Kryzys Kościoła w dobie pontyfikatu Franciszka




Fragmenty książki: „Ogień w Kościele”, ks. Robert Skrzypczak w rozmowie z Pawłem Chmielewskim



(…) wspomniał ksiądz o tak zwanej mafii z Sankt Gallen. To temat niezwykle popularny: z jednej strony narosło wokół niego dużo mitów, ale z drugiej ma on rzeczywiście nieledwie wybuchowy potencjał. Idzie przecież o działającą przez wiele lat grupę bardzo wpływowych kardynałów, którzy ‒ jak wiemy z wiarygodnych źródeł – mieli nadzieję wprowadzić na urząd Piotrowy kogoś, kto realizowałby liberalną wizję chrześcijaństwa. Myśleli wprost o Jorge Mariu Bergogliu.


Ks. Robert Skrzypczak: Można by to traktować jako jakiś atak na papieża Franciszka, opowieści niechętnych mu, rozgorączkowanych głów. Można by sprawę przemilczeć, bo jest kłopotliwa i niewygodna. Problem w tym, że za wiele wyszło na jaw i działania grupy z Sankt Gallen są opisywane w coraz liczniejszych publikacjach. Najważniejszych informacji dostarczyła autoryzowana biografia prymasa Belgii, kard. Godfrieda Danneelsa, który sam będąc członkiem omawianej grupy, określił ją – na poły żartobliwie ‒ mianem mafii.


Czym była ta „mafia”?


Ks. R. S.: Od 1996 roku grupa biskupów i kardynałów zaczęła korzystać z gościny biskupa Sankt Gallen w Szwajcarii, Ivo Führera. Byli to ludzie niezadowoleni z pontyfikatu Jana Pawła II. Uważali, że odstąpił od reform Soboru Watykańskiego II, powrócił do tradycjonalizmu, do maryjności, do wiary ludowej. Miałby też naruszać zasadę kolegialności biskupów, wzmacniając, ich zdaniem, zanadto prymat Piotra. Zarzucano mu, że za wiele podróżuje, wchodzi w rolę biskupów lokalnych, oraz że, choć popularny, jest wielkim rygorystą moralnym, integrystą, który zbyt sztywno naprowadza Kościół na sprawy ochrony życia, etyki seksualnej i małżeńskiej. Grupie z Sankt Gallen przeszkadzała jego zbyt jednoznaczna teologia ciała. To środowisko było też w stałej polemice z kard. Josephem Ratzingerem jako prefektem Kongregacji Nauki Wiary. Słynny był spór eklezjologiczny, a więc o rozumienie Kościoła, między kard. Walterem Kasperem a kard. Ratzingerem. Ratzinger uważał, że Kościół jako misterium narodził się z przebitego boku Chrystusa od razu jako Kościół powszechny. Dopiero z tego wynika historyczna realizacja Kościoła w Kościołach lokalnych. Kardynał Kasper sądził natomiast, że Kościół od samego początku powstał jako zespół Kościołów lokalnych, które rozprzestrzeniają się i tworzą w ten sposób Kościół powszechny. To zagadnienie wiąże się z pytaniem o władzę: czy nadać prymat Kościołowi, którego reprezentuje papież, czy też Kościołowi w postaci kolegialnej i synodalnej.


(...)


Grupa z Sankt Gallen skoncentrowała się wokół postaci i autorytetu kard. Martiniego, który został przez Jana Pawła II w 1979 roku powołany na stolicę św. Ambrożego w Mediolanie, a potem wybrany przewodniczącym Rady Konferencji Episkopatów Europy. Kardynał Martini stał się głosem środowiska niezadowolonych z pontyfikatu Jana Pawła II na synodzie biskupów w 1999 roku. Wyraził wtedy postulat, ba, nawet żądanie zwołania trzeciego soboru watykańskiego. Miałby się on zająć kwestiami, które jakoby zignorował czy zgoła zlekceważył Sobór Watykański II, a które miałyby stanowić o dzisiejszych bolączkach Kościoła. Chodziło o takie tematy jak problem władzy w Kościele, a więc to, w jakiej mierze rządzić mają duchowni, a w jakiej świeccy, a także o rolę kobiet w Kościele, z pytaniem o diakonat i kapłaństwo włącznie. Kolejnym tematem był celibat, z pytaniem o ewentualność zniesienia takiego obowiązku i dopuszczenia żonatych kapłanów. Wreszcie Martini wskazywał na kwestie etyki seksualnej, zwłaszcza w aspektach dopuszczalności antykoncepcji i oceny homoseksualizmu.


