczytnego miejsca. Święty Paweł w chwilach największych sukcesów apostolskich chronił się przed pychą i próżnością, przypominając sobie, że niegdyś był bluźniercą i prześladowcą Kościoła Bożego. Upokarzająca pokusa, od której Bóg nie chciał go uwolnić, stanowiła przeciwwagę dla wzniosłości objawień, którymi został obdarzony.
Jeśli Bóg potrafi wyprowadzić taką korzyść nawet z najcięższych grzechów, któż może wątpić o tym, że posłuży się naszymi powszednimi grzechami w celu naszego uświęcenia? Mistrzowie życia duchowego zauważają, że najświętszym duszom Bóg często pozostawia pewne wady, z których mimo wszelkich wysiłków nie są one zdolne się poprawić, by dać im odczuć ich słabość i uświadomić im, czym byłyby bez łaski; by nie dopuścić, by wbiły się w pychę z powodu łask, jakimi je darzy; by nauczyć je patrzenia na siebie z większą pokorą; jednym słowem, by podtrzymać w nich pewną niechęć do samych siebie i uchronić przed pułapkami miłości własnej; by wspierać ich żarliwość, utrzymać je w czujności, w zaufaniu do Boga i w stałym uciekaniu się do modlitwy. Dziecko, które upada, gdyż odeszło od matki i chciało iść samodzielnie, wraca do niej z większą czułością, by ukoiła ból, jaki sobie zadało, i dzięki doświadczeniu upadku uczy się więcej od niej nie oddalać. Doświadczenie własnej słabości i dobroci, z jaką przygarnia je matka, budzi w nim większe przywiązanie.
Grzechy, jakie się nam przydarzają, często pociągają za sobą wielkie akty cnoty, której inaczej nie mielibyśmy okazji praktykować, i dlatego Bóg te grzechy dopuszcza. Na przykład dopuszcza przypływ złego humoru, szorstkość, nagłe zniecierpliwienie, aby wzbudzić w nas akt pokory. Ten z nawiązką naprawi nasz grzech i zgorszenie, które wywołał. Grzech został popełniony niejako w odruchu, naprawie zaś towarzyszy namysł, praca nad sobą, pełna i rozmyślna wola. Ten akt jest bardziej miły Bogu niż był Mu wstrętny grzech.
Bóg posługuje się naszymi grzechami i pozornymi niedoskonałościami także i po to, by ukryć naszą świętość przed wzrokiem innych, by zapewnić nam upokorzenia z ich strony.
Bóg jest wielkim nauczycielem; pozwólmy Mu działać, a On z pewnością dokona swojego dzieła. Zaproponujmy, że będziemy starannie unikać wszystkiego, co mogłoby Mu się choćby w najmniejszym stopniu nie podobać, ale gdy popadniemy w jakiś grzech, gniewajmy się o to na Niego, nie na siebie; pokochajmy upodlenie, jakie spada wówczas na nas z powodu tego grzechu; i prośmy Boga, żeby wyprowadził z niego nasze upokorzenie i swoją chwałę. On to uczyni i tym sposobem przyczyni się do większego rozwoju niż przez życie bardziej uporządkowane i pozornie bardziej święte, które mniej skutecznie zniszczyłoby miłość własną.
Kiedy Bóg żąda od nas pewnych rzeczy, nie wycofujmy się pod pretekstem grzechów, jakich moglibyśmy się dopuścić, pełniąc Jego wolę. Lepiej uczynić dobro w sposób niedoskonały, niż go uniknąć. Czasem nie podejmujemy koniecznej poprawy, gdyż obawiamy się swojej porywczości. Unikamy kontaktów z niektórymi osobami, gdyż ich wady powodują w nas zły humor i niecierpliwość. Jakże jednak nabędziemy cnoty, jeśli będziemy uciekać przed okazjami, które będą dla nas ćwiczeniem? Czyż nie jest to większy grzech od tego, w który obawiamy się popaść? Podejmijmy dobre postanowienie: idźmy tam, gdzie wzywa nas obowiązek, i wierzmy, że Bóg jest dość pobłażliwy, by przebaczyć nam grzechy, na jakie naraża nas służenie Mu i pragnienie, by się Mu podobać.

Jean-Nicolas Grou, Manuel des imes intćrieures, «Du profit qu'on doit tirer de ses fautes»

Podźwignąć się z upadku


„Przeważająca większość dusz – jak twierdził o. Franciszek Libermann – idzie na zatracenie z powodu zniechęcenia”. Lorenzo Scupoli, mistrz św. Franciszka Salezego, zabrania nam trwania w smutku gdy przeżywamy skruchę: powrót do Boga jest radością i jak najszybciej trzeba spojrzeć Mu prosto w oczy i nie bać się Go.

