Byłam w niewoli grzechu i szatana


Świadectwo pewnej młodej kobiety, która jako nastolatka, bezmyślnie zaprosiła szatana do swojego życia. Wydawało się jej, że dzięki temu zapewni sobie powodzenie i sukces. Niestety, w krótkim czasie przekonała się, że szatan dając, zabiera potem wszystko – wiarę, duszę, bliskich, wszystko, co człowiek kocha – zostawiając pustkę i cierpienie.


Świadectwo dostępne jest również w formie do odsłuchania (na dole strony). Odczytał je ks. Sławomir Kostrzewa podczas dwóch konferencji oraz uzupełnił o swój komentarz.

Fot. VICONA


Piszę to świadectwo jako 24-letnia kobieta. Jednak życie w sobie mam dopiero od czterech lat. Czuję się jak małe dziecko, które przez kilka lat włóczyło się po ciemnej jaskini, szukając po omacku wyjścia. Gdy w końcu je znalazło, światło słoneczne oślepia oczy tak silnie, że nie widzi się nic poza tą wielką, upragnioną światłością. Tą światłością jest Jezus. Od czterech lat nie potrafię opisać słowami tego, co czuję, co myślę, i jak bardzo jestem szczęśliwa. Rzadko dzielę się swoim świadectwem, ponieważ jest to trudne dla mnie samej. Zawsze czekam, gdy to Pan Jezus da wyraźny znak.


Moje szczęśliwe dzieciństwo


Zawsze byłam dobrym i wierzącym dzieckiem. Wierni oraz księża często z zainteresowaniem obserwowali moje zachowanie, bo już jako 3-letnie dziecko z wielkim zaangażowaniem, uwagą i skupieniem uczestniczyłam w liturgii, robiąc dokładnie to, co dorośli. Kapłan śpiewał, klękał, rozkładał ręce – wszystko na chwałę dobrego Boga. Rodzice nie musieli mnie strofować, wewnętrznie wiedziałam, że uczestniczę w czymś podniosłym, ważnym i świętym. Msza Święta była jednym z najbardziej wyczekiwanych momentów w moim życiu, dopytywałam tatę, kiedy będzie znów niedziela. W szkole nie sprawiałam problemów wychowawczych, miałam świadectwa z paskiem, duże osiągnięcia sportowe i literackie. Miałam również kochających rodziców. Byłam osobą lubianą i szanowaną, otaczaną wiarą, że w życiu dużo osiągnę.


Gdy miałam 8 lat, w czasie snu przyszedł do mnie Pan Jezus. Nie da się opisać Jego piękna i światłości, w jakiej był skąpany. Nasz leksykon jest zdecydowanie zbyt ubogi by opisać adekwatnie zjawisko duchowe, którego doświadczyłam. Jezus powiedział mi, że jestem dobrą dziewczynką, a zawsze gdyby działo się w moim życiu coś niepokojącego bądź złego, mam powiedzieć z wiarą 3-krotnie „Jezu, ufam Tobie”, a On zawsze przyjdzie i pomoże mi.

Dzieciństwo wspominam jako czas wiecznych chorób i wizyt u lekarza. Od wieku 9-10 lat, przez dłuższy czas otrzymywałam leki homeopatyczne. Leki przepisywał mi lekarz rodzinny, wmawiając mojej mamie, że to bardzo skuteczna, nieinwazyjna, nowoczesna terapia. Po tych lekach często wymiotowałam, mimo braku objawów zatrucia, i dziwnie się zachowywałam, np. zaczęłam przeklinać. Kuracja doprowadziła mnie do załamania stanu zdrowia i wylądowałam w szpitalu. Tam spędziłam półtora miesiąca. Tam też doświadczyłam pierwszego w swoim życiu paranormalnego zjawiska.


W szpitalu znajdowała się kaplica pod wezwaniem św. Ojca Pio. Kapłan prowadzący katechezę zaprosił nas do powierzenia swojego życia kapucynowi. Po krótkiej modlitwie stwierdził, że św. Ojciec Pio jest teraz z nami. Wskazał dłonią na miejsce przy ołtarzu i kaplica rozświetliła się natychmiast strumieniem światła słonecznego – w miejscu wskazanym przez kapłana pojawił się słup światła wielkości człowieka. Wszystkie dzieci, łącznie z kapłanem, dostrzegły to zjawisko. Zapamiętałam tego dnia, że Ojciec Pio często walczył w nocy z szatanem i zawsze wygrywał. Ta niepozorna informacja okazała się wręcz kluczowa dla mojego dalszego życia…


W wieku 12 lat oddałam swoje życie szatanowi


W wieku 12 lat przeprowadziłam się do nowego domu. Tam zaprzyjaźniłam się z o rok starszą dziewczyną, która „uczyła mnie dorosłego życia”. Z nią zapaliłam pierwszego papierosa i upiłam się do nieprzytomności ziołową wódką. Z nią wywoływałam duchy i pisywałam do wróżek SMS-y, by dowiedzieć się, kto zostanie naszym mężem. U niej w domu filmy pornograficzne były oglądane w taki sposób, w jaki przeciętni ludzie oglądają wiadomości czy komedie.


Miałam wówczas chłopaka – moją pierwszą wielką miłość. Rozpoczął się w moim życiu okres dojrzewania i zaczęłam eksperymentować z badaniem swojego ciała. Podobnie jak pierwsza kawa, czy papieros – masturbacja nie spodobała mi się. Nie wiedziałam w sumie, co jest w tym przyjemnego. Gdyby nie moja nowa przyjaciółka, dalej żyłabym w wielkiej nieświadomości, nie wiedząc, skąd się biorą dzieci. Zwyczajnie mnie to nigdy nie interesowało.


Nadszedł czas, gdy zaczęłam marzyć o tym, by współżyć z moim chłopakiem. Prosiłam Boga, by pozwolił nam na to. Nie rozumiałam do końca, czemu trzeba z seksem czekać do ślubu. Pewnej nocy, będąc zła na Pana Boga, powiedziałam Mu, że skoro On mnie nie kocha i nie chce mnie wysłuchać, poproszę szatana i od tej chwili będę do niego się modliła. Oficjalnie wyparłam się wiary w Boga i oddałam pod pełną władzę szatanowi.


Ku mojemu zdziwieniu nic się nie wydarzyło. Nie było żadnego odzewu, nie było żadnych objawów, że zły duch w ogóle istnieje. Po tygodniu zapomniałam o całym incydencie na niemal siedem lat. Stwierdziłam, że cała nasza wiara to jakiś kiepski żart.

Jak łatwo policzyć – od 12-13 roku życia do spowiedzi generalnej w wieku 20 lat –moja dusza i ja cała należałam do szatana. Będąc nastolatką, bardzo stopniowo wchodziłam w świat okultyzmu i ezoteryki. Najpierw rozmiłowałam się w horoskopach, później w numerologii, astrologii i wróżeniu z dłoni. Fascynowałam się eksterioryzacją i światem astralnym. To był burzliwy okres, gdy jednego dnia mówiłam, że jestem rastafarianką, a po kilku miesiącach wierzyłam już w zupełnie coś nowego.


Gdy miałam około 14 lat, na moich ramionach spoczął demon depresji. Napisałam, że spoczął, bowiem obudziłam się z wielkim ciężarem na plecach – toną smutku, rozpaczy i beznadziei. Niewidzialna siła, która przykleiła się do mnie i wrzucała w moją głowę same beznadziejne myśli. Nie miałam na nic siły. Prosiłam Boga, będąc już wówczas ateistką: „Gdybyś był, a wiem, że Cię nie ma, poprosiłabym, abyś zmienił mój stan”. Miałam ogromny żal i rozpacz z powodu mojego odkrycia, że Bóg nie istnieje. Myślałam, że to jest powodem tego, że czuję się tak depresyjnie. W takim stanie trwałam około trzy miesiące. Teraz wiem od egzorcystów, że depresja ma trzy źródła: nieuporządkowana relacja z Bogiem, okultyzm i grzechy przeciwko życiu.


Mój duch przewodnik „pomagał” mi wzrastać w oświeceniu i rozwoju


Uczestniczyłam w różnych seansach spirytystycznych – na cmentarzu, w szkole, w opuszczonym domu bądź w moim domu, gdzie czyniłam to ze znajomymi lub samodzielnie. W przeciwieństwie do znajomych, którzy traktowali to raczej jako formę zabawy, ja bardzo wierzyłam i pragnęłam przywołać przewodnika duchowego – wyższą energię, która pomoże mi wzrastać w samoświadomości (nie demona, bo w istnienie bytów katolickich już nie wierzyłam).


Szybko zaczęłam odczuwać czyjąś obecność. Na moim parapecie, przy łóżku, zaczęła manifestować się energia. Bardzo szybko nawiązaliśmy ze sobą kontakt. Przez specjalny sposób komunikacji, demon pukał raz na „tak”, dwa razy na „nie”, trzy razy gdy ani „tak”, ani „nie”, bądź źle sformułowałam pytanie. Byłam zachwycona, bo mój „przyjaciel” znał wszystkie moje tajemnice z dzieciństwa, doradzał mi, pomagał wzrastać w oświeceniu i rozwoju.


Pamiętam dwie szczególne sytuacje, które były dla mnie zastanawiające gdy moja przyjaciółka spędzała u mnie noc. Była wówczas praktykującą katoliczką. Mimo jej oporów i strachu namówiłam ją, by zadała pytanie mojemu duchowi, uświadamiając ją w jaki sposób duch jej odpowie. Nie pamiętam o co zapytała, ale demon natychmiast jej odpukał. Ona jak petarda wyskoczyła z łóżka, cała drżąca i płacząca prosiła, by wrócić do domu, błagała, bym więcej tak nie robiła. Moje wyjaśnienia, że przecież to nie ja – tylko zaogniało całą sytuację. Zdziwiłam się dlaczego boi się ducha, który jest tak bardzo mi przyjazny. Pomyślałam, że może boi się, bo ma zainfekowany umysł religią i dlatego nie jest jeszcze gotowa na poznanie prawdy na temat energii wszechświata i prawdy o naszej duszy.


W wieku 15 lat poszłam do księgarni i kupiłam Pismo Święte, przekład poznański. Kupiłam, by mieć argumenty na katolików, bo większość z nich nie zna przecież Biblii. Był jeszcze drugi powód, ukryty – chciałam mieć pewność, że Bóg naprawdę nie istnieje. Gdy czytałam Biblię, a dałam radę przeczytać jedynie pięć pierwszych ksiąg, zdziwiło mnie, że sąd na temat prawdziwości danego zdania był szybszy niż zdążyłam się nad nim zastanowić i przeanalizować go. Innymi słowy – czytałam zdanie, a szatan natychmiast nasyłał myśli: „To jest kłamstwo”, „Ale bajki”, „To nie jest możliwe”, „To wymysły człowieka” itd., nie dając szans na zastanowienie. Tego typu sytuacje nie zdarzały się gdy czytywałam książki o buddyzmie, hinduizmie, czy New Age. To mnie zastanowiło, bo przecież wszystkie religie traktowałam na równi. Czytywałam książki dotyczące parapsychologii, słynnego „Harrego Pottera”, podręczniki do wróżenia z dłoni czy książki opisujące rytuały satanistycznych stowarzyszeń.


Pytałam mojego ducha, czy jest zły, że czytam Pismo Święte. Odpowiadał, że „tak”. Pytałam, czy to dlatego, że tam znajduje się prawda – odpowiadał, że „nie”. Zapytałam, czy to dlatego, że on chce mnie rozwijać duchowo, a ja wciąż wracam z tęsknotą do ludzkiego wymysłu, jakim jest religia? Odpowiedział: „tak”. Denerwował się, gdy pytałam, czy oby na pewno nie jest duszą czyśćcową.


Mój duch zaczął mnie karać po kilku miesiącach przyjaźni. To dlatego, że modliłam się do Boga, wiedząc, że Go nie ma, ale pragnąc by był. Często też wyobrażałam sobie jakby wyglądało moje życie, gdyby Bóg istniał. Nie wiedzieć czemu, miałam ukryte pragnienia zostania zakonnicą i często fantazjowałam na ten temat. Wyobrażałam sobie jak jestem na misjach w Afryce i pomagam biednym dzieciom. Widziałam wokół siebie mnóstwo dzieci, a w ich oczach uśmiech i radość samego Boga. To wydawało mi się życiem idealnym. Myślałam sobie, że gdyby istniał Bóg, to właśnie tak chciałabym żyć. Czasem próbowałam mówić Różaniec. Mój duch zaczynał skrobać pazurami po parapecie zawsze, kiedy próbowałam zasnąć. Skrobał szczególnie natarczywie, gdy już zasnęłam. Pewnego dnia mój duch mnie opuścił… tak przynajmniej myślałam.


Już wtedy zaczęłam praktykować pewien rodzaj zaspokojenia seksualnego niegodnego człowieka. Pod taki grzech podczepiony jest potężny demon, który oddziaływał na moje ciało. Do Kościoła już wówczas nie chodziłam, moi rodzice też przestali chodzić. Każdy się zajął własnymi sprawami. Chodziłam natomiast na katechezę. Żywiłam sympatię do zakonnicy, która miała ogromną wiarę. Opowiadałam jej o moim śnie o Jezusie i później o doświadczeniu z bierzmowania. Według tej zakonnicy, byłam duszą, co do której Pan Bóg ma szczególne plany. Oczywiście ja już wtedy wiedziałam, że Bóg nie istnieje. Chwilami, z utęsknieniem zazdrościłam jej takiej pewności i wiary, innym znów razem współczułam jej naiwności i nie mogłam wcale słuchać tego, co mówi. Włączyła nam kiedyś świadectwo Lecha Dokowicza, stawiając mi magnetofon koło ucha, bo siedziałam w pierwszej ławce. Słuchałam, co mówił, a raczej charczał do mojego ucha, wzbudzając we mnie mieszane uczucia. Miałam dwie opcje – albo przyjąć to, co mówi i uznać za prawdę, albo całkowicie to odrzucić.


Dręczenia demoniczne nie pozwalały mi w nocy spać


Zaczął się okres najgorszych dręczeń demonicznych w moim życiu. Najgorszych pod względem tego, że nie wierzyłam już wówczas w Boga ani w żadną pomoc z nieba. Mój pokój stał się sceną teatralną dla paranormalnych zjawisk. Książki same spadały z moich półek, szczególnie w nocy. Niemal każdej nocy włączała się sama pozytywka, budząc mnie z głębokiego snu. Często, gdy posprzątałam swój pokój, wracając ze szkoły, znajdowałam go w kompletnym chaosie, jakby ktoś czegoś szukał – wszystko było znów na podłodze. Moje sny były pełne przerażających koszmarów – dzikich zwierząt atakujących mnie, ludzi, którzy się wieszają, węży, wilków... Bądź śnił mi się szatan w długim, ciemnym płaszczu albo pod postacią klauna. Świdrującymi oczami patrzył na mnie z szyderczym uśmiechem. Czułam przeszywające zimno mojego ciała, strach przed ciemnością i nocą. Rano czułam jakby ktoś całą noc wykręcał mi nadgarstki i stopy albo męczył moje ciało w sposób, którego nie umiem opisać. Miewałam najbardziej przeraźliwe paraliże przysenne, kiedy zły duch paraliżuje ciało, a człowiek nie może nawet wydobyć z siebie dźwięku. Nikt, kto choć raz tego nie doświadczył, nie zrozumie tego strachu.


Pewnej nocy poczułam, że ktoś chwyta mnie za dłoń i z dużą siłą ciągnie w swoją stronę. Przerażona, wyrwałam dłoń, otworzyłam oczy i zobaczyłam, że mam jakby dwie ręce, to znaczy moją dłoń należącą do ciała i spoczywającą na łóżku oraz tą, należącą do duszy. Jest to typowe doświadczenie eksterioryzacji, czyli wyjścia z ciała. Praktyki te są zakazane przez Kościół katolicki jako niebezpieczne i są grzechem – otwierają człowieka na świat demoniczny. Dla mnie były dowodem na to, że człowiek naprawdę posiada duszę, która jest przecież śliczna, świeci bożą jasnością i blaskiem. W swoim kształcie dusza jest dokładnie taka sama jak nasze ciało, choć jest nieporównywanie piękniejsza, bo cała powłoka skóry zdaje się być niesamowitą, półprzezroczystą światłością. Z tym, że ja teraz nie planowałam prób wychodzenia z ciała, a stało się to za sprawą złego ducha. Moim oczom ukazał się widok trzech demonów siedzących na wysokich tronach, zawieszonych nad moim łóżkiem. Były to zakapturzone postacie w długich, czarnych płaszczach, które otaczała chmura dymu. U podnóża każdego z nich widniała tablica z napisem grzechów, które najczęściej popełniałam: SEKS, PYCHA, KŁAMSTWO. Przerażona, robiłam wszystko, by nie spojrzeć demonom w twarz oraz by obraz zniknął. Swoją duszę dopasowałam do ciała i silnie ruszyłam ręką, by wybudzić ciało. Zapaliłam światło i z wielkim lękiem zaczęłam modlić się do św. Michała Archanioła. Było to wówczas najbardziej przerażające doświadczenie jakie przeżyłam.