Istotną rolę odgrywał też problem rozwodników w powtórnych związkach; podejmował go zarówno kard. Martini, jak i, wówczas jeszcze jako biskupi, Walter Kasper i Karl Lehmann; później zresztą znalazło to swoją realizację za pontyfikatu Franciszka.


Ks. R. S.: Tak, ten temat również był podnoszony jako jeden z aspektów etyki małżeńskiej i seksualnej.


To, co wydaje się najistotniejsze, to myślenie kard. Martiniego i całej grupy z Sankt Gallen na temat Kościoła. Kościoła, który miałby być nieustannie w drodze, Kościoła synodalnego, wciąż pytającego, czy to, czego naucza, jest nadal aktualne.


Ks. R. S.: To jest idea Kościoła poddanego nieustannej rewolucji, Kościoła, którego siłą nie jest wierność trwałym i jasno zdefiniowanym prawdom wiary, ale poddawanie się dynamice rozwoju dogmatów czy, mówiąc szerzej, ewolucji ludzkości. Kościół w tej optyce powinien dać się porwać Duchowi Świętemu, rezygnując z roli strażnika otrzymanego depozytu. Tę koncepcję kard. Martini podkreślił po przejściu na emeryturę w książce Nocne rozmowy w Jerozolimie, gdzie wyraził jasno, że według niego Kościół katolicki jest zapóźniony względem świata mniej więcej o dwieście lat.


A zatem według kard. Martiniego Kościół miałby przyjąć rewolucję oświecenia, idee, które zrodziły rewolucję francuską i ukonstytuowały porewolucyjny świat wyzuty z ładu, jaki wprowadziła cywilizacja chrześcijańska?


Ks. R. S.: Według Martiniego właśnie z powodu tego rzekomego zapóźnienia Kościół jest lekceważony i opuszczany przez ludzi. W ocenie kardynała powinniśmy się bardziej dostosować do współczesności i potrzeb dzisiejszego człowieka. Zaczęto mówić o świecie współczesnym jako o locus theologicus, miejscu, w którym Kościół odnajduje wolę Bożą. A więc już nie tylko prawdy wiary, ale i odczucia wiernych miałyby być takim miejscem.


Dzisiaj wielką karierę robi pojęcie sensus fidei fidelium, zmysłu wiary wierzących. Jest jednak interpretowane niezwykle „nowatorsko”, w oderwaniu od Tradycji Kościoła, w kluczu raczej demokratycznym niż katolickim. Czy nie popełnia się tu nadużycia?


Ks. R. S.: Obecnie jest to swoiście interpretowane, to prawda. Żyjemy w pewien sposób w epoce socjologii, statystyki i ankiet. Sensus fidei rozumie się coraz częściej jako badanie opinii publicznej. Szuka się woli Bożej, wpatrując się nie tyle w niebo, ile raczej w kwestionariusze rozsyłane wiernym. Tymczasem te same statystyki pokazują, że wielu ludzi deklarujących się jako katolicy w ogóle nie wierzy w Boga, a przynajmniej nie wierzy w Trójcę Świętą, w zmartwychwstanie, odrzuca prawdy wiary, naukę moralną Kościoła. Kategoria człowieka przynależącego do Kościoła stała się płynna i niejasna. Czy człowiek, który jest na przykład zwolennikiem aborcji, pozostaje członkiem Kościoła? W Niemczech mamy katolików, którzy są przez biskupów akceptowani, choć stanowczo odrzucają naukę Kościoła. Ci sami biskupi dyskredytują jednak wierzących, których wiara jest zdrowa i którzy pragnęliby przystępować do sakramentów, ale nie płacą podatku kościelnego ‒ to są osoby ekskomunikowane ze wspólnoty Kościoła katolickiego w Niemczech. Kto więc dzisiaj należy do Kościoła? Moi znajomi z Opolszczyzny, którzy mieszkają za Odrą, tam są wykluczani, ale kiedy wracają do Polski – czują się znowu w Kościele. Dlatego współczesne rozumienie sensus fidei jest niezwykle zagmatwane i trudne.


Wróćmy jeszcze do grupy z Sankt Gallen. Wiadomo, że już na konklawe w 2005 roku, kiedy wybrano na papieża Josepha Ratzingera, przeciwnicy Niemca forsowali właśnie kandydaturę Jorge Maria Bergoglia. Początkowo głosy liberałów zyskiwał kard. Martini, ale wycofał się, zasłaniając się chorobą. Wtedy przerzucono głosy na Argentyńczyka. Ostatecznie wybór padł na Ratzingera, ale w 2013 roku podjęta została druga próba. O tym, że także na ostatnim konklawe kandydaturę Bergoglia popierali purpuraci związani z Sankt Gallen, wiemy choćby z biografii Franciszka autorstwa Austena Ivereigha. Dlaczego właśnie Bergoglio jawił się grupie z Sankt Gallen jako osoba właściwa dla realizacji ich planów czy idei? Można zresztą powiedzieć, że chyba nie pomylono się w wyborze, bo rzeczywiście papież Franciszek realizuje program grupy z Sankt Gallen?