Jeśli zatem, popełniwszy przewinienie, niepokoisz się, smucisz i czujesz, że ogarnia cię rozpacz, bo nie umiesz postępować właściwie, to znak, że ufałaś sobie, a nie Bogu. I jeśli wielki będzie twój smutek i rozpacz, będzie te oznaczało, że bardzo ufałaś sobie, a mało Bogu. Ten bowiem, kto zazwyczaj nie ufa sobie, lecz Bogu, nie dziwi się swoim przewinieniom, nie rozpacza z ich powodu, wiedząc, że przydarza mu się to wskutek jego słabości i niedostatecznego zawierzenia Bogu. Tym mniej więc ufa sobie i tym większą ufność z pokorą pokłada w Bogu, a ponieważ ponad wszystko nienawidzi wad i nieuporządkowanych namiętności, będących przyczyną upadku, z wielkim, lecz spokojnym żalem z powodu obrazy Boga, z jeszcze większym zapałem i żarliwością dalej prowadzi walkę i prześladuje swych nieprzyjaciół aż do śmierci.

Lorenzo Scupoli, Walka duchowa, IV

Kiedy odnosisz rany, bo popełniłaś jakiś występek albo z powodu słabości, albo dobrowolnie, wskutek złych skłonności – nie trwóż się i nie trać spokoju, lecz natychmiast zwróć się do Boga z tymi słowami: „Panie mój, postąpiłam zgodnie z tym, jaka jestem. Nie można się po mnie spodziewać niczego poza upadkami”. Tutaj umilknij na chwilę i ukorz się przed Jego obliczem. Żałuj, że obraziłaś Pana i nie popadając w zwątpienie, wzbudź w sobie odrazę wobec swych występnych namiętności, przede wszystkim wobec tej, która doprowadziła do grzechu, Potem powiedz: „I na tym, Panie mój, nie poprzestałabym, gdybyś wszystko nienawidzi wad i nieuporządkowanych namiętności, będących przyczyną upadku, z wielkim, lecz spokojnym żalem z powodu obrazy Boga, z jeszcze większym zapałem i żarliwością dalej prowadzi walkę i prześladuje swych nieprzyjaciół aż do śmierci.

Lorenzo Scupoli, Walka duchowa, IV

Kiedy odnosisz rany, bo popełniłaś jakiś występek albo z powodu słabości, albo dobrowolnie, wskutek złych skłonności – nie trwóż się i nie trać spokoju, lecz natychmiast zwróć się do Boga z tymi słowami: „Panie mój, postąpiłam zgodnie z tym, jaka jestem. Nie można się po mnie spodziewać niczego poza upadkami”. Tutaj umilknij na chwilę i ukorz się przed Jego obliczem. Żałuj, że obraziłaś Pana i nie popadając w zwątpienie, wzbudź w sobie odrazę wobec swych występnych namiętności, przede wszystkim wobec tej, która doprowadziła do grzechu, Potem powiedz: „I na tym, Panie mój, nie poprzestałabym, gdybyś przez swą dobroć mnie nie powstrzymał”. Dziękując Mu i jeszcze bardziej Go miłując, podziwiaj Jego łaskawość. On bowiem mimo doznanej obrazy wyciąga do ciebie prawicę, byś nie upadła po raz wtóry.
Wreszcie z wielką ufnością w Jego nieskończone miłosierdzie powiedz: „Panie, uczyń wszystko zgodnie z Twoją wolą. Wybacz mi, i nie pozwól, abym kiedykolwiek oddaliła się od Ciebie i abym jeszcze kiedyś Cię obraziła”. To uczyniwszy, nie zastanawiaj się, czy ci wybaczył, czy też nie, bo to dowód pychy i niepokoju umysłu, który wpadł w pułapkę zastawioną przez diabła. Zamiast tego oddaj się cała w litościwe dłonie Boga i prowadź dalej swoje ćwiczenia, jakbyś wcale nie upadła.
A jeślibyś upadała wiele razy w ciągu dnia i wiele razy odnosiła rany, za każdym razem czyń to, co powiedziałem, nie tracąc ufności, wręcz za ostatnim razem ufając bardziej niż za pierwszym. I coraz bardziej pogardzając sobą, i coraz bardziej nienawidząc grzechu, staraj się żyć rozważniej. To ćwiczenie jest dla szatana bardzo przykre, bo widzi on, jak bardzo jest miłe Bogu. Poza tym wstydzi się, że pokonał go ktoś, kogo wcześniej zwyciężył.