Rozumiałam znaczenie grzechów takich jak seks czy kłamstwo. Już wtedy oszukiwałam rodziców na każdym kroku, wyciągając od nich pieniądze. Sprawnie manipulowałam oraz szantażowałam najbliższych. Ojca okręciłam sobie wokół palca tak, że wszystko by dla mnie zrobił. Wiedziałam, że wobec Boga nie jestem już szczera, że żyję w kłamstwie i iluzji. Nie rozumiałam natomiast czym jest pycha. Teraz wiem, że to źródło wszystkich grzechów, główna cecha szatana – ojca kłamstwa. Od najmłodszych lat wzrastałam w poczuciu wyjątkowości. Ojciec zaszczepił we mnie wysokie poczucie własnej wartości. Moje osiągnięcia naukowe i powodzenie w szkole również odbiło na mnie piętno. Byłam najlepszym uczniem w szkole, najlepszym sportowcem. Dostawałam najwięcej walentynek i wygrywałam liczne konkursy. Moich rodziców było stać na drogie i markowe ciuchy oraz wakacje za granicą. Zawsze czułam się wyjątkowo i indywidualnie. Było to dla mnie czymś naturalnym, że pewne rzeczy zwyczajnie mi się należą… Ale tamtej nocy kompletnie nie rozumiałam, co to znaczy pycha.


Kilkanaście miesięcy po moim nawróceniu zobaczyłam wizję piekła św. Jana Bosko, która dotyczy tablic z nazwami grzechów, którymi wybrukowane jest piekło. Co ciekawe, chrzest święty przyjęłam u salezjanów, których patronem jest właśnie św. Jan Bosko. Osobiście myślę, że zobaczenie tych demonów było wstrząsającą łaską daną mi przez Boga – konfrontacją z moimi grzechami.


Szatan skutecznie odwodził mnie od powrotu do Boga


Zbliżało się bierzmowanie, więc przystąpiłam do spowiedzi świętej. Nie byłam w stanie powiedzieć o moim grzechu, grzechu nadużycia seksualnego. Chciałam wyspowiadać się szczerze, ale moja przyjaciółka wyszła z konfesjonału zapłakana, bo ksiądz na nią krzyczał. Był wrednym i surowym kapłanem. Powiedziałam wszystko, co sumienie mi wyrzucało, bez najbardziej wstydliwego dla mnie grzechu. Myślałam, że może Bóg mi to też wybaczył, wiedząc, że przecież żałuję. Nie wyspowiadałam się również z żadnego grzechu związanego z magią i ezoteryką. Zwyczajnie nie byłam świadoma, że to wszystko jest złe i że może być grzechem.


Podczas samego bierzmowania, gdy tylko arcybiskup dotknął mojego czoła, prąd przeszedł przez moje ciało, od czoła po stopy. Oboje spojrzeliśmy na siebie wystraszeni. Do dzisiaj nie wiem, czy to była manifestacja złego ducha czy Duch Święty.


Rozpoczął się czas, gdy zaczęłam modlić się na Różańcu. Co ciekawe, wcześniej też próbowałam się modlić. Pamiętam, że często odkładając na miejsce Różaniec, odnajdowałam go w strzępach, rozerwany w kilku miejscach. Bywały dni, iż wcale nie mogłam go znaleźć, bądź był w innym miejscu niż go odkładałam. Przez długi okres modliłam się mówiąc jedynie: „Święta Maryjo”, jakby nie wiedząc, że istnieje jeszcze pierwsza część tej modlitwy. Pamiętam szczególnie przerażający czas, gdy będąc z psem na spacerze, przez pół godziny usiłowałam nadaremnie powiedzieć: „Pod Twoją obronę”. Szatan umiejętnie blokował moje myśli. Dochodziłam do pewnego momentu modlitwy, po czym pojawiała się totalna pustka. Byłam zła na siebie, gdyż miałam świadomość, że bardzo dobrze znam tę modlitwę. Nie wiedziałam, jaki jest powód mojej dziwnej blokady pamięci.


Pojechałam na pielgrzymkę do Częstochowy – nie żeby się modlić, ale ze znajomymi. Szłam wzdłuż straganów i nagle oniemiałam. Zobaczyłam wiszący na ścianie sklepu obraz św. Ojca Pio. Zapomniałam o jego istnieniu przez tyle lat! Niewiele myśląc, kupiłam go. Patrzyłam mu w twarz i przed oczyma przelatywały mi wszystkie wspomnienia z mojego dzieciństwa, kiedy byłam innym człowiekiem. Mówiłam mu: „Ja kiedyś w Ciebie wierzyłam. Przecież Ty istniałeś, prawda?… i walczyłeś z szatanem i zapach fiołków pojawiał się, gdy byłeś… Ja teraz już nie wierzę w Boga, Ojcze Pio… bo wszystkie religie mają te same podłoże… Jeśli Bóg naprawdę istnieje, to pomóż mi uwierzyć, bo życie moje nie ma sensu”. Z moich oczu popłynęły łzy. Przecież miałam już za sobą próby samobójcze, każdego dnia zmagałam się z tym, by znaleźć chociaż okruch sensu, dla którego warto żyć. Handlowałam marihuaną, sama popalałam, nadużywałam używek jak papierosy i alkohol, imprezowałam. Spotkałam Ojca Pio po raz drugi w życiu, a nasz pierwszy raz był, kiedy byłam małym, niewinnym, bardzo wrażliwym dzieckiem. Było to dla mnie traumatyczne doświadczenie.


Wróciłam do domu, powiesiłam obraz na ścianie, a po paru dniach schowałam obraz św. Ojca Pio do głębokiej i ciemnej szuflady, gdzie przeleżał kolejne trzy lata. Tak właśnie działał zły duch, gdy działo się coś, co przybliżało mnie do nawrócenia – zaraz pojawiało się milion myśli, teorii, dowodów, że to bzdury i mrzonki. Z tego samego powodu, będąc jeszcze małym dzieckiem, bardzo szybko zaprzestałam mówić „Jezu, ufam Tobie” – tak jak sam Jezus mi kazał. Szatan mi wmówił, że nie ma co Jezusa fatygować. On przecież ma tyle spraw na głowie. Chciałam Mu pokazać (gdy jeszcze w Niego wierzyłam), że sama sobie poradzę, żeby nie musiał mnie ratować. Ale sen o Jezusie pracował we mnie przez lata, nie dało się wyprzeć z pamięci tego, czego doświadczyłam.


W wieku 16 lat przyśnił mi się ponownie Pan Jezus – ten sam cudowny i miłosierny jak sprzed ośmiu lat. Siedzieliśmy na wielkim głazie przy drzewie, chyba figowcu. Zwróciłam uwagę na to drzewo, bo w Polsce takich nie ma. Byliśmy w niebie. Chrystus pokazał mi stan duszy, jakiego człowiek doświadcza w niebie. Nie będę próbować tego opisywać, bowiem znów zbyt ubogi leksykon nie pozwoli na oddanie w pełni radości i spełnienia, jakie odczuwałam. Jakby moja dusza, serce i cała istota spoczęła po długiej wędrówce w źródle, z którego powstała. Poczucie dotarcia do celu. Ku memu zaskoczeniu, zobaczyłam film jakby z mojego życia, szczególnie sytuacje trudne, krzywdzące – cierpienia, zniewagi, jakie były mi zadawane, każdy ból fizyczny i zmęczenie, trud – wszystko to służyło uszlachetnieniu mojej duszy. Zrozumiałam, że każde cierpienie i problem w życiu ziemskim jest narzędziem, bym weszła do nieba i innej drogi nie ma. Obudziłam się i zaczęłam potwornie płakać. Nie dlatego, że byłam w niebie i widziałam znów Jezusa. Płakałam dlatego, że znów żyję na ziemi, w ciele śmierdzącym grzechem, obciążona stanami emocjonalnymi i psychicznymi, których tam nie odczuwałam.


Nie wiem ile zajęło szatanowi – może parę miesięcy – bym cały sen uznała za mało prawdopodobny, aby odzwierciedlał prawdę. Zastanawiałam się tylko, czy umysł człowieka jest aż tak bardzo zdolny przez swój potencjał wykreować w czasie snu tak niesamowite uczucia – radość i miłość – zupełnie mi przecież obce. To było mi zagadką. Szatan wmówił mi jeszcze, że to byłoby zbyt piękne, żeby Jezus istniał i tyle dobra przygotował dla człowieka, który jest taki grzeszny i zły. „To nie jest możliwe”, „To zbyt piękne, by mogło istnieć. Jezus to bajka dla słabych, głupich ludzi” – tak mi szatan wmawiał.


Zaczęłam natomiast zakładać swój krzyżyk od bierzmowania. Zakładałam i bardzo źle się czułam, więc zdejmowałam go i chowałam głęboko do szuflady. Następnego dnia znów zakładałam, chociaż na krótki czas. Pokusiłam się by krzyżyka nie zdejmować na noc. To był mój duży „błąd”. W nocy coś dziwnego zaczęło się dziać z moim ciałem. Głowę wykręcało mi na poduszce w prawo i w lewo, jak i całe ciało. Wyginałam się w łuk i przez pierwsze sekundy myślałam, że mam atak epilepsji i że nawet nie dam rady zawołać na ratunek rodziców i umrę. Wpadałam w panikę. Po chwili poczułam jak mój krzyżyk palił mnie na mostku i że jest bardzo ciężki. W tej chwili zrozumiałam, że jakiś byt ze mną walczy i za wszelką cenę chce, bym zdjęła ten krzyżyk. Bałam się, że szatan złamie mi kark. Dotarło do mnie, że przecież ja całym swym życiem czczę go i że należę do niego. Drugi i ostatni raz w życiu, zwróciłam się do szatana z prośbą. Poprosiłam go, by pozwolił mi zdjąć ten krzyż z szyi, przyznałam mu rację, że należę do niego, nie do Boga. Po chwili atak ustał i trzęsącymi się dłońmi zdjęłam krzyżyk. To był kolejny przełomowy moment w moim życiu duchowym.


Szatan również wmówił mi, że należę do niego, dlatego wszelkie próby modlitwy do Boga są zbędne bo On i tak nic zrobić nie może by mi pomóc. Dlatego przez cały ten czas koszmarów nocnych, paraliży przysennych, dotykania mojej twarzy i wchodzenia na mnie przez złego ducha, modliłam się tylko na dwa sposoby: modlitwą do św. Michała Archanioła, bądź wzywałam św. Ojca Pio. Jako dziecko zapamiętałam, że on wygrywał z szatanem zawsze. Byłam przekonana, że św. Ojciec Pio ma większe szanse pomóc mi, niż Pan Jezus. Gdy wzywałam kapucyna, nieraz po 50 razy powtarzając jego imię w ciągu nocy, zawsze, gdy się bałam albo po napaści złego ducha, Ojciec Pio przychodził. Zmieniała się atmosfera wokół mnie, ciemność stawała się jaśniejsza, zaczynałam dostrzegać kontury mebli w pokoju i autentycznie bałam się nieco mniej.


Robiłam okropne rzeczy, a jednak Duch Święty czuwał nade mną


Warto, abym dodała, że w wieku 13 lat zrobiłam sobie kolczyk w nosie i od tej chwili moje serce owładnęły pokusy robienia sobie tatuaży i piercingu. Bardzo chciałam mieć kolczyk w języku, na co rodzicie nie wyrażali zgody. Postanowiłam, że zrobię sobie tatuaż, mając 15 lat. Moja mama pozwoliła mi na tatuaż, gdy skończę 16 rok życia. Przez ten czas zmieniłam zdanie, mimo zachęt ze strony mojej mamy. Zwyczajnie, skoro ona mi pozwoliła, to zabieg przestał dla mnie być czymś atrakcyjnym. Postanowiłam wręcz, że na złość jej tatuażu sobie jednak nie zrobię. Teraz decyzję mojej mamy postrzegam przez pryzmat błogosławieństwa. Gdyby zabraniała, pragnienie to urosłoby do takiego stopnia, że w wieku 18 lat pierwsze, co bym uczyniła, to właśnie tatuaż. Natomiast koleżanka zrobiła mi w toalecie szkolnej kolczyk w pępku. Profesjonalnie, ze znieczuleniem, wenflonem, w rękawiczkach, odkażoną igłą i z odpowiednim leczniczym kolczykiem. Problem z całkowitym wyjęciem kolczyka z pępka miałam przez dwa lata już po nawróceniu. Robiąc go, nie byłam kompletnie świadoma, że to grzech przeciwko pierwszemu przekazaniu i tak silnie zniewala. Zniewala, bo człowiek stawia siebie na miejscu Boga, ma pragnienie ciągłej modyfikacji swojego ciała, a taki kolczyk zlewa się z tożsamością człowieka, bardzo trudno jest się go później pozbyć. Tak przynajmniej było w moim wypadku.


Szczególnie dobrze pamiętam spotkanie z egzorcystą w liceum. W salce znajdowały się wszystkie drugie klasy, a egzorcysta upatrzył sobie właśnie moją ławkę. Przechodząc, przystanął przy mnie w milczeniu. Teraz myślę, że się modlił. W sercu moim natychmiast zagrzmiała burza: ten złodziej, kobieciarz, hazardzista, zboczeniec, obżartus, leń, półgłówek! Po cholerę stanął akurat przy mnie?! Takie myśli, a nawet i gorsze miałam o każdym kapłanie. Pałałam irracjonalną nienawiścią i pogardą do całej instytucji jaką jest Kościół. Ten kapłan irytował mnie szczególnie. Do tego stopnia, że jak mówił, to nogą uderzałam nerwowo w ławkę. W czasie jego modlitwy zaczęłam się delikatnie chwiać, robiłam mimowolnie małe kółka. Zdziwiło mnie to… ale pomyślałam, że jeśli faktycznie katolicyzm jest prawdą, a szatan istnieje, to w sumie adekwatnie mnie ten ksiądz wkurza i ja źle się czuję w jego towarzystwie. Coś mi kazało jednak słuchać tego, co mówi i siedzieć tam do końca. Myślę, że to był Duch Święty.


Takie samo doświadczenie wyraźnego zakazu od Ducha Świętego miałam, gdy dla żartów chciałam usiąść w konfesjonale. Chodziłam wtedy jeszcze do gimnazjum, trzymałam się blisko z młodym kapłanem, moim katechetą. Pomagałam mu w przystrajaniu kościoła, bo zwalniał mnie z lekcji. Wolałam z nim posiedzieć, coś tam porobić, niż umierać z nudów w klasie. Poza tym nie gadał mi wcale o Bogu, był wyluzowany, mieliśmy dużo ciekawych tematów – pasowało mi to. Przystrajaliśmy kościół na Wielkanoc. Robiłam grób Pana Jezusa, gdy wpadłam na pomysł, by usiąść w konfesjonale. Tego jeszcze nie robiłam. Dewizą mego życia było przecież, by wszystkiego w życiu spróbować. Ksiądz zdenerwował się, mówiąc, że chyba oszalałam, że to jest sakrament, że tylko kapłan ma prawo siedzieć w konfesjonale. Próbowałam go przekonać, że przecież nikogo nie ma i nikt się nie dowie. Zakończył, mówiąc, że go zaczynam wkurzać swoim gadaniem i skończyliśmy temat. Wyczekałam chwili, gdy poszedł po coś do zakrystii. Podeszłam cichutko do konfesjonału, zadowolona z siebie dotknęłam drzwiczek i nagle poczułam w sercu wyraźny opór i zdanie w mojej głowie: „Nie, nie wolno ci”. Puściłam drzwiczki i wróciłam nieco zdekoncentrowana do swojej pracy. Nie umiałam sobie zracjonalizować, co się wydarzyło. Ksiądz wrócił i po chwili zapytał, co mi się stało, czemu tak zamilkłam. Nie powiedziałam mu nigdy o tym, co się stało.


Dręczenia demoniczne przypominające chorobę psychiczną zaczęły pojawiać się także w ciągu dnia


Pewnego ranka obudził mnie surowy, męski głos: „Wstawaj!”. Otworzyłam oczy i natychmiast wstałam. Ku memu zdziwieniu byłam sama jak palec w domu. Byłam przerażona świadomością, że słyszałam obok siebie surowy głos jakiegoś mężczyzny, którego nie ma. Później wielokrotnie słyszałam, jak ktoś woła moje imię. Zawsze z wielkim przerażeniem rozglądałam się – na przykład podczas podróży autobusem miejskim – szukając osoby, która coraz bardziej natarczywie wołała mnie po imieniu. Pasażerowie patrzyli na mnie, zastanawiając się, czemu z takim przerażeniem przesuwam po ich twarzach wzrokiem. Ja zwyczajnie, nadaremnie szukałam źródła głosu, który mnie wzywał.