Ks. R. S.: Pontyfikat Franciszka trwa już dłużej niż pontyfikat Benedykta XVI. Nie jest jeszcze zakończony, stąd trudno o jakieś podsumowanie. Trzeba przyznać, że jak dotąd wymyka się wszelkim oczekiwaniom, jest pełen niespodzianek i zaskakujących zwrotów. Franciszek chyba od początku chciał być postrzegany jako człowiek, który nie mieści się w żadnym schemacie i rozsadza stereotypy. Wprowadził styl, który można nazwać stylem Kościoła ubogiego. Samo imię Franciszek, odwołujące się do biedaczyny z Asyżu na podkreślenie tematu ubóstwa, idzie w parze z licznymi papieskimi gestami i decyzjami, choćby rezygnacją z zamieszkania w Pałacu Apostolskim. Myślę, że to w tym pontyfikacie bardzo szczery element. Patrząc na Franciszka, nie widzimy dygnitarza z sygnetem. To człowiek o zacięciu misjonarskim, człowiek z peryferii, który wie, jak wygląda życie wśród ubogich, jak potworne i upokarzające może być ubóstwo. Europejczycy chyba już o tym zapomnieli. To skupienie się na ubogich może jednak też nieco się wyradzać. Wydaje mi się, że pewną słabością Franciszka jest jego koncentracja na pragnieniu przyniesienia ulgi ludziom, którzy cierpią, przede wszystkim w aspekcie ekonomicznym. Na początku wydawało się, że jego pontyfikat będzie skoncentrowany na ewangelizacji. Takie były jego zapowiedzi, taką wymowę miał też jego programowy dokument, adhortacja Evangelii gaudium, w której papież zawarł przede wszystkim wezwanie do misji, do ewangelizacji, do tego, że jako Kościół musimy podnieść się z odrętwienia i rutyny, że potrzebujemy odzyskać siłę, w którą zostaliśmy wyposażeni w samym mandacie misyjnym. Franciszek podkreślił moc kerygmatu. Bardzo podoba mi się jego zdanie, że chrześcijaństwo to kerygmat, a wszystko inne to komentarz do niego. Wiadomo, gdzie jest rdzeń kręgowy, i wiadomo, jak odrastają od niego drogi nerwowe, które będą poruszać bądź nie pozostałe organy. Potem jednak zaczęły włączać się w pontyfikat Franciszka różne pomysły na odnowę Kościoła ‒ i tutaj zaczęły się schody.


Schody są zwykle metaforą trudności, ale powiedziałbym, że w tym wypadku to raczej przygotowana skrzętnie droga do budowy odmienionego Kościoła, właśnie w myśl środowisk liberalnych, które gorąco życzyły sobie takiego pontyfikatu jak ten Jorge Maria Bergoglia. Jedną z pierwszych wielkich decyzji papieża Franciszka było przecież zwołanie synodu biskupów o rodzinie, który przebiegł pod znakiem „propozycji Kaspera” – pomysłu, by dopuścić do Komunii Świętej rozwodników w powtórnych związkach. Chodzi oczywiście o osoby, które w niesakramentalnym związku żyją more uxorio, jak mąż z żoną, niewstrzemięźliwie. W przypadku życia w pełni czystego w związku powtórnym możliwość przyjmowania sakramentów w pewnej mierze otworzył już św. Jan Paweł II w Familiaris consortio w 1984 roku. Choć i ta decyzja była krytykowana, zachowała przecież ciągłość z Tradycją. Dopiero propozycja Kaspera oznacza zerwanie. Dlaczego Franciszek postanowił ją podjąć?


Ks. R. S.: Papież Franciszek, podobnie jak św. Jan Paweł II, uznał, że miejscem, które wymaga w Kościele nieustannego uzdrawiania i środowiskiem najbardziej w tej chwili poddanym atakowi, jest rodzina. Problem w tym, że wiele cennych ziaren zmieszano tutaj z plewami. Jeżeli mamy beczkę miodu z łyżką dziegciu, kto zwraca uwagę na miód?


Co ksiądz nazywa dziegciem?