Lorenzo Scupoli, Walka duchowa, XXV


Sposób, za pomocą którego przebiegły diabeł stara się nas ostatecznie pokonać, polega na przypomnieniu nam wszystkich popełnionych win. W ten sposób chce wzbudzić w nas strach i pchnąć nas w otchłań rozpaczy.

W razie takiego niebezpieczeństwa postępuj według jednej, pewnej zasady: myśli na temat twoich grzechów biorą się z łaski i sprzyjają zbawieniu, jeśli ich owocem jest pokora, żal z powodu obrazy Boga i ufność w Jego dobroć. Jeśli zaś wzbudzają w tobie niepokój, podejrzliwość i małoduszność, to nawet gdyby ci się wydawało, że dotyczą rzeczy prawdziwych i tak poważnych, że przekonujących cię, iż jesteś potępiona i nie ma już dla ciebie ratunku, pamiętaj, że uczucia te wywołał w tobie oszust. Ukorz się wtedy i ufaj Panu, bo dzięki temu zwyciężysz nieprzyjaciela jego własną bronią, a Bogu przysporzysz chwały. Za zniewagi wyrządzone Bogu żałuj zawsze, gdy tylko o nich pomyślisz, jednak pokładaj nadzieję w Jego męce i proś Go o przebaczenie. Powiem więcej: nawet gdyby ci się zdawało, że to sam Bóg mówi, że nie należysz do Jego owczarni, nie przestawaj Mu ufać, lecz pełna pokory mów: „Masz rację, Panie mój, że piętnujesz moje grzechy, jednak ja mam większą rację, by wierzyć w Twoje zmiłowanie, ponieważ Ty mi przebaczysz. Dlatego proszę Cię, zbaw to nikczemne stworzenie potępione przez swój występek, lecz odkupione za cenę Twojej krwi. Odkupicielu mój, chcę być zbawiona dla Twojej chwały i ufając w Twoje niezmierzone miłosierdzie, cała oddaję się w Twoje ręce. Uczyń ze mną, co zechcesz, ponieważ Ty jesteś moim jedynym Panem. I nawet gdybyś mnie zabił, będę w Tobie pokładać nadzieję (por. Hi 13, 15)”.

Lorenzo Scupoli, Walka duchowa, XLIV

Bóg wie, że mamy usprawiedliwienie


„Oto zrodzony jestem w przewinieniu i w grzechu poczęła mnie matka” (Ps 51, 7). Sami nic tu nie zawiniliśmy i Bóg wie o tym równie dobrze jak my; wie, że częściej upadamy ze słabości niż z wyrachowania. Dlatego sam siebie zobowiązał do miłosierdzia, a my mamy bez skrępowania Go o miłosierdzie prosić.