I tak, mając lat 17,18, zaczęłam doświadczać dręczeń demonicznych, przypominających chorobę psychiczną. Szatan chodził za mną przez kilka tygodni. Słyszałam wyraźnie jego kroki. Ja biegłam – on biegł, ja szłam wolno – on wolno. Zawsze krok w krok za mną. Wtedy to zaczęłam mijać ludzi z rozmazanymi twarzami. Raz wsiadłam do autobusu, gdzie pan z ciemnym kapturem na głowie zwyczajnie zniknął, rozpłynął się w powietrzu. Przerażona, wysiadłam na następnym przestanku, nie byłam w stanie kontynuować podróży. Czasem dopadały mnie ataki mimowolnego śmiechu, śmiałam się z tego, że komuś na przykład stała się krzywda, złamał nogę. Śmiech był dla mnie samej przerażający, bo trwał nieadekwatnie długo i nasilał się mimo mojej próby zapanowania nad nim. Stwierdziłam, że zwariowałam, że zaczyna mi się schizofrenia paranoidalna.


Odstawiłam zupełnie marihuanę, myśląc, że może taka jest przyczyna moich objawów. Wszystko trzymałam w tajemnicy, nie mogłam powiedzieć o tym nikomu, szczególnie rodzicom. Doskonale wiedziałam, że zatroskana mama natychmiast zabierze mnie do psychiatry. Wyobrażałam sobie jak dostanę garść leków i w szkole już będą wiedzieć, że mam schizofrenie, albo zamkną mnie w szpitalu psychiatrycznym i już nigdy z niego nie wyjdę.


Chodziłam wtedy do liceum, gdzie rozmawiałam często o duchowości z moim nauczycielem od języka polskiego, inteligentnym ateistą. On pokazywał mi filmy takie jak „Zeitgheist” lub czytaliśmy wspólnie książki takie jak „Bóg urojony” Dawkinsa. Rozmawialiśmy na temat teorii spiskowych, fizyce kwantowej, New Age, reinkarnacji, kosmitach, badaniach naukowych NASA, olbrzymach itd.


Z drugiej strony – chodziłam na katechezę, którą prowadziła dr teologii i wybitna mariolog. Ona pokazywała nam prawdę na temat szeroko pojętego lobby: masonerii, iluminatach, syjonistach. Pokazywała zdjęcia abortowanych płodów. Wyjaśniała pułapki i różnice między religiami. Miała szeroką wiedzę o objawieniach maryjnych. Znów, jej słowa poruszały moje serce w dziwny sposób. Chłonęłam wszystko jak gąbka i poddawałam analizie.


Po czasie wszystko ułożyło mi się w jeden wielki wzór. Otóż i naukowo można dowieść, że Bóg istnieje, bo argumenty rzekomo mające zaprzeczać Jego istnieniu, po głębszej analizie wcale Go nie wykluczają. Dziwnie, że najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie świata zrzeszający się w półjawnych stowarzyszeniach satanistycznych, gwałcą jedynie ochrzczone dzieci a profanują jedynie konsekrowane Hostie. Jakoś do Buddy czy Allaha nic nie mają. Zresztą w pewnych stopniach wtajemniczenia wolnomularstwa, wierzenia przypominają islam – a przynajmniej tak wyjaśnia dr Krajski. Nawet w Watykanie działają loże, co odkryłam, będąc jeszcze ateistką. Potwierdzają to objawienia Maryi oficjalnie uznane przez Kościół – w Akita, czy Quito, prawdopodobnie o tym też mówi ostatnia Tajemnica Fatimska.


Miałam wtedy 18 lat, gdy – przerażona tym, że ciągle słyszę za sobą kroki, które mnie wszędzie śledzą – odważyłam się na wejście do kościoła. Stanęłam pod drzwiami, by je otworzyć. Demon stanął za mną. Weszłam i próbowałam iść cicho, ale po posadzce było słychać wyraźnie moje kroki. No właśnie… tylko moje. Ze zdumieniem zatrzymywałam się co dwa, trzy kroki, nasłuchując, czy coś za mną idzie. Nic nie szło… Cofnęłam się do drzwi wejściowych kościoła i ponownie zaczęłam bardzo powoli robić kroki, nasłuchując, czy coś za mną idzie. Nic nie szło. W kościele zostałam pozbawiona wszystkich objawów mojej rzekomej choroby psychicznej, jak to wtedy nazywałam. Usiadłam w jakiejś ławce po lewej stronie świątyni, w której byłam całkowicie sama.


Zaczęłam mówić Jezusowi o wszystkim – że Go nie ma, że nie wierzę, że wiem już wszystko i znam całą prawdę. Mówiłam Mu terminologią z New Age – o cząsteczkach subatomowych, fraktalach, częstotliwości i energii wszelkiej materii i rzekomego mojego na nią wpływu. W końcu wyznałam, że ja przecież zawsze w Niego wierzyłam, a świadomość, że Go nie ma, rozrywa mi serce i ja zwyczajnie nie potrafię żyć. Nie chce mi się żyć, bo to moje życie już sensu nie ma, skoro i tak jestem tylko energią stworzoną w wyniku ewolucji. Nauka wyklucza przecież wszelką prawdę na temat Boga. Powiedziałam, że jak można wierzyć w mieszaninę mąki z wodą, że to jest Bóg. Mówię Jezusowi, że zwariowałam, że jestem uzależniona od papierosów, że mam problemy seksualne, że sypiam u osób, które są kryminalistami, narkomanami i skinheadami, że mój brat zaczyna się uzależniać od narkotyków, że ja nie umiem mu pomóc, a rodzice na wszystko nam pozwalają i nawet nie widzą, że coraz gorzej jest ze mną. Dla nich ważne, że dobrze się uczę. Nie widzą, że pod moim uśmiechem i żartami kryje się rozczarowanie sobą i całym tym światem, że myślę ciągle o śmierci, jestem sama jak palec. Powiedziałam, że nie potrafię wyspowiadać się z tych moich grzechów – zwyczajnie ksiądz nie jest w stanie pojąć, czemu coś zrobiłam i że nigdy przenigdy nie dostanę rozgrzeszenia. „Może to by był jedyny sposób, by się dowiedzieć, czy istniejesz. Jezu, jeśli istniejesz, a tak bardzo bym chciała, byś istniał, to proszę, udowodnij mi to, bo ja nie wierzę już w nic” – tak zakończyłam naszą rozmowę.


Gdy tylko wyszłam z kościoła, szatan powiedział natychmiast, że się wygłupiłam, bo gadam do pustego pudełka, gdzie jest sama woda z mąką. Jakiś starożytny, średniowieczny Bóg, czczony za czasów, gdy ludzie myśleli, że to słońce kręci się wokół ziemi. Wyszłam i znów usłyszałam ciche kroki za sobą mojego wiernego towarzysza – demona. Czekał pod drzwiami, by dalej za mną łazić, bym to słyszała. Tak naprawdę, jest pełno demonów wokół nas, ja wówczas miałam tę łaskę słyszenia ich, mimo, że medycyna nazwałaby to omamami słuchowymi i urojeniami prześladowczymi.


Powoli Pan Bóg otwierał moje serce na Niego


Zaczęłam zachodzić do tego kościoła. Postanowiłam, że spróbuję się wyspowiadać. Poszłam do spowiedzi i znów ograniczyłam grzechy seksualne do minimum przez wielki wstyd, ale prosząc Boga, by mi to też wybaczył. Wyspowiadałam się natomiast z tych związanych z używkami. Mówiłam księdzu, że ja nie mam pewności, że Bóg istnieje, że generalnie to nie wiem, po co przyszłam. Młody kapłan słuchał mnie uważnie. Swoim ciepłym i czułym głosem powiedział, że to najpiękniejsza spowiedź, jaką słyszał w swoim kapłańskim życiu, i że bardzo mi za nią dziękuje. Wyszłam z kościoła oszołomiona jego słowami. Jak to najpiękniejsza? Przecież nie powiedziałam mu tylu rzeczy… Powiedziałam mu same okropne i paskudne rzeczy, naprawdę paskudne… a on powiedział, że to najpiękniejsza spowiedź jego życia… Czy nikt się u niego nie spowiada, czy o co chodzi?


To znów był impuls do myślenia, że jednak nie wszyscy księża są paskudni, wredni i surowi. Jednak ten był miły i pełen szacunku do mnie, którego nawet sama do siebie już nie miałam. Spowiedź, choć świętokradzka, spowodowała, że objawy schizoidalne zniknęły. Czułam się ciut lepiej. Po jakimś czasie moja mama weszła do mojego pokoju i dała mi do ręki „Dzienniczek” św. Faustyny Kowalskiej mówiąc, że sobie zamówiła, ale pewnie nie będzie miała czasu czytać w tej chwili i może ja chcę przeczytać. Moi rodzice zawsze kupowali mi masę książek, bo zwyczajnie wszystkie je chłonęłam w nieskończonej ilości. Uwielbiałam czytać i dalej uwielbiam, z tą różnicą, że już nie czytam byle czego.


Czytałam „Dzienniczek” myśląc sobie, że Faustyna ma schizofrenie totalną, jest jakąś wariatką, albo to wszystko musi być prawdą. Innej opcji nie ma. Wiedziałam, że ona nie kłamie, a jest całkowicie przekonana o tym, co pisze. Zakonnica prosta, szczera, niewinna, czysta, święta – zupełnie całe moje przeciwieństwo. Z każdym zdaniem lubiłam ją coraz bardziej. Przy lekturze tego dzieła szatan również bombardował mnie myślami, że to choroba psychiczna, że Jezus tak by nie mówił. Działo się jednak tak, że im byłam dalej w tej lekturze, tym szatan miał coraz mniejszy do mnie dostęp, bo ja zwyczajnie zaczynałam wierzyć Faustynie.


W tym czasie na You Tubie wyświetlił mi się wykład ks. Piotra Glasa (możliwe, że szukałam czegoś związanego z egzorcyzmami, bo nie pamiętam szczegółów, jak na niego trafiłam). Ksiądz Piotr mówił o spowiedzi generalnej, o tym, że pod każdy grzech jest podczepiony inny demon, o tym, że żeby pozbyć się szatana, należy wyspowiadać się całkowicie, szczegółowo, nie pomijając żadnego grzechu. Całkowicie żałować i mieć absolutną chęć poprawy i zerwania z grzechem. Był to 2014 rok. Ksiądz mówił o zniewoleniu demonicznym i zaczęłam podejrzewać, że ja jestem zwyczajnie zniewolona. Już wcześniej, od wielu miesięcy brałam pod uwagę opcję mojego opętania, choroby psychicznej, zwyczajnego działania przypadku, neurobiologii mózgu czy wpływu genów albo efektu działania mojej fantazji. Na wszelkie możliwe sposoby próbowałam wypierać i racjonalizować każdą paranormalną rzecz, której doświadczałam. Ksiądz wyjaśnił, że te wszystkie moje koszmary, ciągłe zimno przy moim ciele, paraliżujący mnie strach – to wszystko mogą być konsekwencje moich grzechów. Ksiądz Glas to był człowiek, który powiedział mi w końcu prawdę. Jedyny kapłan, którego byłam w stanie właściwie słuchać. Sama byłam w szoku, że słuchałam go z uwagą do końca. Oczywiście miałam pokusy wzbudzające moją wątpliwość. Musiałam niektóre fragmenty słuchać po kilka razy, bo nie rozumiałam. No ale ja już czytałam „Dzienniczek”, gdzie Jezus mówił do Faustyny, a ja Faustynę przecież polubiłam. No i mówiłam Różaniec.


Maryję zawsze kochałam i były chwile, że wierzyłam w Jej istnienie. Jakoś nie czułam do Niej agresji ani niechęci. Bywały dni, że była mi obojętna bądź myślałam, że w miejscach, gdzie dokonało się Jej objawienie bądź cud słońca, jak w Fatimie, mogła być to zwykła projekcja kosmiczna – jak z projektu Blue Beam. To był czas, gdy wierzyłam w życie pozaziemskie. Teraz widzę, że Jej cicha, delikatna obecność towarzyszyła mi zawsze, szczególnie gdy próbowałam się modlić do Niej, a nie umiałam.


Szatan zaczął mnie bombardować w inny sposób. Wmówił, że owszem, może Jezus istnieje i może faktycznie jest taki miłosierny i mi te grzechy odpuści, bo jestem grzesznikiem wielkim, ale ksiądz tego nie zrozumie. Ksiądz to człowiek, a nie Bóg. „Nie dasz rady tego powiedzieć. Jesteś spalona. Ksiądz cię zniszczy albo ty zniszczysz jego, bo dostanie przez ciebie zawału. Ludzie się z takich grzechów nie spowiadają, takich paskudnych, takich okropnych. Jak ty to powiesz? I wstyd ma swoje granice i ilość obrzydliwości, jaką ksiądz może przyjąć, też ma swoje granice”. Przeprosiłam Jezusa, mówiąc, że nie dam rady, że ja z otchłani piekła będę adorować mojego Boga, bo tych grzechów się nie da wyznać. Nie dam rady, choć bardzo bym chciała.


Było lato i wówczas zmarł mój pierwszy chłopak. Utopił się pod wpływem narkotyków w jeziorze. Ja już wtedy spotykałam się z innym chłopakiem, moją drugą wielką miłością. Bardzo przeżyłam tę śmierć, bo on całe swoje życie przecież bardzo mnie kochał i poza mną nie miał innej dziewczyny. Przez moje zachowanie i to, że wyjechałam do innego miasta na studia – mój ówczesny chłopak mnie zostawił. Jednym z powodów było to, że nie chciałam z nim współżyć. Tłumaczyłam, że dopiero jak mi się oświadczy. Nie oddam mu przecież swojej czystości ot tak. Stwierdził, że ma swoje potrzeby, kocha mnie, ale jestem niedojrzała do pewnych spraw. Wrócił do swojej byłej dziewczyny, a moje serce zostało zmiażdżone. Kochałam tego chłopaka całym swoim sercem, każdą komórką ciała, tak bardzo, jak potrafiłam i byłam przekonana, że zostanie moim mężem, a on mnie zostawił i powiedział, że kocha inną.


Załamałam się i rozpoczął się czas rynsztoku w moim życiu. Piłam alkohol przez dwa tygodnie, nie wychodząc z pokoju – jedynie do sklepu. Płakałam, nie myłam się i chciałam umrzeć. Cały świat mi się rozsypał, wszystkie plany, nadzieje i marzenia. Moja współlokatorka stawiała mnie na nogi. Krzyczała na mnie, ubierała mnie, zawoziła na uczelnię. Mówiła, że kocha się raz… potem drugi i trzeci i znowu. Jej ekstrawersja i optymizm podnosił mnie na duchu, choć nie wierzyłam w jej słowa.


Przez swoją nieodpowiedzialność straciłam coś najcenniejszego


Jednego wieczoru zostałam zaproszona przez mojego kolegę, którego znałam cztery lata, na mecz. On pocieszał mnie po stracie chłopaka, którego dobrze znał, mówiąc, że nie rozumie, jak on mógł zostawić taką dziewczynę jak ja. Ten kolega zawsze się we mnie podkochiwał, bardzo mu się podobałam i nawet wynajął sobie mieszkanie obok mojego. Tej nocy ja byłam pijana, a on pod pozorem odprowadzenia mnie do domu, rozebrał mnie i wykorzystał seksualnie. Nie miałam siły z nim walczyć, prosiłam go tylko i błagałam, żeby mnie zostawił, że ja nie chcę, że ja go nie kocham, że ja czekam przecież do ślubu, że bardzo proszę, by przestał. Płakałam z bezsilności i wielkiego upokorzenia, a on tylko głaskał mnie po głowie, szepcząc mi do ucha, że będzie fajnie, że będzie miło, żebym się nie bała. Był to dla mnie dramat.


Rano, gdy się obudziłam, on spojrzał na mnie, a ja powiedziałam do niego tylko jedno zdanie: „Proszę, idź do domu”. Nic nie odpowiedział, ubrał się i wyszedł. Z mojej twarzy i oczu odczytał wszystko. Zgwałcił mnie i nie wiem czy sam był świadom tego, że tak naprawdę to zrobił właśnie to. Byłam bardzo obolała, przez kilka dni nie mogłam chodzić. Powiedziałam o wszystkim mojemu byłemu chłopakowi, który popłakał się i stwierdził, że go zabije. Oni obaj przecież doskonale wiedzieli, że ja czekam do ślubu, bo czystość jest jedyną wartościową rzeczą, jaką jeszcze mam. Owszem, miałam problem z grzechami nieczystości, ale nigdy nie dopuściłam do tego, żeby drugi człowiek w tym uczestniczył. Spojrzałam na krzyż Jezusa wiszący w moim pokoju pytając: „Czemu do tego dopuściłeś? Jezu, przecież ja chciałam czekać do ślubu. Mój Boże, ja już nigdy i przenigdy się z Tobą nie pojednam, taki ze mnie grzesznik, taki ze mnie drań”. Moje serce przeszywał miecz boleści nie do opisania, nawet teraz gdy o tym myślę, to lecą mi łzy. Spałam na zakrwawionym prześcieradle jeszcze przez kilka dni. Specjalnie go nie prałam, by tak jeszcze się katować, by pamiętać, że przez moje imprezowe życie, picie alkoholu, nieodpowiedzialność, straciłam coś, co było jedyną moją wartością.