Ks. R. S.: Właśnie tę koncentrację na propozycjach kard. Kaspera. Pierwszy synod został poświęcony małżeństwu. Był to synod nadzwyczajny, zwołany przez papieża Franciszka w 2014 roku. W kolejnym roku poświęcono temu samemu zagadnieniu synod zwyczajny. Oba poprzedzone zostały konsystorzem zwołanym w lutym 2014 roku. Programową katechezę wygłosił wówczas kard. Walter Kasper, purpurat, który został przez papieża wymieniony już w pierwszym przemówieniu na Anioł Pański, gdy Franciszek zareklamował jego książkę o miłosierdziu, mówiąc, że jest to teologia pisana na kolanach. Na konsystorzu kard. Kasper zaproponował otwarcie się z sakramentami na osoby żyjące w związkach niesakramentalnych. Chodziło przede wszystkim o rozwodników, którzy, jak pan mówił, żyją more uxorio. Według niemieckiego teologa należałoby zastosować kategorię rozróżniania, przyjrzeć się kościelnej Tradycji, wyjść z rzekomego ugrzęźnięcia w regułach, które miałyby jakoby zaciemniać właściwe rozumienie i stosowanie Bożego miłosierdzia. Kasper wręcz zapowiedział, że nadchodzący synod biskupów doprowadzi do epokowej zmiany. Ruszyły przygotowania. Po raz pierwszy synod został poprzedzony powszechną ankietą. Do tej pory rozsyłane były one jedynie do biskupów lub środowisk akademickich; teraz miały uwzględniać także szeroko rozumianą opinię wiernych. Widziałem na przykład ankietę niemiecką. Z zebranych głosów wynikało, że zdaniem ludzi nauczanie Kościoła w sprawie etyki seksualnej i nierozerwalności małżeństwa jest już dzisiaj nieprzekonujące i przestarzałe, dlatego należałoby je przemyśleć. Fakt, że wielu katolików nie przestrzega nauczania katolickiego, miałby być powodem jego zmiany! W odpowiedziach wskazywano też na język Kościoła mówiącego o etyce seksualnej, który rzekomo jest dla ludzi młodych nieczytelny i niezrozumiały. Nikt nie rozumie, na przykład, dlaczego grzechem jest antykoncepcja czy masturbacja. W ten sposób przebiegały przygotowania obu synodów.


Część biskupów, w tym biskupi polscy i polskojęzyczni, sprzeciwiali się propozycji Kaspera, ale bezskutecznie.


Ks. R. S.: To prawda. Na synodach doszło do czegoś, co abp Stanisław Gądecki, uczestnik zgromadzenia, nazwał później w jednym z wywiadów doznaniem metafizycznego zła. Nie mógł z tego powodu spać, był przejęty; podjął decyzję, by na stronie internetowej ujawnić głosy zbierane na synodzie, pokazywać przemówienia. Tymczasem w synodalnym Instrumentum laboris, a więc dokumencie roboczym synodu, pojawiła się propozycja otwarcia dostępu do sakramentów, zwłaszcza do Eucharystii, osobom rozwiedzionym w ponownych związkach. Mało tego, pojawiła się też propozycja przemyślenia i docenienia wartości i znaczenia osób żyjących w związkach homoseksualnych. Miałyby one nie tylko być dopuszczone do różnych funkcji w Kościele, ale także wprowadzić jakieś bogactwo doświadczenia do duszpasterstwa kościelnego. W pewnych środowiskach prawdopodobnie budziło to zachwyt i radość. A w innych poczucie grozy i wrażenie, że zmieniają nam religię. Niektórzy z protagonistów tego synodu powoływali się na teologię rozsianych ziaren prawdy i uświęcenia, które można jakoby odnaleźć także w związkach niesakramentalnych w tym homoseksualnych, a które miałyby być dowodem na działanie Ducha Świętego .


O tym mówił choćby wiedeński arcybiskup, kard. Christoph Schönborn.


Ks. R. S.: Na synodzie pojawiła się kategoria małżeństwa chrześcijańskiego jako ideału, do którego człowiek będzie dążył, ale który rzadko uda mu się osiągnąć. W duszpasterstwie mielibyśmy doceniać i pielęgnować dostrzegane w różnych rodzajach związków ziarna prawdy i uświęcenia. Należałoby przy tym poddać rozeznaniu kwestię wzmocnienia takich osób sakramentami.


Papieska adhortacja posynodalna z 2016 roku Amoris laetitia nie zawiera wprawdzie wszystkich tych elementów, jest ostrożniejsza od dokumentów synodalnych, zwłaszcza w sprawie homoseksualizmu, ale mimo wszystko wprowadza przełom w kwestii rozwodników. Jak duży?