Inną cechą zaufania, cechą, która niezmiernie podoba się drogiemu i boskiemu Oblubieńcowi, jest zwierzenie Mu się ze swoich przewinień zaraz po ich popełnieniu. Zanim staniesz przed tronem spowiednika i spełnisz obowiązki pokuty, wyznaj temu miłemu Powiernikowi, co ci się przydarzyło, i powiedz Mu jak Dawid: to ja bardzo zgrzeszyłem w tej czy tamtej sprawie, naprawdę postąpiłem głupio! (por. 2 Sm 24, 17). – Mój Boże, właśnie wypowiedziałem niedyskretnie słowo, popełniłem niegodny uczynek, który może spowodować zamieszanie. Nie wiem, co mnie zaślepiło i popchnęło do tego grzechu. Naprawdę bardzo mi wstyd i odczuwam ogromny smutek, ale najbardziej zasmuca mnie to, że tym grzechem obraziłem Ciebie. Z tego powodu wciąż jestem niepocieszony. A przecież jeśli byłem mniej mądry, niż powinienem, Ty nie jesteś mniej miłosierny ani mniej wrażliwy na moje łzy. W Twoich oczach widzę jak zawsze łagodność i dobroć; w Twoim sercu wyczuwam miłość, która jest moją pociechą i moim życiem: Ty sam mnie dotknij, a poczujesz, że choć jestem niewdzięcznikiem, płomienie Twojej miłości we mnie nie zgasły, i niezmiennie jesteś dzisiaj taki, jaki jesteś odwiecznie – „cichy i pokornego serca”, „bogaty w miłosierdzie” (Mt 11, 29; Ef 2, 4). Przy okazji tych lekkich i zwykłych grzechów, które przytrafiają ci się często i niemal w każdej godzinie, proś Go, by nie zapominał o tym, o czym wie lepiej niż ty: że przyszedłeś na świat jako grzesznik i człowiek ułomny, jak dziecko ulegający ciągłym upadkom, i wydaje się, że ojcowska dobroć Boga nie pozwala Mu się gniewać z ich powodu. Opowiedz Mu, że dwuletni chłopczyk, beniaminek całej rodziny, dla swojej matki nie jest mniej godzien miłości, gdy upadnie, niż wtedy gdy stoi. Przeciwnie, właśnie wtedy – gdy upadnie – matka pieści go najczulej. Powiedz Mu, że tylko porywcze i szalone matki wpadają w gniew i znieważają dziecko, ilekroć zdarzy mu się upadek; prawdziwa matka, której miano chce nosić Bóg, gdy tylko zobaczy upadek dziecka, biegnie, by je podnieść z miłością. I zamiast surowości i gróźb, tuli dziecko do łona, całuje i głaszcze, pieszczotami i pocałunkami stara się uśmierzyć jego ból i nie dopuścić, by krzyczało i było smutne. Wielki Boże, nazywasz mnie swoim małym stworzeniem, które trzymasz na kolanach lub prowadzisz za rękę, by nauczyć je chodzić. Oto, czym jestem: kiedy upadnę. Osądź przeto, czym powinieneś być i czego chce od Ciebie Twoja dobroć. To prawda, mój drogi Ojcze, że nawet dzisiaj, i to na Twoich oczach, mimo moich postanowień i obietnic, znowu upadłem w swój codzienny grzech. Ale nie gniewaj się: to ja muszę płakać i się smucić, a Ty, mój Umiłowany, wyciągnij do mnie rękę, weź mnie w ramiona, żeby otrzeć mi łzy i rozproszyć moje niepokoje i obawy, zapewniając mnie, że wciąż mnie kochasz i nie przestajesz być moim Bogiem. Nie przeczę, że masz poważne powody, żeby się uskarżać, skoro po tylu spowiedziach i po tylu łaskach widzisz, jak często wciąż upadam. Wydaje mi się jednak, że masz również wiele powodów do usprawiedliwienia nieuchronnych słabości, jakie mam w sobie. [...] Niestety! Boski Zbawicielu, popatrz, co jest we mnie i czym jestem, jakie dano mi serce i z jakiej krwi ukształtowano stworzenie, które miało być czyste i bezgrzeszne jak aniołowie. [...]
Byłbym jednak w błędzie, gdybym prosił, żeby Twoja nieskończona świętość patrzyła na moje upadki bez odrazy: sam czuję odrazę do siebie, cierpię z powodu żalu i bolesnych wyrzutów sumienia. Powiem Ci jednak, co czynię, by znaleźć pocieszenie, i co moim zdaniem Ty sam powinieneś czynić, by uśmierzyć swój gniew i żywić wobec mnie tylko współczucie i zamiar okazania miłosierdzia. Mój Boże, od chwili, gdy zgrzeszyłem, patrzę na Ciebie w stanie, w jakim byłeś na Golgocie, gdzie myślałeś jedynie o przebaczeniu i zmazaniu grzechów, i o szukaniu grzeszników po całym świecie, by obmyć ich w swojej Krwi. Na to właśnie patrzę i to właśnie sprawia, że uciekam się do Ciebie: godne uwielbienia miłosierdzie, oto grzesznik, którego szukasz. Ty, mój Boże, w tejże chwili, gdy widzisz mnie upadłego, popatrz na mnie w stanie, w jakim kiedyś znajdę się w niebie, gdzie będę myślał już tylko o miłowaniu Ciebie. Kiedy patrzysz na mnie tu, na ziemi, widzisz człowieka, który przez trzydzieści i czterdzieści lat swojego życia nie spędzi jednego dnia, a być może nawet jednej godziny, żeby Cię nie obrazić jakimś grzechem. Kiedy jednak będziesz na mnie patrzeć w raju, ujrzysz świętego, który spędza miliony lat i wieków, i całą wieczność, ani razu Cię nie obrażając, i ani razu w żadnej chwili tej długiej wieczności nie przestaje Cię wielbić i miłować. Popatrz na mnie w tym stanie i nie gniewaj się, że na ziemi, przez pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, czyli przez dwie czy trzy minuty, widzisz, jak ulegam upadkom z powodu słabości.


Michel Boutault, Methode pour converser avec Dieu, VII





Źródło: "Spowiedź w szkole świętych", O. Max Hout de Longchamp, wyd. PROMIC, Warszawa 2015

Fot. VICONA