Po paru dniach, ku memu głębokiemu zaskoczeniu, przypomniał mi się mały incydent. Jako 12-letnia dziewczynka, obrażona na Pana Jezusa, że nie chce jej dać tego, czego pragnie – a pragnęła właśnie zasmakować seksu ze swoim nieżyjącym już chłopakiem (i to jako 12-letnie dziecko, podczas gdy mając prawie 20 lat i przy boku osobę, którą prawdziwie kocha, uważała, że nie jest jeszcze na to gotowa!) – zwróciłam się do szatana, obierając go sobie za boga, a później równie szybko zapomniałam o całym incydencie. Zapomniałam o tym zdarzeniu na 7 lat.


Gdyby ktoś zapytał mnie, czy ja kiedykolwiek wyrzekłam się wiary w Boga, świadomie, dobrowolnie i uroczyście obierając sobie za boga szatana, odpowiedziałabym, że absolutnie nie. Nic z tych rzeczy nigdy nie miało miejsca. Wtedy otworzyły mi się głęboko oczy. Bóg przypomniał mi wszystko. Bóg nie pozwolił mnie skrzywdzić, gdy byłam dzieckiem, a dopiero jak byłam w miarę dojrzałą osobą. Wniosek mam prosty: nigdy i przenigdy nie proś o nic szatana (nawet jak w jego istnienie nie wierzysz), bo przyjdzie do ciebie z rachunkiem. Stwierdziłam wtedy, gdy ochłonęłam po tym szoku, że może się walić i może się palić, ale ja idę do spowiedzi! Miarka się przebrała!


W końcu spowiedź generalna przyniosła uwolnienie i poczucie głębokiego pokoju


Trwało to kilkanaście tygodni, gdy Duch Święty przypominał mi moje grzechy z całego życia. O wielu rzeczach już nie pamiętałam. Wielu też wcześniej nie postrzegałam jako grzech. Gdy słuchałam ks. Glasa, okazało się, że ja popełniłam niemal wszystkie grzechy, jakie są możliwe. Spisywałam je skrupulatnie na kartce, podzieliłam na kategorie. Jeśli chodzi tylko o sam okultyzm i magię, to wypisałam kilkanaście rzeczy. Teraz rozumiałam sens spowiedzi i wiedziałam, że tym razem się uda.


Szatan mnie strasznie gnębił, znów doświadczałam przeróżnych dręczeń. Z tą różnicą, że już starałam się nie grzeszyć wcale, modliłam się na Różańcu codziennie i chodziłam na Msze Świętą, by obserwować ludzi jak się spowiadają, a później przyjmują Komunię Świętą. Szatan śnił mi się w nocy, dotykając mojej twarzy i patrząc mi w oczy. Wyrywał mi poduszkę spod głowy i rzucał nią o podłogę, jak tylko zasnęłam. Składał mi szafkę z ubraniami z wielkim impetem, półki się zapadały, a ja budziłam się z drżeniem serca. Otwierał i zamykał drzwi albo widziałam jak przesuwały się same cienie po ścianie. „Św. Ojcze Pio, ratuj!” – to były najczęstsze słowa w moim nocnym słowniku.


W dniu moich 20 urodzin byłam w kościele i mówiłam Jezusowi, że Go kocham, że Mu ufam i wierzę w Niego. Wróciłam do mieszkania i zobaczyłam, że półka z ubraniami leży na środku pokoju oparta o łóżko, a wszystkie ubrania leżą na ziemi. Tak naprawdę, to nawet trzęsienie ziemi nie mogłoby fizycznie sprawić, by półka znalazła się w takim położeniu. To wyglądało tak, jakby ktoś swoją dłonią celowo tę półkę przestawił. Już nawet się nie bałam, byłam wkurzona. Narobił mi bałaganu i musiałam znów sprzątać! Powiedziałam mu tak: „Rachunki mamy wyrównane. Ja wierzę i kocham Jezusa. I tak pójdę do tej spowiedzi” i w tym momencie przepaliła się żarówka w moim pokoju. Zapaliłam więc szybko lampkę przy biurku, która również zgasła. Usiadłam na łóżku w tej ciemności, chcąc pokazać mu, że się nie boję. Jednak bałam się, wybiegłam po chwili z mieszkania, poszłam do sklepu kupić żarówki. Myślę sobie – skoro szatan gnębił i bił Ojca Pio, to może i ja w tej ciemności zaraz otrzymam cios. Jest to zabawne, że ja wierzyłam, że mam coś nie tak z prądem w pokoju, że to jest powód ciągłego przepalania żarówek. Dopiero po moim nawróceniu okazało się, że żarówka starcza na kilka miesięcy, a nie na kilkanaście dni…


Oprócz ks. Glasa, trafiłam „przypadkiem” na modlitwy prowadzone przez pewnego zakonnika. Spisałam sobie obie modlitwy z prośbą o uwolnienie i o wyparcie się złego ducha. Gdy mówiłam je, całe moje ciało drgało i bardzo się męczyłam. Gdy mówiłam o grzechach, które mnie dotyczyły i których się wyrzekam, zacinał mi się głos. Nie byłam w stanie wypowiedzieć niektórych słów, jakby ktoś związywał mi gardło na supeł. Jąkałam się, dukałam i czułam wyraźny opór. Ja już wówczas wiedziałam, że walczę z szatanem, a nie jakimś stanem psychicznym.


Zaprzyjaźniłam się z dziewczyną, którą namówiłam na wspólną spowiedź. Poszłyśmy razem. Było to w Wielkim Poście 2015 roku. Stałam w kolejce zielono-żółta, spocona, drżąca, skamieniała, zawstydzona – wszystko razem. Nie wiedziałam, czy zemdleję, czy może zwymiotuję. Czułam się bardzo źle. Stałam i gdy nadeszła moja kolei, ksiądz wyszedł z konfesjonału, mówiąc, że przeprasza, ale więcej już dzisiaj nie spowiada, że prosi, abyśmy przyszli wieczorem. Wieczorem nie mogłam przyjść. Załamana ale i z ulgą związaną z odroczeniem spowiedzi, mówię: „Jezu, sam mi wybierz spowiednika i kościół, przecież mówiłeś, że Ty siedzisz w konfesjonale, więc może to być jakikolwiek kościół”. To był czas, gdy modliłam się ciągle o to, by ksiądz w spowiedzi był mi łaskawy, żeby to nie był ksiądz a Pan Jezus. Tak się bałam tej spowiedzi. Pamiętam, że po wyjściu z kościoła moja przyjaciółka, przerażona, zapytała mnie bardzo poważnie – bo mówiłam jej, że mam takie grzechy straszne, których nie dam rady wyspowiadać – co ja takiego zrobiłam, czy ja kogoś zamordowałam? Powiedziałam, że nie, zaczęłam się śmiać… choć ona była przerażona moim demonicznym zachowaniem w kościele.


W Wielkim Tygodniu – może to był Wielki Czwartek, może Wielka Środa – poszłam do spowiedzi – do kościoła, który był moją parafią, mimo że zwykle chodziłam do innego, bo miałam bliżej. Nigdy tam wcześniej nie byłam, a wyczytałam w Internecie, że jest tam spowiedź. Szłam i nie pamiętam drogi do kościoła. Byłam niczym prowadzona przez niewidzialną siłę, chyba Anioła Stróża, bo autentycznie coś mnie ciągnęło pod lewe ramię.


Stanęłam między dwoma konfesjonałami, a na moją twarz padły promienie słońca, które przechodziły przez pełne kwiatów witraże. Piękna panowała atmosfera w miejscu, w którym miałam otrzymać nowe życie. Jednak moje myśli były skupione na jednym celu – szybko przeczytać grzechy i uciec jak najszybciej. Przepuszczałam ludzi w kolejce, to z prawej, to z lewej strony. Jakiś staruszek objął mnie ramieniem mówiąc: „Nie bój się. Będzie wszystko dobrze. Po prawej stronie spowiada proboszcz, bardzo dobry kapłan i wyrozumiały. Gdybym miał Cię zachęcić, to może warto pójść właśnie do niego”. Na słowo proboszcz, jeszcze bardziej mnie sparaliżowało. Zapytałam tego pana, kto spowiada po lewej stronie. Odparł, że nie wie. Jego odpowiedź była dla mnie jak nadzieja, jak szansa na to, że może tam otrzymam rozgrzeszenie.


Gdy nadeszła moja chwila, poszłam do konfesjonału, gdzie nie wiadomo kto spowiadał. Klękłam i zobaczyłam oczy młodego mężczyzny. Pierwsze zdanie wyznania moich grzechów, jakie wyrzekłam, brzmiało: „Ja chyba jestem opętana” i usłyszałam jak kapłan bierze głęboki oddech. Dalej nie pamiętam, co mówiłam. Wiem, że powiedziałam mu wszystko, całe moje dzieciństwo, o sytuacji rodzinnej, mówiłam mu wszystkie moje grzechy, czytałam z tej kartki, a szatan walczył do końca o mnie. Słyszałam natarczywe myśli: „Tego nie mów. Ten grzech pomiń. Tego na pewno nie powiesz. Uciekaj. Jeszcze możesz odejść z honorem. Już tak się upokorzyłaś, uciekaj”. Moje nogi jednak były skamieniałe. Przed najbardziej wstydliwym grzechem zawahałam się, ale pomyślałam, że jak teraz nie powiem, to już nigdy się nie odważę. Powiedziałam wszystko, płakałam, śmiałam się, znów płakałam. Ksiądz słuchał. Gdy skończyłam, ksiądz zapytał jak mam na imię. Odpowiedziałam. Powiedział, że bardzo się cieszy, że przyszłam. Powiedział, że nie daje mi żadnej nauki, bo całe moje życie jest nauką. W tym momencie pękło mi serce. Jak to? Miał na mnie krzyczeć, być zbulwersowany, umrzeć na zawał, a on się cieszy, że przyszłam i nie daje mi żadnej nauki! Powiedział, że mam pójść przyjąć Pana Jezusa, on też musi pójść, a później mam wrócić do konfesjonału i jeszcze porozmawiamy. Poszłam.


Poszłam zjeść wodę z mąką, którą, gdy Faustyna jadła, to okazywało się, że to prawdziwy Bóg. Komunii udzielił mi kapłan, który mnie wyspowiadał. Spojrzałam mu w oczy nieśmiało i zobaczyłam w nich prawdziwe wzruszenie, wielką miłość i współczucie, jakie miał do mnie. Po Komunii uklękłam i tego dnia po raz pierwszy doświadczyłam żywej Obecności Jezusa w Eucharystii.


Moje serce zostało jakby rozerwane i oczyszczone. Przyjąwszy Komunię Świętą poczułam tak dogłębny pokój, iż ze zdziwieniem zaczęłam rozglądać się wokół siebie. Spoglądałam na ludzi klęczących w kościele, zastanawiając się, czy to przypadkiem ukryta kamera, czy oni czują to samo co ja. Przez moją głowę przebiegła naiwna myśl, iż może wszyscy zostaliśmy poddani masowej hipnozie, której efekty są takie, że czujemy w sercach ten przeogromny pokój i miłość. Moja hipoteza została obalona, gdy tylko spostrzegłam, że ludzie zachowują się zwyczajnie, wyrazy ich twarzy w najmniejszym nawet stopniu nie zdradzają, iż mogą odczuwać te niesamowite emocje, które odczuwałam właśnie ja. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, nikt nawet nie zauważył, że się rozglądam, każdy pogrążony był w skupieniu we własnych modlitwach. Msza Święta toczyła się normalnie, ludzie też zachowywali się normalnie.


To we mnie było coś nowego, niesamowicie zaskakującego. Zrozumiałam to niczym przebłysk w mym umyśle. To był Jezus! Wprowadził me serce w stan idealnego pokoju, czułam Jego miłość i radość z mojego nawrócenia. Czułam też ogromną tęsknotę, jaką On miał do mnie, że to On tak długo wyczekiwał tej chwili, a nie tylko ja. Tak głębokiego pokoju, który dotykał aż dna mojego serca, nie odczuwałam nigdy. Pokój wymieszany z miłością i wielką czułością.


Wróciłam do tego kapłana bardzo oszołomiona i on mi wyznał, że jak tylko zaczęłam się spowiadać, zaczął wzywać Matkę Bożą – Maryję, by przyszła i nas oboje ratowała, by towarzyszyła i wspierała mnie i wspierała jego. Poprosiłam go, by przerwał nade mną więzy i konsekwencje grzechów, wymieniłam mu wszystkie węzły, jakie myślałam, że mam. Tak powiedziałam, bo tak mówił ks. Glas w swoich wykładach, że tak trzeba. Ksiądz położył mi ręce na głowie i w milczeniu, długo się modlił. Później, gdy pobłogosławił mnie, z wielkim uśmiechem podał mi rękę, życzył powodzenia. Nigdy więcej już mnie nie zobaczył. Ja kiedyś idąc z moją przyjaciółką, zobaczyłam go stojącego przed kościołem, wpatrzonego w figurę Matki Bożej Fatimskiej. Było to, zdaje się, podczas jakiejś procesji z udziałem tej figury. Moje serce się uradowało, bo tam stał mój Jezus w sutannie. Popatrzyłam na niego przez moment z wielką wdzięcznością i miłością, po czym pokierowałam swe kroki w przeciwną stronę. Nie chciałam, by ten ksiądz mnie zobaczył i jeszcze rozpoznał. Modlę się za niego i dziękuję Bogu, że kiedyś posłużył się właśnie nim, by mnie uwolnić z niewoli grzechu.


Po tej spowiedzi wyszłam z kościoła oszołomiona. Wyszłam i wyjęłam kartkę z moimi grzechami. Z każdym podarciem kartki czułam, jak tona kamieni uchodzi z mojego serca. Podskakiwałam z radości, a czułam, że skaczę jakby kilka centymetrów nad ziemią. Ja w tej euforii czułam, że całe niebo się cieszy razem ze mną. Spełniło się moje najskrytsze i jedyne marzenie. Wreszcie się wyspowiadałam, wreszcie mam Jezusa w sercu, wreszcie jestem wolna. Spełniło się moje jedyne marzenie jakie miałam – by Bóg istniał. Wiedziałam, że jeśli Bóg istnieje, to wszystko w moim życiu będzie miało już sens i cel. Ja przez tyle lat szukałam zawzięcie prawdy, bo jedynie prawda miała i ma dla mnie znaczenie. Szukałam w nauce, pseudonauce, okultyzmie, przyrodzie, poezji, drugim człowieku, sztuce, podróżach, muzyce – wszędzie, gdzie tylko mogłam. Poszukiwałam czegoś, co zapełni tą przeraźliwą, zimną jaskinię, jaką miałam w sercu. Tą przeszywającą całą istotę tęsknotę i pustkę za czymś, co wiedziałam, że istnieje, ale mimo wszelkiego wysiłku i trudu, nie potrafiłam wciąż tego odnaleźć, a znajdowałam jedynie namiastki, które po czasie niknęły. Ktoś mądrze powiedział, że „Bóg jest Prawdą. I kto szuka prawdy, ten szuka Boga, choćby o tym nawet nie wiedział.” Przez te wszystkie lata analizowania teorii z różnych dziedzin nauki dotyczących prawd na temat istoty człowieczeństwa, wszystko to odnalazłam, a tak naprawdę Bóg mi ukazał przez swoją łaskę, w momencie przyjęcia Eucharystii. W zwykłym kościele – takim, jakich w Polsce tysiące, z rąk zwykłego kapłana przyjęłam cały mój świat, całe moje szczęście, moją prawdę, drogę i moje życie. Tego dnia usnęłam pierwszy raz od wielu lat, otulona bezpieczeństwem i ciepłem, bez zimnej obecności demonicznej, paraliżującej moje ciało, bez strachu i lęku, obaw, natrętnych myśli. Miałam nowe życie, choć wiedziałam, że walka trwa dalej.


Zupełnie nie potrafiłam rozmawiać z Jezusem. Ustawiłam sobie Jego obraz na tapecie na laptopie i godzinami wpatrywałam się w Jego twarz, w Jego oczy, a On w moje. Nic nie mówiliśmy do siebie, bo tutaj słowa były już zbędne. On chłonął mnie całą, a ja Jego. Z Jego oczu odczytywałam wszystko – jak bardzo mnie kocha, jak bardzo się cieszy, jak bardzo tęsknił, jak bardzo się troszczy. Czułam, że wie o wszystkich moich problemach, zmartwieniach, zranieniach, krzywdach, że mi współczuje i że już nie jestem sama, już jesteśmy razem, że mam się tym cieszyć i o to już tylko dbać. Taką modlitwę niemal bez słów, przerywaną krótkimi zwrotami: „Kocham Cię”, „Dziękuję Ci” „ Ufam Tobie”, „Udało się”, toczyłam przez długie tygodnie.