Ks. R. S.: Amoris laetitia jest w wielu miejscach dokumentem pięknym poświęconym miłości małżeńskiej i rodzinnej. Są tam treści, które można by było wprost wykorzystać do przygotowywania katechez na kursach przedmałżeńskich czy w duszpasterstwie osób zakochanych i narzeczonych. Znalazł się tam także jeden rozdział, który odzwierciedla propozycje synodów zdominowanych przez myślenie liberalne. W adhortacji pojawiła się propozycja dotycząca wspierania sakramentami osób w powtórnych związkach, ale w formie przypisu. W adhortacji papież zawarł też przekonanie, jakoby nie wszystkie kwestie doktrynalne i dogmatyczne potrzebowały orzeczenia magisterium Kościoła, że można kompetencjami doktrynalnymi podzieli się z konferencjami episkopatu. To wizja pochodząca ewidentnie od kard. Kaspera, wizja Kościoła złożonego z małych komórek Kościołów lokalnych, zrównanych nieomal w randze z Kościołem powszechnym. Na szczęście papież nie sięgnął po hipotezę rozsianych w związkach niesakramentalnych ziaren uświęcenia. Niestety, brzmienie przypisu sugerujące możliwość udzielania sakramentów rozwodnikom żyjącym w powtórnych związkach znalazło szybki oddźwięk w decyzjach podjętych przez episkopaty Filipin, Malty czy Niemiec, a także w niektórych diecezjach Stanów Zjednoczonych, Włoch i Argentyny. W powszechnej świadomości rodzi to przekonanie, że Komunię Świętą można przyjmować nawet wtedy, gdy się żyje bez ślubu. Czasem widziałem kogoś ze znajomych mieszkających w Niemczech przyjmującego Eucharystię mimo życia w nieformalnym związku. Tłumaczył mi: „Przecież papież Franciszek pozwala”. Świadomość ludzi wykracza daleko poza dokumenty, pojawia się tendencja do dawania sobie przyzwoleń tam, gdzie są jakieś niuanse czy niejasności w dokumentach.


Amoris laetitia została też w 2018 roku wykorzystana przez biskupów niemieckich do dopuszczenia do Komunii Świętej niektórych protestantów. Dokument w ocenie niektórych komentatorów jest rzeczywiście tekstem przełomowym, niekoniecznie w pozytywnym znaczeniu. Znany niemiecki filozof Josef Seifert nazwał go wprost „bombą teologiczną"; adhortacja ta stała się też przyczyną wysłania do Ojca Świętego słynnych „dubiów”, czyli pytań czterech kardynałów dotyczących właściwego rozumienia tekstu. Zostawmy jednak historię recepcji Amoris laetitia. Dzięki adhortacij ważny punkt czy nawet punkty agendy europejskich progresistów zostały niejako odhaczone. Później pojawiało się wołanie o realizację kolejnych elementów ich programu, a kulminacja nastąpiła na synodzie amazońskim w roku 2019. Po drodze jest jeszcze synod o młodzieży z 2018 roku, który wszakże został szybko zapomniany. Powstało zresztą niepozbawione podstaw wrażenie, że zwołano go tylko po to, by ponowić próbę „pchnięcia naprzód” sprawy homoseksualizmu w Kościele, może zakotwiczenia w jakimś dokumencie kościelnym akronimu LGBT. To się jednak nie udało.


Ks. R. S.: Rzeczywiście, ten synod poświęcony młodzieży pozostał w dużej mierze niezauważony. Młodzież jest w tej chwili środowiskiem, które najszybciej oddala się od Kościoła. Jednym z największych wyzwań duszpasterskich jest zagadnienie, jak młodym ludziom przybliżać Chrystusa. Taki klucz znalazł Jan Paweł II. Oni byli gotowi pójść za nim na koniec świata. Młodzi ludzie potrzebują ojca i my ‒ bo ja zaliczam się do pokolenia Jana Pawła II – mieliśmy w nim ojca. A na synodzie poświęconym młodzieży w 2018 roku najważniejszą sprawą czy też jednym z czołowych tematów okazał się nagle homoseksualizm. Powróciło pytanie o ziarna prawdy, o docenienie roli związków homoseksualnych. Synod jednak miał niewielką siłę oddziaływania.


Dlatego pociąg pojechał dalej ‒ na synod amazoński, który, jak zapowiadali koryfeusze rewolucji, miał stać się początkiem „nowej epoki” w Kościele katolickim. Tak mówił o nim choćby niemiecki biskup Franz‒Josef Overbeck z Essen. Dlaczego jednak zgromadzenie o dalekiej Amazonii miałoby być tak istotne?


Ks. R. S.: Synod amazoński był synodem innego rodzaju, bo, paradoksalnie, dotyczył nie jakiejś grupy ludzi, ale wprost przyszłości Kościoła. Pozornie miał przecież małe znaczenie, można by go porównać do synodu poświęconego Libanowi. Kogo interesuje odległa Amazonia z jej problemami przemocy, klimatu, narkotyków, niedoboru misjonarzy? Wydawały się one wszystkie problemami marginalnymi, bo przecież niekoniecznie muszą dotyczyć Kościoła w Polsce, na Ukrainie, w Ugandzie czy w Wietnamie. Okazało się jednak, że synod amazoński obudził ogromne zainteresowanie misjonarzy, teologów i pasterzy pochodzenia niemieckiego. Na czele synodu został postawiony kard. Cláudio Hummes, Brazylijczyk o niemieckich korzeniach. Jednym z głównych protagonistów zgromadzenia był z kolei bp. Erwin Kräutler, Austriak, który przez wiele lat posługiwał w Brazylii. To osiemdziesięciolatkowie, którzy mieli ogromną liczbę propozycji dotąd kojarzonych bynajmniej nie z Amazonią, ale raczej z Europą ‒ i ocierających się o ideologię marksistowską. Postanowiono zaproponować w Amazonii nową postać Kościoła przyszłości. Pojawiło się wiele postulatów, które miałyby jakoby uzdrowić katolicyzm. Pierwszym była propozycja podziału władzy w Kościele, tak by duchowni oddali część kompetencji świeckim. Chodziło o pewną formę demokratyzacji. Druga rzecz to kapłaństwo. Skoro w Amazonii brakuje księży celibatariuszy, zaproponowano, by wprowadzić viri probati – doświadczonych w wierze i moralności mężczyzn, mających swoje rodziny, którzy mieliby otrzymywać sakrament święceń kapłańskich. Niektórzy postulowali wtedy, by w całym Kościele odstąpić od celibatu, bo celibat jakoby nie ma już dzisiaj znaczenia, a w dodatku jest przyczyną nadużyć seksualnych.


Rok wcześniej w Niemczech opublikowano tak zwane MHG‒Studie, obszerny raport dokumentujący skalę nadużyć seksualnych w tym kraju na przestrzeni kilku dziesięcioleci. Raport sporządziły niezależne komisje ekspertów na wniosek Kościoła. Postawiono w nim tezę między innymi o tym, że to właśnie celibat jest jedną z przyczyn skandalu wykorzystywania przez kapłanów osób nieletnich.


Ks. R. S.: Właśnie, w celibacie widzi się także przyczynę pedofilii ‒ choć jak wiadomo, nie potwierdzają tego doświadczenia wspólnot luterańskich czy anglikańskich. Papież Franciszek, wracając samolotem z Panamy, podzielił się z dziennikarzami wrażeniami z lektury książki Fritza Lobingera, niemieckiego misjonarza, który posługiwał w RPA. Lobinger zaproponował „zniuansowanie” struktury sakramentu święceń. Według jego pomysłu można by było żonatym mężczyznom wyświęcanym na kapłanów udzielać tylko części kompetencji, na przykład do odprawiania Mszy albo udzielania sakramentu chorych, ale bez zarządzania wspólnotą i bez głoszenia kazań. Możliwe byłyby oczywiście także inne warianty. Franciszek wyznał, że jest pod wrażeniem tej lektury i zastanawia się nad koncepcją Lobingera. Co więcej, przychodzi kolejna inspiracja. Chodzi o to, że w Amazonii tymi viri probati mogliby zostawać mężczyźni o autorytecie w lokalnych środowiskach, czyli szamani.


Jak to tłumaczono? Kapłan, alter Christus, który jest zarazem pogańskim szamanem?


Ks. R. S.: Jak się okazuje, już w 1940 roku w Meksyku zorganizowano międzynarodowy kongres poświęcony tak zwanej pierwotnej plemienności. Ta indygenność nawiązywała mniej więcej do intuicji Jeana‒Jacques’a Rousseau, czyli do związku między pierwotną dzikością a niewinnością, do przekonania, że tym, co psuje i wprowadza w życie ludzi zło, jest cywilizacja, zwłaszcza zachodnia. Trzeba by więc pogodzić chrześcijaństwo z wiarą w siły natury, w matkę ziemię, z pierwotną symbiozą człowieka z przyrodą! Te idee były później, w epoce posoborowej, rozwijane w Ameryce Południowej w ramach teologii wyzwolenia. Teologia wyzwolenia nie jest jednak wynalazkiem południowoamerykańskim. Narodziła się na katolickich uniwersytetach w Europie. Do Ameryki Łacińskiej zanieśli ją o. Gustavo Gutiérrez czy ks. Jon Sobrino, którzy studiowali w Europie i fascynowali się ideami marksizmu. Tak rodziły się twierdzenia, że w swojej istocie nauka Jezusa odpowiada właśnie tej pierwotnej plemienności. Oczywiście trzeba było gdzieś po drodze zgubić nauczanie o grzechu pierworodnym... Wokół tego synodu pojawiały się też głosy, że powinno się przeprosić za misje i ewangelizacje, bo to było narzucenie czegoś zgoła obcego tym ludom, a przecież Bóg działał w ramach ich kultury, w ramach ich pierwotnej duchowości.