Św. Ojciec Pio, który był moim kierownikiem duchowym od 10 roku życia, bardzo szybko nakłonił mnie (poprzez listy do swoich duchowych córek), do codziennej modlitwy różańcowej, podobnie jak i do codziennej lektury i medytacji Pisma Świętego. Modliłam się najpierw Różańcem, a później rozbudowaną formą modlitwy różańcowej, czyli moją ukochaną Nowenną Pompejańską. Modliłam się zawsze w intencjach Matki Bożej. Pierwszą nowennę przerwałam po 15 dniach, ale nie poddawałam się.


Moja walka trwała dalej


Szatan kusił mnie bardzo intensywnie i mocno. Spowiedź, owszem przecięła wpływ złego ducha na mnie, ale nie zmieniła mojej woli. Moje serce i dusza, które przez tyle lat grzeszyło i robiło dosłownie wszystko, na co miało ochotę, prowadziło bardzo trudną walkę, by nie wrócić do starych nawyków. Trzy rzeczy były najbardziej trudne:


Po pierwsze: grzechy związane z okultyzmem, bowiem jeszcze mając 19 lat, wróżyłam mojemu chłopakowi z dłoni, w sumie nie rozumiejąc, co w tym złego. Po nawróceniu, każde czasopismo, które brałam do ręki, otwierało mi się samo na stronie z horoskopem. Przestałam czytać takie czasopisma, a mój podręcznik do wróżenia z dłoni zniknął. Dopiero po dwóch latach odnalazłam go i spaliłam. Nie chciał się palić, mimo polewania go mocno benzyną. Wszystkie amulety i talizmany zniszczyłam. Spotykałam ludzi zapraszających mnie na spotkania związane z ezoteryką, dostałam do ręki Pieczęć Boga Żywego, fałszywe przesłanie rzekomej mistyczki z Irlandii, różaniec, na którym Pan Jezus błogosławił lewą ręką. Oddawałam to wszystko księdzu w spowiedzi, mówiąc, że się boję.


Po drugie: grzechy związane z nieczystością. Byłam zniewolona przez grzech masturbacji, mimo że nigdy nie doświadczyłam szczytowania i mimo że nie sprawiało mi to przyjemności. Ja zwyczajnie radziłam sobie w ten sposób z rozładowaniem napięcia i stresu. Było to dla mnie zawsze bardzo upokarzające i bolesne. Pokusy związane z onanizacją miałam po trzydzieści razy dziennie. Chodziłam do spowiedzi, ciągle trafiając na tego samego kapłana. Po paru razach wydało mi się to podejrzane. Ja wtedy nie wiedziałam, jak działa Bóg, myślałam, że to jakiś dziwny przypadek. Przez ponad rok, za każdym razem jak poszłam do spowiedzi, o każdej porze dnia i tygodnia, siedział w konfesjonale ten sam ksiądz. Gdy nie chciałam się spowiadać, to go nie było.


Ten ksiądz był miłosierny i bardzo wyrozumiały. Nie bałam się go, choć owszem, troszkę wstydziłam, ale na pewno mniej, niż innych kapłanów. Ten ksiądz rozkładał bezradnie ręce, mówiąc, że mam modlić się na Różańcu i się nie poddawać. Ja walczyłam. Modliłam się zawzięcie i wytrzymywałam to dwa tygodnie, to trzy tygodnie bez upadku. Jak na człowieka, który ma non stop pokusy nieczystości, byłam bardzo zdeterminowana.


W końcu nadszedł dzień, gdy zobaczyłam gdzieś w Internecie świadectwo kapłana, który rozwiązał sobie jakiś węzeł poprzez 9-dniową Nowennę Rozwiązującą Węzły Życia. Węzeł, czyli konsekwencje naszych grzechów albo np. grzech, z którym mamy wciąż problem. Pomyślałam, że to coś dla mnie. Spróbuję. Kocham Maryję, zawsze Ją kochałam i szanowałam, więc może faktycznie Ona mi pomoże. Przecież modliłam się przez cały czas zniewolenia wciąż do Niej, wierząc, bądź nie, ale się modliłam. Odmówiłam dziewięć dni modlitwy i stał się prawdziwy cud. Z niedowierzaniem zauważyłam, że wszystkie natrętne pokusy zniknęły. Szatan, który miał wpływ na tę sferę mojego życia przez wszystkie lata, zwyczajnie zniknął. Przestałam grzeszyć ciężko. Było to dla mnie wielką radością i szczęściem.


Warto bym dodała, jak walczyłam z tego rodzaju pokusami. Używałam egzorcyzmu prostego mówiąc na przykład: „W imię Jezusa Chrystusa, demony masturbacji lub seksu idźcie precz ode mnie!”. To bardzo pomagało, ale na chwilę. Obecnie wiem, że bardzo skutecznym sposobem na pokusy jest używanie wody bądź oleju egzorcyzmowanego. W momencie silnych pokus (które obecnie w moich życiu zdarzają się bardzo rzadko, dzięki łasce Bożej) wystarczy pokropić sobie czoło, dłonie, serce, czasem nawet miejsce intymne i szatan ucieka. Nie może oddziaływać na ciało, które jest skropione egzorcyzmowaną wodą, bądź olejem. Również wzywanie Matki Bożej i trwanie na modlitwie myślnej na kolanach – pomaga. Taka jest prawda, że z pokusą nigdy nie wygramy, bo z nią się nie walczy. Należy przeczekać aż sama minie. To wiem od Ojców Pustyni i świętych. Sprawdziło się prawdziwie na mojej skórze. Należy odwrócić swoją uwagę od myślenia, że jestem kuszona, a całe swoje serce i myśli skoncentrować na Jezusie. Pokusy ustają.


Trzecią rzeczą, z jaką miałam problem, były grzechy związane z relacjami z innymi ludzi i moim zachowaniem. Moimi znajomymi były osoby niewierzące i czas wolny spędzaliśmy na imprezach i używkach. Przez cztery lata od mojego nawrócenia, bardzo stopniowo i delikatnie Pan Bóg wymienił mi znajomych. W tej chwili większość mam wierzących, czystych ludzi o pięknych sercach i dobrych intencjach. Poznałam też dobrych, wierzących i wrażliwych kapłanów, na pomoc których mogę liczyć. Uważam to za największą łaskę. Stopniowo zmieniłam sposób ubierania się i wyglądu, sposób zachowania się. Jezus wlewał w moje serce niechęć do wyzywających ubrań, szpilek, makijażu, farbowania włosów. Podkreślić to muszę, bo wszystko działo się bardzo powoli i bardzo delikatnie – tak czule i adekwatnie prowadzi Pan Bóg. Szatan mi wmawiał, że jak się nawrócę, to będę musiała żyć jak w kołchozie, ze sztywnym dekalogiem i zwyczajnym brakiem wolności. To wszystko zupełnie inaczej wygląda. Nigdy nie czułam się bardziej wolna niż obecnie.


Po prawie pięciu latach uzależnienia od papierosów, Jezus też delikatnie i całkowicie mnie uwolnił. Przez dwa lata usiłowałam wyjąć kolczyk z pępka i też w końcu go wyjęłam. Zrozumiałam, że to grzech i szpecenie swojego ciała, które jest świątynią Boga. Podobnie stało się z moim uzależnieniem od sportu. Przez wiele lat zawodowo uprawiałam sport, osiągając znaczne sukcesy, w zasadzie od 7 do 17 roku życia byłam przygotowywana do zawodów, później ze względu na stan zdrowia, musiałam zrezygnować. Nadal byłam jednak uzależniona od ćwiczeń fizycznych i ładnego wyglądu. Łapałam fazy, robiąc po tysiąc brzuszków dziennie. Gdy tego nie zrobiłam, to czułam się źle. Uwielbiałam i kochałam sport. Taki paradoks – z jednej strony czyniłam autodestrukcyjne rzeczy, popadając w różne używki, z drugiej dbałam o wygląd i uprawiałam sport.


Pan Jezus wlał w moje serce myśl, że muszę oddać Mu wszystko. Wszystko to znaczy wszystko – nie mogę mieć rzeczy, która służy tylko mi, służy budowaniu mego ciała, miłości własnej, a nie przybliża mnie do nieba. Z dnia na dzień zerwałam z ćwiczeniami, choć było mi źle z tym i byłam bardzo smutna. Wtedy dotarło do mnie, że jestem jakaś nienormalna, że faktycznie ja po tej spowiedzi zachowuję się już jak nie ja. Jak to możliwe, że całe życie poświęciłam jakiejś dyscyplinie, wszyscy mnie znali z tego, że uprawiam sport, a ja raptem widzę, że to stoi na przeszkodzie w mojej relacji z Bogiem, w którego jeszcze niedawno nie wierzyłam przecież? I porzuciłam dla Niego wszystko. Inni ludzie również zaczęli dostrzegać, że jestem innym stworzeniem. Podzielę się pewną dygresją. Całkiem niedawno moja przyjaciółka pamiętająca mnie jeszcze sprzed nawrócenia, powiedziała mi, że to co się ze mną stało jest dla niej niepojęte. Jak się poznałyśmy, to zawsze kłóciłam się z nią na temat Kościoła, mówiłam, że to mafia, przestępcy, lobbyści i samo zło, że jest głupia i naiwna, że wierzy w Kościół, tak perfidną i zepsutą instytucję, a teraz sama latam codziennie do kościoła. Zapytała, jak to możliwe. Odpowiedziałam, że przecież wierzę w Boga, nie w Kościół i chodzę na Msze Świętą dla prawdziwego, żywego, realnego Boga. Nie moja to wina, że prawdziwy Bóg jest jedynie w Kościele katolickim i jedyną prawdą jest depozyt wiary pozostawiony przez Jezusa. W Kościele, którego Głową jest Chrystus są ziarna i plewy. Manipulacją diabelską jest utożsamianie Jezusa jedynie z plewami, które Go reprezentują, a ja kiedyś tak stale robiłam, myśląc, że to cała prawda. Każde słowo Pisma Świętego jest słowem żywym, czyli takim, które realizuje się w naszym życiu.


Mój grzech spowodował, że szatan znowu do mnie wrócił


Po ponad roku od mojej spowiedzi generalnej stało się coś bardzo złego. Mówiłam wówczas Tajemnice Szczęścia. W maju 2016 roku odczułam bardzo silną pokusę dokonania czynu seksualnego. Tego czynu, którego najbardziej się wstydziłam, co było dla mnie najbardziej upokarzające i tragiczne do wypowiedzenia w konfesjonale. Czułam, jakby ogromne stado demonów pchało mnie do tego czynu i w mojej głowie usłyszałam wyraźny głos, chyba wysokiego rangą demona: „To nie jest grzech!”. I uległam. I uczyniłam znów to samo, czego najbardziej się wstydziłam. Wróciły do mnie dręczenia i wróciła do mnie obecność jakiegoś bytu. Szatan się nade mną pastwił tak mocno, jak mocno mu Bóg na to pozwalał. Nie rezygnowałam i dalej mówiłam Tajemnice Szczęścia. Szatan wrócił do mnie z 7-krotną siłą – to wszystko prawda, co mówi Ewangelia. Jak ktoś wyjdzie ze zniewolenia, złe duchy powrócą znów, wystawiając człowieka na próbę. Ja tę próbę przegrałam, bowiem byłam za słaba i zupełnie nie umiałam walczyć z pokusami. Zrozumiałam, że ja zwyczajnie nie nadaję się, by być dzieckiem Bożym, że to wszystko bez sensu. Lepiej, żeby Jezus zrezygnował ze swoich starań o mnie, bo ja już rezygnuję z siebie, jestem beznadziejna…


Szatan wyrywał mi z impetem poduszkę spod głowy i wyrzucał ją na środek pokoju, tak, że musiałam wstawać, by ją podnieść. Wchodził na mnie i mnie dusił, paraliżował moje ciało. Pamiętam jedną noc, gdy wszedł do mojego pokoju i stanął nad moim łóżkiem. Otworzyłam oczy i zobaczyłam smukłą, wysoką, jakby na wpół przezroczystą czarną postać, która kładzie swoje ręce na mojej szyi i zaczyna mnie dusić. Czułam od tej postaci samą nienawiść, wielką i potworną złość, ale wiedziałam, o co jej chodzi. Demon mnie nienawidził za te wszystkie Różańce, które już powiedziałam, a miałam już za sobą cztery Nowenny Pompejańskie – za nienarodzone dzieci, za papieża i kapłanów, za biednych grzeszników, za dusze czyśćcowe. Szatan nic do mnie samej nie miał, ani do mojego nawrócenia, bowiem, co ja sama z siebie znaczę? Wyraźnie odczułam, że chodzi mu o te dusze, którym swoją modlitwą już pomogłam. Chodziło o to, że zadawałam mu ciosy i że podjęłam z nim prawdziwą walkę. Nie mogłam mówić, więc swoją myślą zawołałam rozpaczliwie: „Jezu, ratuj!” I w tym momencie szatan zdjął z mojej szyi swoje łapska i zniknął. Zapaliłam światło i przerażona, już tak spędziłam noc.


Zrozumiałam, że muszę iść do spowiedzi. Powiedziałam Jezusowi: „Skoro już raz Ci zaufałam i byłeś w konfesjonale Ty sam, skoro przeżyłam najpiękniejszy rok w moim życiu, skoro ja wiem, że Ty istniejesz i wiem, jak bardzo mnie kochasz, to zaufam Ci znów, bo Cię kocham i moje życie bez Ciebie nie ma sensu”. 15 sierpnia, bez większych przygotowań, poszłam do spowiedzi i wyznałam starszemu księdzu, co uczyniłam. Ksiądz nawet nie odniósł się do moich grzechów, udzielił rozgrzeszenia i odeszłam.


Okres pocieszeń duchowych


Po Eucharystii przeżyłam najpiękniejsze uczucie w sercu. Pan Jezus jakby dłońmi dotykał mojego serca i zaczęłam odczuwać dwa bicia serca w swoim. Moje serce żyło, było w nim tysiące żywych iskierek. Dopiero wtedy zrozumiałam, że to, co św. Faustyna opisuje jako doświadczenia w sercu, to rzeczywiście jest prawdą i jest możliwe. Byłam tak wzruszona i tak oszołomiona tym, co dzieje się wewnątrz mnie, a na co kompletnie nie mam wpływu, że głaskałam się po sercu, mówiąc czule do Jezusa: „Ty naprawdę jesteś. Znów jesteś w moim sercu. Przepraszam, że tyle zwlekałam. Mój kochany Jezu. Błagam Cię, nie znikaj. Bądź ze mną już na zawsze. Kocham Cię i ufam Ci”.


I tak rozpoczął się najpiękniejszy okres mojego życia duchowego – okres pocieszeń duchowych. Jezus w moim sercu ze swoją żywą obecnością był ciągle żywy i prawdziwy. Całe godziny spędzałam w kościele, kiedy tylko mogłam. Ten Jezus z mojego serca ciągnął jak magnez do tego w tabernakulum. To cudowne chwile i bardzo intymne. Nie mogę opisywać tego. To karmi jedynie moją miłość własną, a nie służy budowaniu bliźniego.


Zresztą każdy ma swoją indywidualną relację z Jezusem i należy tylko o nią dbać i ciągle rozmawiać z Nim. On dla każdego ma cały ogrom łask i miłości i oddaje Siebie całkowicie i do końca w każdej sekundzie życia. Należy tylko z tego korzystać. Nawet powiedział do Alicji Lenczewskiej, że każde bicie naszego serca, każdy oddech, który nie jest skierowany dla Niego, jest stratą czasu. To wszystko jest prawda. Jezus ma być wszystkich we wszystkim dla nas. Daje rozeznanie i ukazuje prawdę też stopniowo i zawsze adekwatnie do powołania, jakie nam zesłał.


Pokazał mi w sposób wyjątkowy, czym jest kapłaństwo i jak ważni w Kościele są kapłani, ich posługa, słowa. Modlę się za kapłanów, bo muszą głosić czystą i radykalną prawdę dla zbawienia dusz – tak jak ks. Glas. Tak niewielu mówi cokolwiek o piekle bądź sprawiedliwości Boga. Dość poznałam na sobie Boże Miłosierdzie, jednak Bóg bez swojego drugiego atrybutu, jakim jest Sprawiedliwość to już jakaś atrapa, a nie Bóg. Trzeba mówić całą prawdę. Prawdę o sakramentach, pokucie, prawdziwym nawróceniu, dobrej spowiedzi, przyjmowaniu swojego krzyża. O istnieniu szatana, piekła, zniewoleniach, modlitwie różańcowej, potędze obcowania świętych, wstawiennictwie św. Michała Archanioła, potędze i opiece Maryi itd. Serce mnie boli na widok śpiących, często zwiedzonych księży. Głoszą często swoje poglądy, wyobrażenia, refleksje, psychologię, interpretacje, zamiast czystą naukę objawioną już w całości przez Jezusa Chrystusa. Często słyszę, że ludzi nie wolno straszyć piekłem i szatanem, bo odejdą z Kościoła. Przypominam, że Matka Boża małym dzieciom w Fatimie pokazała piekło. Ludzie przyjdą do Kościoła, bo pragną radykalnych zasad i prawd, które kontrastują z tym demokratyczno-satanistycznym etosem świata. Ludzie pragną i łakną prawdy, ja sama jestem tego najlepszym i najgorszym przykładem. Ksiądz Glas jako egzorcysta powiedział prawdę, jakże krytykowaną i wyśmiewaną przez wielu księży. „Jaki znowu demon masturbacji, myśli samobójczych, czy depresji? Przecież to się leczy u psychiatry i psychologa!”


Pamiętam, gdy po nawróceniu uczestniczyłam we Mszy Świętej i doznawałam ogromnego szoku – zachwycałam się mądrością czytań i pięknością psalmów. Wcześniej moje uszy były zatkane przez złego ducha na Słowo Boże do tego stopnia, że słyszałam jedynie pojedyncze strzępki słów. Coś tam: ... Jezus... zaprawdę, powiadam wam… oto Słowo Boże… koniec. Gdyby ktoś zapytał mnie, o czym było czytanie, nie potrafiłabym odpowiedzieć. Myślałam, że wszyscy tak mają i nikt tego nie rozumie oprócz księży. Pomyślałam, że może papież Franciszek pozmieniał teksty w Kościele i teraz czytania są pisane dla zwykłych ludzi, dlatego rozumiem. Okazało się jednak, gdy wróciłam do mojej Biblii Poznańskiej, że wszystko jest po staremu.


Po prawie dwóch latach powróciłam do kościoła, w którym byłam pierwszy raz, wtedy, gdy demon wszędzie za mną łaził i myślałam, że jestem schizofreniczką. Usiadłam w tej samej ławce z wielkim uśmiechem na twarzy. Z ogromem pokoju w sercu i radości. W pełni zdrowia psychicznego (jeśli pełnia właściwie istnieje). Zaczęłam delikatnie rozglądać się po tej świątyni. Ze zdziwieniem odkryłam, że nad ławką, w której siedzę i w której siedziałam wtedy, kiedy prosiłam Jezusa o ratunek w największej ciemności mojego życia – wisi ogromny obraz św. Faustyny Kowalskiej. Aż całe moje ciało drgnęło ze strachu, jak ją zobaczyłam. Zrozumiałam, że to właśnie wtedy mama dała mi niby przypadkiem „Dzienniczek”, a to właśnie było na chwilę po tym, gdy weszłam przerażona do tego kościoła. Niesamowite jak święci za nami orędują. Naprawdę!


Co z pokusami? Zapsalmowałam szatana. Ten odstąpił ode mnie. Uciekł, nie mogąc znieść moich modlitw, ciągłego trwaniu na rozmowie z Jezusem i mojego szczerego i głębokiego pragnienia niegrzeszenia i podobania się jedynie Bogu. Pamiętam wyraźnie, że kiedy dopadała mnie pewna pokusa, zaczęłam czytać psalm, który otworzyłam na chybił trafił. Pokusa natychmiast odeszła, a ja poczułam w sercu ciepło i pokój. Tak pokazał mi Jezus, że słowa zapisane w Piśmie Świętym są potęgą, że tak walczy się ze złym duchem. Znów spełniły się w moim życiu prorocze słowa Ewangelii. Oddałam się całkowicie prowadzeniu Boga bez warunków i zastrzeżeń.


Jak słyszeć Jezusa, dobrze rozeznawać i walczyć z pokusami?


Wielu ludzi pyta, co robić by słyszeć głos Jezusa? Co robić, by dobrze rozeznawać i jak walczyć z pokusami? Ja nie wiedziałam o tym nic, wszystko wykonywałam metodą prób i błędów, obserwując konsekwencję moich wyborów. Z perspektywy czasu, opierając się na słowach świętych, własnym doświadczeniu, słuchając głosu sumienia i natchnień Ducha Świętego, mogę powiedzieć, że podstawą jest regularna spowiedź święta i regularna Eucharystia.


Spowiedź odcina od wpływu złego ducha, bo każdy najdrobniejszy grzech i zaniedbanie sprawia, że zły duch znów ma do nas dostęp. Chwilami bardzo subtelny i niezauważalny, ale ma. O pójściu do spowiedzi nie decydujemy sami, ale decyduje nasze sumienie. To w sercu czuć wyraźnie, kiedy należy iść. Mówię o stanie ducha w grzechach lekkich. Gdy ktoś ma grzech ciężki, jest to naturalne, że powinien iść natychmiast.


Eucharystia jest wielką, piękną tajemnicą i darem. To Komunia serc z Bogiem – zjednoczenie, zlepienie – jakże często przez nas niedoceniane. Ja zauważyłam po pewnym czasie, że bez Komunii nie potrafię żyć, że nie mam zwyczajnie sił sprostać wyzwaniom stawianym mi przez dzień oraz że to z niej płynie cała moja siła. Zaczęłam też odczuwać głęboką tęsknotę za Mszą Świętą, właśnie pragnieniem przyjęcia Komunii Świętej. Jezus dał mi łaskę odkrycia, że On również tęskni i wyczekuje tej chwili. Dla Niego największą radością i największym dowodem miłości, jaki możemy Mu podarować, jest przyjęcie Go w Komunii sercem czystym i ufnym, sercem dziecka, w którego wnętrzu chce zamieszkać i cieszyć się zwyczajnie zjednoczeniem z nami. Dlatego tak ważne jest trwanie na modlitwie myślnej z Jezusem. Bo to, że ty o Nim zapomniałeś, nie oznacza, że Pan Jezus zniknął z twojego serca.


Bardzo ważna jest dla mnie Adoracja, wtedy słyszę Jezusa najwyraźniej. Adoracja to trwanie w modlitewnej ciszy z Jezusem. Wystarczy pójść do kościoła i słuchać, co mówi Bóg. Często idziemy i to my mówimy Jezusowi o problemach, kłopotach, obawach. Proponuję choć raz spróbować zrobić inaczej. Przecież Jezus wie o tym wszystkim, a chce nam odpowiedzieć. Należy stworzyć mu przestrzeń i warunki, by mógł do nas mówić. Na tym przecież polega dialog – to rozmowa dwóch osób, a nie jednej.


Moją umiłowaną modlitwą jest Nowenna Pompejańska. Dzięki niej nauczyłam się systematyczności i wytrwałości w modlitwie. Tak naprawdę, jak ktoś chciałby realizować w pełni przesłanie Matki Bożej Gietrzwałdzkiej zachęcającej do codziennej modlitwy różańcowej, to polecam właśnie tę Nowennę. Ona uczy cierpliwości i zapewnia nam towarzystwo Maryi. Matka Boża zawsze przychodzi, gdy mówimy Różaniec. Mogłabym pisać dużo o samej modlitwie, jej istocie i sensie. Na początku traktowałam Różaniec jak klepanie paciorków, które sprawiają, że wzywam Maryję, a zły duch ucieka, bo znieść nie może Matki Bożej. Toczyłam dużą walkę, by się skupiać na słowach i w trakcie modlitwy nie myśleć o innych sprawach. Później bardzo stopniowo odkryłam głębię i związaną z tą modlitwą kontemplację. Różaniec jest potężną głębią i bliskością serc Maryi i Jezusa. Dziwne, bo modląc się do Maryi, tak naprawdę jesteśmy jednocześnie blisko całej Trójcy Świętej. Uważam, że tak jest, ponieważ Trójca Święta obrała sobie mieszkanie w Niepokalanym Sercu Maryi. Mówiąc Różaniec, modlimy się do samego Boga, mając przy sobie Maryję, która w trakcie naszej modlitwy, modli się również w naszej sprawie. Jej modlitwa jest nieskazitelna i czysta jak czysta i nieskazitelna jest sama Maryja. Ona jest całkowicie przezroczysta jak kryształ, cała ukierunkowana, jakby zaprogramowana na Boga i prowadzenie do Boga. Tak ukazał mi to Bóg, gdy zastanawiałam się, czy modląc się do Maryi, nie zabieram Jemu chwały. Dlatego podstawą mojego obecnego rozwoju duchowego jest budowanie żywej i szczerej relacji z tym cudownym Stworzeniem, które dopiero co poznaję i które chcę naśladować. Sama nie rozumiem swojego zachwytu i fascynacji nad Maryją. Jest to jednak tajemnica duchowa, a moja konsekracja i oddanie w niewolę – myślę, że przyczynia się do tego. Codzienna modlitwa różańcowa jest potężną bronią przeciwko szatanowi. Nawet jedno Zdrowaś Maryjo wypowiedziane w czasie pokusy, jest bardzo skuteczne. Ja właśnie dzięki Różańcowi – myślę – trwam wciąż w łasce uświęcającej. Dzięki prowadzeniu Maryi, która modli się za mnie i daje mi łaski by wytrwać.


Codzienne rozważanie Pisma Świętego jest również bardzo ważne. Tutaj mamy słowa Boga skierowane bezpośrednio do nas. Wielu ludzi przestałoby mieć zmartwienia dotyczące tego, jak rozwiązać daną sytuację życiową, gdyby znali Pismo Święte. Biblia jest doskonałym podręcznikiem psychologii, poradnikiem małżeńskim, wskaźnikiem rozwoju kariery zawodowej, książką motywacyjną i gotowym podręcznikiem by zdać egzaminem z naszego człowieczeństwa. Dlaczego? Bo ukazuje całą prawdę o nas, naszej grzeszności i przewrotności ludzkiego serca, tarapaty w jakie sami wpadamy i przede wszystkim sposoby rozwiązania i wyjścia z tych opresji. Biblia ukazuje prawdę o nas i prawdę o Bogu. Buduje nas i karmi, daje nadzieję i jest wielkim oparciem w codzienności. Kto nie zna Biblii, ten nie zna Chrystusa, jak mawiał św. Hieronim.


Rozważnie Męki Pana Jezusa. Odkryłam, że najbliżej Jezusa jestem, gdy towarzyszę Mu i pobożnie rozważam Jego najświętszą Mękę, odprawiam na przykład Godzinę Świętą, Drogę Krzyżową albo Zegar Męki Pańskiej. Bycie przy umęczonym Sercu Chrystusa cierpiącego i konającego rozrywa mi serce, odziera z pychy i pozwala stanąć w prawdzie o sobie i w prawdzie o Nim, nieskończonego Majestatu i Miłosierdzia Bogu.


Rola postu, umartwienia i cierpienia również jest bardzo ważna. Mogłabym pisać dużo na ten temat. Tym bardziej, że już byłam w niebie i wyraźnie Jezus ukazał mi, że to te drzwi prowadzą do nieba i innych nie ma. Należy z pokorą, ufnością i akceptacją przyjmować i nieść swój codzienny krzyż. Tak naprawdę to Jezus ma nam wskazywać kiedy i w jakim zakresie mamy wchodzić w praktyki postu i umartwienia. Jedynie wypełnianie Jego woli, a nie naszej własnej, pozwala iść szlakiem i drogą prowadzącą do zbawienia. Nie można przyśpieszać kroku, wyprzedzając Jezusa, ani spowalniać. Cały sekret świętości zdaje się tkwić w słuchaniu i realizowaniu w jedności z Bogiem Jego woli. By Go słyszeć to już napisałam wyżej, co trzeba robić. Przynajmniej ja – a zwróćcie uwagę jakim byłam i jestem grzesznikiem – słyszę głos Jezusa właśnie dzięki temu.


Konsekracja Jezusowi przez ręce Maryi


Bóg dał mi pragnienie konsekrowania się Panu Jezusowi przez ręce Maryi według Traktatu św. Ludwika. Jednak przez dwa lata uważałam, że to zaproszenie nie może zostać zrealizowane. Ja? Taki grzesznik? – absolutnie nie może stać się niewolnikiem Maryi. Spisałam sobie argumenty za i przeciw. Przeciw była cała lista, a za tylko jeden – że Bóg mnie zaprasza do tego. Nie chciałam robić sobie żartów z Matki Bożej, skoro nie ufam sobie w najdrobniejszej rzeczy. Kto mi da gwarancję, że dzisiaj się modlę, a jutro wrócę jak pies do swych wymiocin?


Przez dwa lata przeczytałam kilkakrotnie Traktat, zagłębiając się umysłowo i starając się pojąć, choć w drobnym stopniu, tę duchowość. Wciąż wahałam się i postanowiłam, że konsekruję się dopiero wówczas, kiedy osiągnę już pewien stopień świętości, żeby nie krzywdzić Matki Bożej. Skoro ma mnie wziąć w swoje dłonie i kształtować, niech nie sprawiam Jej wielkich problemów. To przecież decyzja na całe życie.


Konsekrowałam się wówczas, gdy ks. Glas powiedział, że mamy się wszyscy konsekrować i oddać w niewolę i że im większy grzesznik, to tym bardziej ma się konsekrować.

Poprosiłam Maryję o znak, czy Ona sobie tego oby na pewno życzy. Zaczęłam się przygotowywać do konsekracji, a na kilka dni przed 8 grudnia otrzymałam małą paczkę, w której znajdował się różaniec z Pompejów. Wysłał mi go pewien niewolnik Maryi, który otrzymał do ręki dwa różańce od biskupa. Biskup z Pompejów poświęcił je i otarł o cudowny obraz Matki Różańcowej. Nie wiedział sam, czemu mi go wysyła, czemu akurat pomyślał, że jeden sobie zachowa a drugi podaruje mi. On nie wiedział, a dla mnie ten różaniec był prezentem do samej Matki Bożej. Był idealny – krzyżyk piękny, na nim tylko bł. Bartolo Longo i z drugiej strony obraz pompejański z Matką Bożą, św. Dominikiem i św. Katarzyną ze Sieny. Zawsze uważam i wyrzucam dewocjonalia z masońskimi symbolami. Tutaj na tym różańcu wszystko jest święte.


Konsekrowałam się 8 grudnia 2017 roku. Od tego czasu nie popełniłam już żadnego ciężkiego grzechu. Taki to owoc konsekracji. Wcześniej, kiedy sama próbowałam nie popełnić grzechu ciężkiego i odliczałam z radością długie miesiące, że przecież już nie grzeszę i mija mi prawie rok… to popełniłam grzech ciężki. Ojciec Pelanowski ujął to właściwie: jak się skupiasz na grzechu, to na pewno zgrzeszysz, jak się skupiasz na miłości, to zwyciężysz. Nie grzeszę tylko dlatego, że nie mam silnych pokus, seksualnych nie mam prawie żadnych. To łaska dana mi od Boga, że nie grzeszę, a nie że sama coś z siebie dokonałam.


Także w rocznicę, gdy minął mi rok, od kiedy nie popełniłam grzechu ciężkiego otrzymałam w kościele szkaplerz św. Michała Archanioła, mojego wiernego towarzysza obok św. Ojca Pio za czasów moich dręczeń i walk z demonami. Nie chciałam przyjąć szkaplerza – znów milion argumentów, że mi się nie godzi. Moja przyjaciółka zadecydowała za mnie, dając do ręki szkaplerz i kierując w stronę ołtarza. Tak otrzymałam kolejną ochronę.


Szatan jest przebiegły, bo teraz często mi wmawia, że na przykład czegoś nie jestem godna i że lepiej zrobię, jak czegoś nie zrobię. Jedynym rozwiązaniem jest słuchać Boga i wykonywać Jego wolę. Choć jest to też wielka prawda – im człowiek czuje się czegoś bardziej niegodny, tym Bóg bardziej go zaprasza i zachęca. Tak Bóg uczy pokory ukazując swoje ciche i pokorne serce, które moje pyszne czyni niegodnym obcowania z Nim i wylewania łez nad swoją grzesznością.


Jeszcze nie wszystkie furtki zostały w moim życiu zamknięte


Muszę wspomnieć o pewnych incydentach, które miały związek ze złym duchem już po moim uwolnieniu. Teoretycznie powinno być tak, że skoro zamknęłam wszystkie furtki, które zostały przeze mnie otwarte na działanie złego ducha, ten powinien całkowicie ode mnie odstąpić. Jakość mego życia duchowe po nawróceniu zmieniła się na tyle, że bywały chwile, iż mogłabym całkowicie zapomnieć, że szatan istnieje. Gdyby nie rozeznawanie natchnień i rachunek sumienia, wszelkie paranormalne zjawiska, do których przywykłam przestały mieć miejsce. Jednak zdarzały się nieliczne sytuacje, gdy zły duch znów ukazywał swoją władzę i wpływ na moją duszę. Przez ostatnie miesiące, intensywnie pytałam Pana Boga, czemu tak się dzieje… czyżbym nie była całkowicie uwolniona? Okazało się, że przez 15 lat nie miałam pojęcia o tym, że będąc dzieckiem przez długi czas otrzymywałam leki homeopatyczne. Przywołam kilka sytuacji, które były przyczyną mojego niepokoju.