Te przekonania znajdują wyraz w wielkim skandalu, organizowaniu w Ogrodach Watykańskich ceremonii szamańskich ‒ i to w obecności papieża; w obnoszeniu po ulicach Rzymu figur pogańskiej boginki Pachamamy, stawianiu tych figur w kościołach. Później zostały one wrzucone do Tybru przez pewnego katolickiego działacza z Austrii, ale Ojciec Święty za to przepraszał. Jak mogło do tego dojść?


Ks. R. S.: Próbowano organizować przy okazji synodu swoiste paraliturgiczne happeningi. Wystawa poświęcona Pachamamie i innym pogańskim bóstwom Amazonii zorganizowana w jednym z rzymskich kościołów była poważnym zgorszeniem. Tłumaczono, że Pachamama jest wyrazem szacunku oddanego ludom pierwotnym. Jednak jeden z misjonarzy z Peru napisał do gazet list, przestrzegając, że Pachamama jest figurą demona, boginią, którą misjonarze zawsze zwalczali. W oczach lewicowych, marksistowskich romantyków religijnych Pachamama miała być tymczasem odniesieniem do Matki Bożej albo do Matki Ziemi – tak jakby wszystko, co ma pierwotne pochodzenie, było święte i nie wymagało zbawienia.


Wspominał ksiądz o niemieckojęzycznych duchownych na synodzie amazońskim. Rzeczywiście w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii pojawiały się głosy bardzo wpływowych hierarchów, że to, co ustalone zostanie odnośnie do Amazonii, później zostanie przeniesione do innych krajów, choćby do Europy. Kilku austriackich biskupów wprost deklarowało, że jeżeli tylko papież zgodzi się na viri probati w amazońskiej puszczy, oni będą pierwszymi, którzy poproszą o to samo w swoim kraju. To samo dotyczyło diakonatu kobiet – kolejnego wielkiego postulatu synodu amazońskiego.


Ks. R. S.: To był istotny element synodu, tym bardziej że o diakonacie kobiet mówiło się już wcześniej. Papież powołał nawet specjalną komisję, która miała zbadać ten temat. To kolejny postulat niezłomnego kard. Martiniego, który diakonatu kobiet domagał się już na wspomnianym synodzie o Europie z 1999 roku. Ta sprawa bardzo uskrzydliła niemieckojęzyczne, a jeszcze bardziej amerykańskie feministki – niestety, również w zakonach. One już w czasie wizyt Jana Pawła II w USA próbowały zdominować spotkania, napierając na papieża, krytykując go i doprowadzając do awantur. Mamy do czynienia z pewnymi prądami, które trwają od dawna, rozwijają się w Kościele, a na których rozkwit teraz miałby jakoby przyjść sezon.


Mimo wszystko jednak papież Franciszek rozczarował. W posynodalnej adhortacji Querida Amazonia nie znalazła się zgoda ani na viri probati, ani na diakonat kobiet. Dlaczego? Czy kluczową rolę mogła odegrać głośna książka Benedykta XVI i kard. Roberta Saraha poświęcona kapłaństwu, opublikowana na kilka tygodni przed planowanym wydaniem adhortacji posynodalnej?


Ks. R. S.: Ten głos mógł mieć dla papieża Franciszka duże znaczenie. Kardynał Robert Sarah umieścił w książce pod tytułem Z głębi naszych serc tekst Benedykta XVI, przekazany wcześniej na potrzeby synodu biskupów w Rzymie, ale w ogóle tam nieuwzględniony. Książka była poświęcona w dużej mierze celibatowi. W tekście Benedykta XVI widać rękę mistrza, Mozarta teologii. Pięknie wyjaśnione zostało boskie pochodzenie charyzmatu bezżenności, stanu, w jakim żył nasz Pan Jezus Chrystus. Wiemy, że na początku w Kościele biskupami zostawali mężczyźni żonaci, słynni „mężowie jednej żony". Szybko zaczęło się to jednak łączyć z tradycją kapłaństwa obecną w Starym Testamencie, która uzależniała składanie ofiar od abstynencji seksualnej.