Zacznę od tego, że dawna dziewczyna pewnego bliskiego mi mężczyzny, jest zawodową wróżką (pracuje w EZO TV). Od zawsze pałała do mnie szczerą nienawiścią. Szczególnie po moim nawróceniu jej nieuzasadniona złość wobec mnie nasiliła się. Być może dlatego, że mówiłam za nią koronkę do Miłosierdzia Bożego? Napisała mi kiedyś SMS-a, że mnie zniszczy i „zobaczę w nocy”. To było świeżo po moim nawróceniu i wówczas bardzo walczyłam z grzechami nieczystości. Wtedy byłam właśnie w stanie grzechu ciężkiego. Obudziłam się z bardzo silnym bólem w czterech miejscach mojego ciała. Tak, jakby ktoś wbił mi niewidzialne igły, które przenikały całe moje ciało aż do szpiku kości. Igły zostały mi wbite na stopie, na mostku oraz na moich przedramionach. Zadzwoniłam do mojej mamy ze skargą i ogromnym niepokojem, mówiąc, że ta dziewczyna zrobiła na mnie chyba jakąś laleczkę Voodu, bo czuję igły w całym swoim ciele. Moja mama, racjonalny umysł, odparła, że mam nie wymyślać tylko iść do lekarza. Wiedziałam, że lekarz nic mi tutaj nie pomoże. Moich objawów nie było widać, nie dało się tego prześwietlić, ani w żaden sposób zbadać. Ból promieniował z miejsc tak symetrycznie i dokładnie wymierzonych, że nie miałam wątpliwości, że mam do czynienia z kwestią duchową. Po trzech dniach niewysłowionego bólu poszłam do spowiedzi. Było to moją ostatnią deską ratunku. Po otrzymaniu rozgrzeszenia wszystko natychmiast zniknęło. Znów sakrament spowiedzi okazał się kluczowym narzędziem odcięcia od wpływu czarów i magii.


Wiosną 2017 roku brałam udział w 7 tygodniowych rekolekcjach Odnowy w Duchu Świętym. Czułam w sercu, że zaprasza mnie na nie Pan Jezus. Niestety podczas tych rekolekcji (pierwszych w moim życiu tego typu) moje serce było chwilami zaniepokojone. Podczas modlitwy do Ducha Świętego ludzie histerycznie się śmiali, jak ja po marihuanie. Śmiech tak niepokojący, iż zastanawiałam się, czy w świątyni są opętane osoby i z niepokojem zaczęłam prosić Jezusa, by ze mną był, bo ja się boję. Ludzie płakali i trzęśli się jak na wielkim mrozie. Jakaś pani stojąca za moimi plecami, padła jak trup na plecy, przewracając stojące obok niej krzesła. Na moich oczach ponad 70 osób zostało podobno uzdrowionych.


Minęły może trzy lub cztery spotkania (rekolekcje odbywały się raz w tygodniu przez siedem tygodni) i ze mną również zaczęły dziać się dziwne i niepokojące rzeczy. Pierwszym, totalnie zagadkowym objawem było to, że zaczęłam odczuwać palące ciepło na swoich dłoniach. Nawet poza kościołem, gdy mówiłam o Bogu, moje dłonie płonęły. Pamiętam też, że zaczęłam się mimowolnie trząść. Wtedy właśnie ludzie stojący za mną i obok mnie kładli na mnie swoje ręce. Ja w głowie miałam tylko pytania: „Jezu, co się ze mną dzieje?, „Czy to pochodzi od Ciebie? Czy to normalne? Czy tak działa Duch Święty? Ja nie rozumiem, o co chodzi. Czemu ja się trzęsę? Czy to jakieś pozostałości po dawnych grzechach?” W czasie konsekracji odczułam jak jakaś postać za mną staje i coś dziwnego robi mi w plecy. Przezroczysta postać, ni to wiatr, ni człowiek. Przestraszyłam się. Zaczęłam odczuwać wyraźnie drżenie na swoim ciele, takie mrowienie, dreszcze, jakby jakieś miliony robaków wchodziło pod moją skórę i tam drążyło otwory. Byłam bardzo zaniepokojona, bo Duch Święty podobno przychodzi łagodnie i delikatnie, jest to przyjemne i człowiek czuje pokój w sercu. W moim wypadku tak nie było, choć zwalałam winę na mój brak zaufania do Boga i brak wiary w moc Ducha Świętego, który przecież tchnie jak chce, gdzie chce i kiedy chce. Gdy zapytałam naszego opiekuna (świeckiego charyzmatyka, lidera całej wspólnoty), co to wszystko może znaczyć, ten stwierdził, że zostałam uzdrowiona, że tak można odczuwać właśnie takie zimno i takie dreszcze, że mam się nie bać, a dziękować Bogu… Po paru dniach poszłam do spowiedzi i zapytałam księdza, czy ja zostałam uzdrowiona, czy co się dzieje, że takie mam ręce ciepłe i czuję dreszcze na plecach podczas konsekracji. Ksiądz również nie wiedział, nie umiał mi pomóc. Problem w tym, że wcale nie zostałam uzdrowiona, a dziwne dreszcze przypominające parastezję oraz ciepłe i płonące wręcz dłonie towarzyszyły mi przez długie miesiące, szczególnie podczas modlitwy i klęczenia.


Z tej też przyczyny straciłam spowiednika, a przecież tak bardzo się cieszyłam i dziękowałam Bogu, że go mam. Wydaje mi się, że wystraszył się mnie, myśląc, że ma do czynienia z osobą, która go oszukuje albo jest jakaś zaburzona (wyznał, że nie czuje się kompetentny, by mnie prowadzić, lecz wydaje mi się, że jest właśnie tak, jak myślę). On nie wiedział, co mi jest. Ja nie wiedziałam tym bardziej. Czułam się bardzo zagubiona i opuszczona. Myślałam (tzn. szatan mi wmawiał), że jestem duszą wybraną, bo przecież obcuję z Jezusem serce w serce od tak długiego czasu. Dlatego w czasie tej konsekracji to Anioł przebił mi serce włócznią miłości, tak samo jak św. Ojcu Pio. Ja wtedy zupełnie nie wiedziałam, że istnieją etapy rozwoju duszy i że pocieszenia duchowe są czymś normalnym po szczerym nawróceniu. Znałam natomiast doskonale życiorys św. Ojca Pio i wszystko porównywałam do jego doświadczeń, doszukując się podobieństw. Myślałam, że Jezus wyjątkowo mnie kocha skoro tak blisko jest i taką intymną, pełną miłości i czułości mam z Nim relację. Szatan perfekcyjnie wykorzystał moją niewiedzę, naiwność, chęć bycia ofiarą całopalną dla Boga i moją wiarę w cuda. Martwiło mnie tylko, że moje doświadczenie jest dla mnie nieprzyjemne, bolesne i wzbudza mój niepokój. Bardzo chciałam, by to zniknęło.


Teraz wiem, że to było zwykłe uruchomienie energii kundalini, która została we mnie wzbudzona w momencie, gdy otrzymywałam leki homeopatyczne w dzieciństwie, o czym nie wiedziałam przez 15 lat. Energię kundalini sama pobudzałam otwierając sobie czakry za czasów mojego zniewolenia, więc doskonale znam jej działanie. Jednak ta furtka została zamknięta w czasie wyznania grzechu na spowiedzi generalnej. Wpływ homeopatii oddziaływał na mnie niestety dalej.


Zastanawiam się, ile jest prawdziwego działania Ducha Świętego na tych wszystkich mszach, a ile oszustwa demonicznego, zwodzącego ludzi szukających wrażeń. Poszukując odpowiedzi na moje pytanie, zgłębiłam się w historię grupy, która prowadziła rekolekcje. Na swojej stronie internetowej w zakładce „Początki”, odnoszącej się do historii działalności tej wspólnoty, nawiązują do słynnej nowej fali wylania Ducha Świętego w Toronto Blessing w 1994r. Nie trzeba być wybitną jednostką, by wiedzieć, że szczekanie, turlanie się i pełzanie, syczenie i warczenie, nie pochodzą od Ducha Świętego, a od szatana. Również św. Jan Paweł II w jednej ze swych Encyklik mówi jasno, o jednym jedynym wylaniu Ducha Świętego w Kościele, w czasie 50-tnicy. Niczym prorok, ostrzega by nie dać się wmanewrować w rzekome ponowne wylanie Ducha Świętego. To wszystko mrzonki, niepoparte zupełnie teologicznie, choć wielu próbuje nam to kłamstwo wmówić, przekonać do rzekomych znaków, cudów – nazywanych powszechnie owocami. Duch Święty daje swoje dary poprzez cichość, łagodność i pokój. Maryja przecież jest największą z charyzmatyczek, a bardziej cichego i pokornego stworzenia, cały wszechświat nie widział. Dlatego bądźmy rozsądni i badajmy duchy, nie dajmy się zwieść fałszywym prorokom. Tak czynić nakazał Pan Jezus.


Na jesieni 2018 roku odczułam w sercu potrzebę, by zorganizować modlitwę za pewnego znanego, młodego, świeckiego charyzmatyka. Osobę, która sądzi, że uzdrawia ludzi mocą Jezusa. Zastanawiałam się, po co Bóg chce, żebym akurat ja się tym zajmowała, skoro to nie do końca moja sprawa. Ja trzymam się z daleka od takich spraw i po moich doświadczeniach z mszami o uzdrowienie omijam takie nabożeństwa szerokim łukiem.


Poruszona poleceniem Boga, zorganizowałam jednak masową modlitwę, w której przez 54 dni ponad 40 osób odmawiało codziennie 10 różańca. Wychodziło ponad 8 różańców dziennie. Jeden różaniec tworzyli sami kapłani. Gdy tylko modlitwy ruszyły, przez tydzień doświadczałam potężnych dręczeń. Szatan przychodził do mnie co noc i paraliżował silnie moje ciało. Czułam się tak, jakbym znów była zniewolona. Z tym że teraz było znacznie gorzej. Mimo moich modlitw i próśb do Boga o pomoc, demon dusił mnie dalej i silniej. Siedział z ogromnym impetem na moim ciele i trwało to bardzo długo, może godzinę, może dłużej. Po czym schodził ze mnie i wszystko wracało do normy, aż do kolejnej nocy. Na początku byłam bardzo zaniepokojona i przerażona niemożnością poruszenia swoim ciałem oraz wydaniem choć najmniejszego dźwięku. Wszystkie moje doświadczenia z czasów zniewolenia nauczyły mnie, że wystarczy wezwać Boga, a szatan natychmiast odchodzi. Tutaj było inaczej, Jezus wlał w moje serce ogromny pokój, który sprawił, że uspokoiłam się, mając pewność, że Bóg jest ze mną w tej sytuacji i ma nad wszystkim kontrolę. Wiedziałam, że muszę wytrzymać ten atak, tak długo jak długo chce Bóg. Ku mojemu zdziwieniu, w mojej głowie zaczęły pojawiały się niesamowite myśli. Fragmenty jakiś pięknych, zupełnie mi nieznanych dotąd psalmów, wychwalające moc i chwałę Chrystusa. Powtarzałam te fragmenty wiele razy, po czym zasypiałam. Po obudzeniu się rano, kompletnie nie pamiętałam treści modlitw wypowiadanych w nocy. To były słowa, które nie pochodziły ode mnie. Pierwszy raz poczułam tak wyraźnie, że Duch Święty modli się za mnie, korzystając z moich warg. Coś niesamowitego.


Szukałam pomocy u księdza z parafii, przy której mieszkam. Ten pomodlił się nade mną, powiedział, że mam poświęcić pokój, albo najlepiej by poświęcił kapłan i mam się nie bać. Skoro Bóg dopuszcza na mnie cierpienia, znaczy, że mam siły, by to przetrwać. Poświęciłam pokój, a mimo to szatan przyszedł znów. Napisałam więc do księdza, który zna moją historię. On jeden mógł mi pomóc. Kapłan ten kazał polewać cały pokój porządnie wodą egzorcyzmowaną i mnie całą, i czynić tak cały czas, dopóki ludzie modlą się w tej intencji. Uczyniłam to i to jedynie pomogło. Kapłan ten powiedział, że tak się dzieje u osób, które głęboko siedziały w okultyzmie, że zły duch długo się jeszcze upomina. Jednak mi coś ciągle w tym wszystkim nie pasowało…


Kielich goryczy został przelany, gdy zupełnie nierozsądnie napisałam komentarz w obronie Matki Bożej na Stronie Gdańskiej Loży Masońskiej – Gwiazdy Morza. Było to związane ze śmiercią prezydenta Gdańska, którego rodzinie loża składała kondolencje. Około 23 w nocy odczułam jak ktoś delikatnie ale pewnie wbija mi szpilkę najpierw w prawą skroń, następnie w prawe ramię. Przerażona, pytałam Jezusa, o co znów chodzi, czy ja nie zwariowałam? Znów Bóg obdarzył mnie ogromem pokoju w sercu i zapewnieniem, że nad wszystkim ma kontrolę. Chodziłam z tym bólem cały następny dzień, pytając Jezusa, co mam zrobić. Ból był dużo łagodniejszy niż ten, który otrzymałam za pierwszym razem, prawie trzy lata temu.


Chciałam pisać do byłego spowiednika by mnie ratował, by się zaczął modlić za mnie chociaż. Odrzuciłam ten pomysł natychmiast, wyobraziłam sobie jego minę i to, co sobie o mnie pomyśli. Nie łudźmy się, gdybym była na jego miejscu, pomyślałabym, że pisze do mnie zaburzona wariatka. Dziewczyna w łasce uświęcającej, ciągle mówi Nowenny Pompejańskie, codziennie jest na Mszy Świętej i jak to możliwe, że ona czuje, że ktoś jej wbił w ciało dwie igły, które siedzą tak głęboko, że odczuwa to aż w kościach. Wiedziałam, że muszę radzić sobie sama bo drugi człowiek mi tutaj nie pomoże, mimo nawet szczerych chęci. Otworzyłam zatem dziennik duchowy Alicji Lenczewskiej, gdzie Jezus odpowiedział mi bardzo konkretnie. Parafrazując Jego słowa: pewne sprawy są tylko między nami i inni ludzie tego nie zrozumieją, mam się nie martwić, bo niedługo wszystko się wyjaśni. Teraz tego nie rozumiem, ale realizowana jest Jego wola.


Minęły dokładnie dwa miesiące, gdy piekąc ciasto w kuchni, włączyłam jakieś świadectwo. Wtem moja mama cała przerażona, słuchając ze mną świadectwa, wyznała mi, że przecież przez długi czas pani doktor dawała mi leki homeopatyczne i ja rzeczywiście zaczęłam dziwnie się po nich zachowywać i miałam wiele nietypowych objawów. Zamiast mi się polepszać, mój stan zdrowia drastycznie się pogarszał. Nie wiedziała przecież, że to źle, chciała mi przecież pomóc.


Napisałam znów do doświadczonego kapłana, który zna moje świadectwo. Ten wyznał, że sam się nad tym zastanawiał, czemu dalej mnie coś dręczy, że tak do końca nie powinno być. W tej chwili dla nas obojga wszystko stało się jasne. Kazał mi wyspowiadać się i poprosić kapłana o modlitwę uwalniającą od konsekwencji homeopatii. Oczywiście ksiądz w konfesjonale targował się ze mną, że po co, że mam się nie bać, że jest to niepotrzebne. Nie chciałam z nim dyskutować i opowiadać mu życia, skoro nie wie, co przeszłam. Widzi młodą dziewczynę, co kocha Jezusa i ma same lekkie grzechy. Powiedziałam stanowczo: „Bardzo proszę i nalegam o taką modlitwę”. Ksiądz spoważniał i odmówiliśmy wspólnie modlitwę uwalniającą od konsekwencji homeopatii. Cieszę się, że odbyło się to w konfesjonale, bo tam jest Pan Jezus. Od tego czasu jest cisza….


Wszystkie świadomie furtki otwarcia się na złego ducha z pomocą łaski Bożej, zamknęłam. O furtce homeopatii nie miałam pojęcia przez 15 lat, ale nadszedł czas mojego uwolnienia i ujawnienia również tego. Ufam, że jestem już całkowicie wolna. Wolność to łaska, o którą należy się modlić, bo Bóg hojny w miłosierdzie każdemu ją da, gdy nadejdzie odpowiednia chwila.