Początkowo Eucharystia była sprawowana tylko w niedzielę, później codziennie, z czego wzięło się tak zwane „małżeństwo józeficzne” – wzorowane na małżeństwie Maryi i św. Józefa, oparte na całkowitej czystości. Benedykt XVI w prawdziwie artystyczny sposób przypomniał te korzenie celibatu, wyłożył nauczanie Kościoła, prowadząc je od początku aż do ostatnich rozstrzygnięć, do pontyfikatów świętych papieży Pawła VI i Jana Pawła II. To mogło przekonać papieża Franciszka, utwierdzić go w jego decyzji o odłożeniu na bok kwestii viri probati. Myślę, że rozczarowanie po publikacji Querida Amazonia przyczyniło się do decyzji o wszczęciu w Niemczech drogi synodalnej. Tamtejsi biskupi są przekonani, że znaleźli klucz do rozwiązania przyszłości Kościoła i wyprowadzenia go z kryzysu. Chcą zrobić to za sprawą zmian w takich tematach jak władza w Kościele, rola kobiety, kapłaństwo i etyka seksualna.


Co pokrywa się w pełni ze starą agendą progresistów, tak Carlo Marii Martiniego, jak i grupy z Sankt Gallen, oraz pomysłami, które pojawiały się już w radykalnych głosach podczas Soboru Watykańskiego II czy też krótko po nim, na fali rewolucji seksualnej. Czy rzeczywiście Kościół katolicki można wyprowadzić na prostą, otwierając go na różne „osiągnięcia” rewolucyjnego świata?


Ks. R. S.: Bardzo się dziwię, że zdaniem niemieckich biskupów kluczem do rozwiązania problemów Kościoła miałoby być jego zbliżenie do sposobu funkcjonowania kościoła neoluterańskiego, a więc doskonałe wpisanie się we współczesność. We włoskiej prasie niektórzy dziennikarze i teologowie interpretują to jako receptę na samounieważnienie się Kościoła, na odebranie sobie znaczenia. Po synodzie amazońskim Niemcy zaczęli wywierać na papieża naciski, by doprowadzić do zwołania paneuropejskiego synodu; liczyli na to, że uda im się zdobyć na nim większość. Właśnie dziś znajdujemy się u początku nowej inicjatywy ‒ zdominowania całego Kościoła powszechnego dynamiką synodalności.


Mówi ksiądz o synodzie pod hasłem „Dla Kościoła synodalnego: komunia, uczestnictwo i misja”, który rozpoczyna się jesienią 2021 roku, a kończy jesienią roku 2023. Obejmuje trzy etapy: diecezjalny, kontynentalny i powszechny. Na czym polega jego wyjątkowość?


Ks. R. S.: Za sprawą tej inicjatywy wracamy do pewnego ideału, który zaistniał jeszcze pod koniec trwania Soboru Watykańskiego II. Pojawiały się wówczas głosy, by sobór, mimo zakończenia, trwał nadal w postaci nieustannego synodu. Papież Paweł VI nie wsłuchał się w ten postulat, natomiast podjął decyzję o regularnym zwoływaniu synodów, które stałyby się wyrazem kolegialności biskupów, co podkreślała doktryna Soboru Watykańskiego II. Jest taka bardzo ciekawa książka Josepha Ratzingera Formalne zasady chrześcijaństwa. Szkice do teologii fundamentalnej. Ratzinger pisze w niej, że Kościół od zawsze żył soborami i synodami, które w jakiś sposób odzwierciedlały jego wewnętrzną naturę. Podkreśla jednakże, że jest to nadzwyczajny sposób istnienia Kościoła, że nie może stać się praktyką permanentną, że są jedynie pewne momenty, w których Kościół powraca do weryfikacji swojej misji. Nie może w ten sposób funkcjonować na co dzień. Gdyby bowiem tak się stało, przekształciłby się on w Kościół biurokratyczny, konferencyjny, przegadany, Kościół nieustannie tkwiący w dyskusji i przemówieniach na własny temat. Kościół tymczasem winien głosić Ewangelię, sprawować sakramenty i nieustannie formować w wierze swych wiernych.


Czeka nas kolejne wyzwanie, kolejne starcie. Nadchodzący czas domaga się, byśmy prosili Boga o obfitość łask dla Kościoła, o mądrość dla pasterzy. Miejmy nadzieję, że Pan nie pozwoli, by Kościół wyszedł poza wolę Jezusa Chrystusa. Musimy prosić Boga, byśmy znaleźli klucz do przyszłości, który zostanie nam podpowiedziany przez Ducha Świętego. Potrzeba nam wolności od idoli oraz od ideologii.




Źródło: „Ogień w Kościele”, ks. Robert Skrzypczak w rozmowie z Pawłem Chmielewskim, wyd. Esprit, Kraków 2021

Fot. Cathopic