Praca magisterska w obronie nienarodzonych dzieci


Powinnam wspomnieć, że będąc jeszcze osobą zniewoloną, w wieku 19 lat, poczułam w sercu pragnienie studiowania psychologii, zgodnie z potocznymi opiniami, że takie studia wybierają osoby mające same ze sobą problem bądź problem ze swoimi najbliższymi. Zewnętrznie wszyscy byli ze mnie dumni, mówili, że idealnie się nadaję bo jestem otwarta i mam dobre, wrażliwe serce. Ale ja osobiście nie myślałam nawet o tym by studia łączyć ze swoim przyszłym zawodem – chciałam po prostu profesjonalnie studiować psychologię, pragnęłam zdobyć całą tą wiedzę. Od lat interesowałam się parapsychologią i dziedzinami pokrewnymi, pierwszy podręcznik psychologii (wywierania wpływu na ludzi) otrzymałam w wieku 12 lat. Nie chciałam natomiast słuchać o ludzkich problemach skoro mam swoje własne. Interesowałam się natomiast psychologią biznesu, reklamy i miałam wszelkie predyspozycje by rozwijać się w tym kierunku.


Pamiętam, po pierwszym kolokwium z psychologii rozwoju, wykładowca wyróżnił moją pracę, mówiąc, że będę w przyszłości bardzo dobrym klinicystą i poprosił by studenci wstali i bili mi brawo. Pomyślałam, że zwariował. Jeszcze na trzecim roku studiów pisałam prace na biznesowym seminarium kursowym, badając ciemną triadę (narcyzm, makiawelizm, psychopatię) wśród menadżerów korporacji. Nie chciałam mieć nic wspólnego z psychologią kliniczną.


Odmawiałam wówczas Nowennę Pompejańską za nienarodzone dzieci, a w mojej głowie pojawiła się szalona myśl, by pisać pracę magisterską w obronie nienarodzonych dzieci. Konkretnie, by zbadać kobiety po aborcji porównując je do kobiet po poronieniu. Wpatrywałam się wówczas w twarz Matki Bożej Gietrzwałdzkiej pytając, czy ja dobrze rozeznaję natchnienia serca. Moja promotor biznesu powiedziała, bym zapomniała, bo na tak laickiej uczelni nikt nie wyrazi zgodny na poruszanie tak delikatnego tematu. Poszłam więc do pani dyrektor instytutu psychologii, która zajmuje się zawodowo niepłodnością. Zapytałam czy zostanie moją promotor i czy mogę pisać o tym, o czym chcę. Jak się spodziewałam, pani profesor do mojego pomysłu podeszła bardzo sceptycznie. Tak samo sceptycznie jak ja, bo sama nie wierzyłam w to, co do niej mówię. Dała mi jednak szansę mówiąc, że jeśli znajdę grupę badaną (w co wątpi), to mogę pisać. Na do widzenia powiedziała mi (gdy rozmawiałyśmy o tym skąd pochodzę), że 26 maja była na Dzień Matki u Matki Bożej Gietrzwałdzkiej.


Okazało się, że dzięki Matce Bożej, Jej wyraźnemu wsparciu i kierownictwu, przebadałam prawie 160 kobiet. Znajomi psycholodzy nie dawali mi szansy nawet na 30. W mojej pracy, w ramach wywiadu klinicznego, pojawiło się świadectwo kobiety, którą Pan Jezus uleczył z traumy poaborcyjnej. By opowiedzieć mi swoją historię, zgłosiła się do mnie sama. Pracę napisałam ku czci i pamięci 293 nienarodzonych dzieci, których mamy uczestniczyły w badaniu. Obrona mojej pracy magisterskiej została wyznaczona na 27 czerwca, czyli dokładnie w 142 rocznicę Objawień Maryi w Gietrzwałdzie.


Jako psycholog wiem, że to Bóg uzdrawia z wszelkich zranień


Wiele razy zdarzały się sytuacje, że wykładowcy i studenci pytali o mój sekret. Sekret moich wyników w testach psychologicznych oraz mojego zachowania i sposobu bycia. Profesjonalne narzędzia diagnostyczne często posiadają bardzo rozbudowane i ukryte skale kłamstwa. W moich diagnozach (co bardzo mnie cieszy), zbliżam się do pełni zrównoważenia emocjonalnego oraz posiadam tak niski poziom lęku i strachu, że nie mieści się w skali. Kiedyś usłyszałam mądre zdanie, które chyba adekwatnie odzwierciedla istniejący stan rzeczy – „95% społeczeństwa żyje w stresie, reszta żyje w Chrystusie”. Często pokazywaliśmy sobie wzajemnie wyniki, chwaląc się, że ktoś ma prawie depresję, albo prawie nerwicę. Tak naprawdę nie ma ludzi w pełni zdrowych, psycholodzy są tak samo poranieni jak zwykli ludzie, tylko może mają trochę większą wiedzę dotyczącą mechanizmów działania psychiki. Pamiętam jak pewien psycholog biznesu, gdy przyglądał się naszym wynikom diagnostycznym, zapytał mnie zaskoczony: „Co Pani takiego robi, że ma takie wyniki? Jak to możliwe, że tak niski poziom tego i tamtego. Ja pracuję nad tymi cechami od lat, a dalej mam dużo wyższe niż pani!” Odparłam z uśmiechem: „Po prostu wierzę w Boga i to cały mój sekret”. Myślę, że podobnie jak większość osób obecnych na sali, pomyślał, że stosuję bardzo silny mechanizm obronny wiary w Boga, który tak silnie izoluje mnie od negatywnych emocji i myśli, stąd takie wyniki. Tak, w psychologii Bóg nie istnieje, transcendencja i duchowość to jeden z czynników radzenia sobie z rzeczywistością, bo przecież w tym laickim świecie, wszystko jest w naszych głowach i zależy od nas. Nie jest to prawdą, niestety. Człowiek nie jest w stanie zmienić samodzielnie żadnej ze swoich cech, wad, kompleksów, zranień, bez współpracy z osobowym Bogiem i łaską. Otwierając serce dla Boga, dajemy Mu przestrzeń, by leczył i zmieniał.


Opiszę szerzej jedną z tych ran, którą Pan Jezus uleczył i zabrał – traumę, którą miałam po wykorzystaniu seksualnym. Chciałabym opisać właśnie to doświadczenie, bo wiem, że wiele kobiet cierpi przez takie zranienia przez wiele lat. (Oprócz tego Pan Jezus wyleczył moje serce z chorobliwej miłości do byłego chłopaka – rozwiązał węzły duszy, jakie na siebie zarzuciliśmy, uleczył moje serce ze strachu i obawy o życie mojego brata, zastępując to dogłębnym pokojem i radością).


Nie mogłam pogodzić się z tym, że zostało mi zabrane to, co było we mnie najpiękniejsze – moja czystość. Przez dwa lata mówiłam codziennie Jezusowi, że wybaczam temu chłopakowi, mimo, że w sercu wciąż miałam żal, którego pozbyć się nie dało. Moja przyjaciółka, która jest psychologiem, mówiła, że nie potrafi mi pomóc, że przecież wiem, tyle samo, co ona. Możemy mówić o tym w kółko, ale to nic nie zmienia. Przegadałam, przeanalizowałam, przetrawiłam to na wszystkie dostępne mi psychologiczne sposoby i metody. Dopiero, gdy zrozumiałam, że problem tkwi w mojej miłości własnej, pysze i egoizmie, poszłam do spowiedzi, mówiąc, że chcę, ale nie umiem przebaczyć. Ksiądz, zatroskany, zapytał co ten chłopak mi takiego zrobił. Nie byłam w stanie mu odpowiedzieć, bo zaczęłam płakać. Chyba się domyślił, bo próbował mnie pocieszać, łagodzić sytuację. Po spowiedzi była Adoracja, tam poprosiłam Jezusa o łaskę przebaczenia temu chłopakowi.

Wróciłam do domu i podczas niedzielnej medytacji Pisma Świętego z jezuitami, Bóg ukazał mi, że On też stracił coś niesprawiedliwie i to, co miał najcenniejszego – własnego Syna. Razem przepłakaliśmy nasze straty, po czym zaakceptowałam to z miłością i pokojem, razem z Bogiem Ojcem. Medytacja kończyła się słowami, że Bóg daje mi nowe serce do kochania ludzi, do kochania tych, którzy mnie skrzywdzili. W tym momencie wszystko puściło. Wszelki smutek, żal do tego chłopaka oraz ogólny strach przed mężczyznami – obawy przed bliższymi relacjami zniknęły. Sama byłam zaskoczona taką zmianą. Wcześniej ograniczałam znajomość jedynie do bezpiecznej dla mnie granicy – umówienie się ze mną na kawę lub na spacer było niemożliwe. Jedyne bliższe relacje, jakie posiadałam były ze starymi znajomymi oraz z księżmi. Miałam nawet przyjaciela księdza, który był moim oparciem. Wiedziałam, że mnie nigdy nie skrzywdzi i mogę mu ufać. Jednak najważniejszym źródłem wsparcia był zawsze mój ojciec, którego nigdy nie chciałam obciążać problemami. Sama jego obecność, miłość i troska bym była bezpieczna – wystarczały.


Niedawno usłyszałam jak ks. Rajchel (egzorcysta) powiedział, że istnieją duchy nieprzebaczenia. By przebaczyć trzeba iść do spowiedzi, odcinając się od złego ducha, następnie iść pod krzyż albo przed Najświętszy Sakrament i poprosić o łaskę przebaczenia. Ksiądz Glas wspominał natomiast o przebaczeniu z rany, by przepracować to zdarzenie, przepłakać. To ciekawe, bo mnie Bóg poprowadził dokładnie w ten sam sposób. Najpierw zrozumiałam, że moje nieprzebaczenie wynika z mojej miłości własnej. Myślę, że to słuszna kolejność, ponieważ po raz kolejny Bóg ukazał mi, że ta wyśmiewana wiedza demonologiczna głoszona przez „nawiedzonych, średniowiecznych egzorcystów z ciemnogrodu” jest prawdą, która sprawdza się w praktyce.


Przykre jest to, że ofiary molestowania przez księży trafiają na terapię, podczas której nożyczkami mają wbijać w narysowaną przez siebie na kartce papieru ofiarę, mówiąc przy tym o uczuciach, jakie się do niej żywi. To niby taka bierna agresja, oczyszczenie, że powiesz, co czujesz, wyrzucisz wszystko z siebie, jednocześnie nie raniąc bezpośrednio krzywdziciela. Źródłem wszelkiego zła, nieprzebaczenia, gniewu, podejrzliwości, zazdrości, obaw, niepokoju i lęku jest szatan. Nie widzę uzasadnienia postępowania w tak, niby terapeutyczny i kojący sposób. To karmi i podjudza ten gniew, żal, poczucie bycia ofiarą i użalania się nad sobą).


Z pewnością uleczenie każdej traumy musi mieć podłoże we współpracy z Bogiem i życiu sakramentalnym. Współpraca z psychologiem, który nie naprowadza człowieka na prawdę, czyli Boga, jest stratą czasu i pieniędzy. Ponadto, sama powoli nawracam znajomych psychologów, bo wielu z nich ma problemy, z którymi nie potrafią sobie poradzić i tutaj żadna magiczna wiedza i terapia nie jest w stanie pomóc.


Wiele osób, które spotykam są niestety również zniewolone (znam nawet zniewolonych psychologów). Czasem mają wypisaną już diagnozę, biorą leki. Gdy przeprowadzam wywiad duchowy pytając o furtki otwarcia się na złego ducha, to pojawia się autostrada. Widzę podobny schemat do mojego. Ludzie czasem po kilkanaście lat nie byli u spowiedzi. Demony podczepione pod każdy grzech ciężki, oddziałują na psychikę, ciało i duszę człowieka, oddalając go od Boga systematycznie i skutecznie. Takie osoby mają często dużo agresji i nienawiści do instytucji Kościoła a są przekonane o medycznym podłożu swoich dolegliwości – to wszystko wmawia im przez lata zły duch. Pamiętam szczególnie rozmowę z jedną bardzo dręczoną kobietą (miała świeżą diagnozę zaburzeń o podłożu lękowym). Gdy zapytałam ją, po wybadaniu delikatnie sprawy, czy nie myśli, że jej problemy mogą mieć podłoże duchowe (oprócz tego, co sama powiedziała, sugerował mi to również jej wielki tatuaż na ramieniu i cała okolczykowana twarz). Odparła, że tak myśli, tylko wie, że o takich rzeczach się nie mówi psychologowi a do egzorcysty – choć próbowała – nie jest w stanie się dostać. Innym razem zadzwoniła do mnie zapłakana kobieta pytając, co ma robić, bo jej 14-letnia córka pocięła się cała żyletką od stóp do głów. Najbardziej niepokojący dla tej pani był fakt, że dziewczynce sprawia to przyjemność i czuje przymus krzywdzenia się w taki sposób, a przecież zawsze była zdrowa i normalna, nie było z nią żadnych problemów, świadectwo z paskiem, dużo znajomych itd.


Zanim kogoś skażemy na wieczne trucie lakami i kosztowne terapie, należy sprawdzić sferę duchową. Jeśli tam wszystko gra, wówczas mamy podłoże do pracy terapeutycznej. Nie odwrotnie, bo szatan udaje objawy chorób psychicznych. Czasem nie wierzę, ile miałam szczęścia i łaski, że Bóg mnie z wszystkiego wyplątał i daje tak wielkie rozeznanie wielu spraw. Myślę, że każde z moich doświadczeń, i dobrych, i złych, miało i ma ogromny sens. Jest pewnym zasobem, na którym Bóg buduje dalej. Trzeba było, abym sporo wycierpiała, bo jedynie silne dręczenia demoniczne zakłócały co jakiś czas moje codzienne (względnie dobre, jak uważałam) funkcjonowanie i kierowały mnie do myślenia o sprawach duchowych i do dalszego poszukiwania prawdy – poszukiwania Boga.


Dostałam propozycję współtworzenia nurtu czysto katolickiego w psychologii. Niestety również psycholodzy chrześcijańscy czerpią z okultysty Freuda, czy psychologii głębi. Psychologia sama w sobie wymaga ogromnej reformy, również zasoby psychologów chrześcijańskich wymagają reformy, ponownego powrotu do czystego katolicyzmu. Brzmię trochę jak papież Benedykt XIV mówiący o konieczności reformy samej reformy, odnosząc się do Soboru Watykańskiego II (przy czym papież podkreśla rolę hermeneutyki ciągłości, o czym wielu lefebrystów oraz modernistów zapomina).


Wszystko zawierzam Bogu, bo to nie ja, a On działa przeze mnie. Pracując z samobójcami, często ludzie pytają, czy nie czuję dumy, że tylu osobom uratowałam życie. Nie uratowałam nikomu, zawsze z drżeniem serca, ale i wielką ufnością, daje się prowadzić Duchowi Świętemu. Każde zdanie, każda myśl nie wypływa ode mnie. Stąd zostałam powołana genialnie, bo zupełnie się nie nadając do swojej misji. Właśnie po to, by przeze mnie działał Bóg, a bym nie była w stanie przypisać żadnego dobra sobie.


Chciałabym teraz skierować moje słowa do osób, które też walczą ze złym duchem, z nałogami, powracającymi grzechami, myślami samobójczymi, bądź wątpliwościami co do istnienia Boga. Ja przeszłam przez piekło – piekło strachu, rozpaczy, poczucia beznadziejności. Nawracanie to powolny proces, podobnie jak powolnym procesem jest samo odejście od Pana Boga. Oczyszczenie ludzkiej duszy z pychy i uświęcenie jej trwa całe życie. Najpierw jednak trzeba całkowicie odwrócić się od grzechu i zła. W moim wypadku uwolnienie nastąpiło przez sakrament spowiedzi świętej. Nie sądzę (choć mogę się mylić), by sama modlitwa kapłana wystarczyła. By uwolnić się od złego ducha trzeba całkowicie zmienić swoje życie, radykalnie i konsekwentnie. Wyspowiadać się, odcinając się od każdego grzechu, dokładnie nazywając go po imieniu i spełniając pięć warunków dobrej spowiedzi. Jedynym wspomożycielem, który zawsze jest przy nas i nie rezygnuje z nas nawet w chwili, gdy sami z siebie już zrezygnowaliśmy, jest Maryja. Jej cicha i pokorna obecność jest Jej siłą, bo paraliżuje przez to szatana, który musi uciekać. Gdybym nie mówiła Różańca będąc zniewolona demonicznie, prawdopodobnie już bym nie żyła, prędzej czy później popchnięta przez złego ducha do samobójstwa. Zniewolenie jest stanem pustki, rozpaczy, bycia ofiarą manipulacji przez złego ducha, który stale oddziałuje na nasze ciało, duszę i psychikę, czyniąc wszystko by nas zniszczyć i oddalić całkowicie od Boga. Dziękuję Panu Bogu za łaskę wiary i pewności, że istnieje. Dziękuję Panu Bogu za Maryję, która wyprowadza nawet najbardziej zatwardziałego grzesznika z niewoli grzechu.


Niech Maryja chroni nas przed szatanem i jego złością, niech obdarzy nas pokojem i miłością, abyśmy mogli szerzyć pokój i miłość w świecie. Niech nas błogosławi Maryja, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.






Opracowanie: Dorota Porzucek / CC BY-NC-ND 4.0

Fot. VICONA

2,399 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg