Alicja Lenczewska - wybór listów


Przez wiele lat, Alicja Lenczewska prowadziła korespondencję z bliską jej sercu franciszkanką s. Teresą Łozowską CSFFM. Jeśli w swoich dziennikach duchowych „Świadectwie” i „Słowie pouczenia”, Alicja oddaje głos przede wszystkim Panu Jezusowi, to w listach do przyjaciółki wyraża sama, czym dla niej osobiście jest doświadczenie i zrozumienie drogi, jaką prowadzi ją Pan – drogi dziecięctwa Bożego i miłości ukrzyżowanej, oddania i zadośćuczynienia za grzechy innych ludzi.

Fot. VICONA

Alicja z wielkim entuzjazmem i radością wchodzi na drogę dziecięctwa Bożego i radykalizmu Ewangelii, bo pragnie całkowicie należeć do Chrystusa i wypełniać Jego wolę.

„Pan zawsze daje we właściwym czasie, to, co jest koniecznie potrzebne Jego dziecku do zbawienia i wypełnienia swego powołania tu na ziemi. Z Jego strony jest zawsze miłość i miłosierdzie, a z naszej trzeba, aby była ufność, która jest źródłem pokoju. O cóż się troszczyć i niepokoić, skoro wszystko należy do Pana i wszystko od Niego zależy. Po prostu z chwili na chwilę trzeba wykonywać to, co jest dane do wykonania i nic więcej. Pan Jezus, chodząc po świecie, także nie uzdrowił wszystkich, tylko tych, których trzeba było tam wtedy uzdrowić, aby uwierzyli i byli świadkami. My też nie powinniśmy uważać, że musimy robić wszystko, wszędzie i za wszystkich. Współczesny świat, wśród wielu cierpień, cierpi też na nadmiar zewnętrznej aktywności, która uśmierca wnętrze. I ta choroba niszczy niestety również sługi Chrystusa” (9 września 2002 r.).

„Na dzisiejsze czasy, kiedy to człowiek jest tak słaby i chwiejny, Pan dał drogę dziecięctwa Bożego: całkowitego oddania i liczenia wyłącznie na Niego i na Maryję tak, jak malutkie dziecko ufa zupełnie swej matce i ojcu i o nic się nie troszczy, tylko o to, by być z nimi i by oni je kochali, by być im posłusznym” (19 października 2006 r.).

Droga, którą Pan Jezus prowadził Alicję, była szkołą wzrastania w ufności, zwłaszcza w obliczu trudnych sytuacji.

„Przecież tak naprawdę nic nie dzieje się bez Jego woli. A cokolwiek czyni w naszym życiu, czyni to dla naszego dobra i nie tylko naszego. W to trzeba wierzyć i ufać, i radować się, że tak jest, choć boli niejeden raz. Ten ból pewnie też jest potrzebny do wyprowadzenia z niego dobra. Taki jest sens wszelkiego cierpienia. O ileż mniej byśmy cierpieli, gdybyśmy mieli tylko jedną potrzebę: potrzebę Boga. Potrzeba bycia z Nim w tym wszystkim, w czym był On, gdy pojawił się na świecie jako Człowiek, i w czym pragnie nas mieć jako swych uczniów i naśladowców. On, cierpiący Sługa Jahwe, posłuszny aż do śmierci zadanej przez ludzi. Ale była to tylko śmierć ciała. Podobnie jak śmierć każdego z męczenników była tylko śmiercią ciała, z której rodziło się zmartwychwstanie do życia Bogiem i w Bogu. I do zmartwychwstania wielu, za których ta śmierć została dokonana.

Od pewnego czasu daje mi Pan łaskę rozumienia wartości cierpienia i pokuty. Pragnienie pokuty, to, oprócz tęsknoty, drugi składnik miłości ku Bogu. Jakże ogromna wdzięczność należy się Panu za to, że daje możliwość cierpienia tak fizycznego, jak i duchowego. Że uczy przyjmowania tego z pokojem i radością w sercu. I z miłością wobec tych, którymi się posługuje, doświadczając i oczyszczając nas. Zaczynam rozumieć świętych (św. Jan od Krzyża, św. Franciszek), którzy tak bardzo pragnęli być poniżani. Żadne poniżenie i tak nie jest dość wielkie, by dorównać poniżeniu, jakiego doznał Chrystus. I żadna niesprawiedliwość nie dorówna niesprawiedliwości wobec Chrystusa. A za to spływa na nas i na tych, za których składamy ofiarę, ośmiokrotne błogosławieństwo Ojca. Wielka to łaska” (16 czerwca 1993 r.).

„Ja w codzienności swojej żyję życiem pustelnicy w ogołoceniu ze wszystkiego, co daje świat, poza minimum potrzebnym do fizycznego istnienia. [...] I tak naprawdę, poza służbą i ofiarą, nic z nikim mnie nie łączy. To jest piękne: takie całkowite ubóstwo, gdzie całe serce można wylewać tylko przed Bogiem – ukrytym i jakby nieobecnym, choć tak bardzo pochylonym nad moją nędzą i osamotnieniem. Tak ostatnio pokazuje mi Pan piękno ubóstwa: wszystkiego, co biedne, poniżone przez świat, bezradne i bezbronne w swojej pokorze i prostocie. Jakże bardzo On jest obecny w tym wszystkim i jak wielkie bogactwo i świętość jest w tym właśnie. Jezus w ubóstwie przyszedł na świat, żył w ubóstwie i wśród ubogich, i umarł w skrajnym ubóstwie i ogołoceniu. Aż dziwne, jak Kościół w różnych swych przejawach istnienia i działania mógł tak daleko od tego odejść.

A tymczasem świat w swym materializmie i postępie naukowo - technicznym coraz szybciej zbliża się do samounicestwienia. I to całe bogactwo materialne, przepych i ważność pękają jak bańka mydlana. I człowiek bałwochwalczo nastawiony do siebie i dóbr świata staje się zalękniony, ograbiony ze wszystkiego, zagrożony w swym fizycznym istnieniu, z pustym sercem i poczuciem kruchości własnego ciała. Obserwując wydarzenia, jakie coraz częściej nękają świat – znaki czasu – widać tragizm i prawdziwe nieszczęście ludzi, którzy odeszli od ubóstwa Boga, by nasycić się bogactwem świata” (15 maja 1995).

We wspólnocie Rodziny Serca Miłości Ukrzyżowanej, w której była od 1986 r., z 7-letnią przerwą w latach 1990-1997, Alicja „nauczyła się duchowości dziecięctwa Bożego” i wynagradzania za zło dla ratowania dusz przed potępieniem.

„Staram się wszystko oddawać Panu Jezusowi przez ręce Maryi: trudy, dolegliwości fizyczne i psychiczne (a tego nie brakuje), czas, wszelkie sytuacje i zdarzenia, które mnie dotyczą i które dostrzegam w otoczeniu i na świecie, ludzi. Wszystko – godząc się bez buntu na wszystko, co mnie dotyczy, co przeżywam, czuję itp., co Pan dopuszcza, daje czy zabiera. Na tym polega powołanie w Rodzinie Serca Miłości Ukrzyżowanej, aby wynagradzać Panu wszelkie zło, jakie się dzieje i aby ratować dusze od potępienia. To jest taka służba mało widoczna, mało spektakularna, której owoce rzadko się dostrzega w doczesności. Ufam jednak, że ten ból duchowy, jaki odczuwam, widząc panoszące się zło i odczuwając coraz większe zagrożenie dla świata i dusz ludzkich – ofiarowany Panu jest płodny i nic się nie marnuje. Opisałam Ci sedno mojego powołania i służby. Jest to inne niż służba zewnętrzna. Ale pewnie Pan potrzebuje zarówno czynów zewnętrznych, jak i cichego ofiarowania, aby On sam wziął, co i kiedy zechce, i w jaki sposób” (17 listopada 2002 r.).

Alicja była także mocno związana ze wspólnotą Apostołów Czystej Miłości (ACM), jako jej współzałożycielka. Swoje cierpienia ofiarowała za ACM.

„Moja droga służby to ekspiacja za grzechy innych i moje własne, w tym szczególnie za ACM. Jeśli człowiek ofiaruje się Bogu za innych, to wtedy musi też przyjmować napaści Złego, które miały tych innych zniszczyć – na tym polega prawdziwe wstawiennictwo. Zawsze dzieje się tak, że potrzebny jest maksymalny wysiłek, a gdy dochodzi do granicy wytrzymałości, Pan w sposób bardzo wyraźny wkracza ze swoją łaską. Dzieje się poza tym tak, że otrzymuję od Pana absolutnie wszystko, co jest mi potrzebne zarówno w sferze mojej służby Bożemu miłosierdziu, jak i w moich codziennych, nawet całkiem banalnych sytuacjach doczesnych. Miłosierdzie i czułość Pana są niewyobrażalne w każdej chwili i zawsze. Wielką łaską są cierpienia fizyczne i upokorzenia doznane od ludzi. To są skarby, które w miłości można podarować Panu, aby choć trochę odwdzięczyć się za Jego miłość i dobroć. I za które trzeba okazać miłość tym ludziom, przez których Pan je dał" (16 października 1994 r.).

Charakterystyczne dla duchowości Alicji Lenczewskiej była modlitwa wstawiennicza.

„Pan bardzo potrzebuje od nas pomocy w ratowaniu ludzi od potępienia. Bardzo potrzebuje pomocy, by ocalać dusze ludzkie. […] I w takiej sytuacji Pan Jezus zwraca się do tych, którzy są Mu wierni, aby wraz z Nim nieśli ten bolesny krzyż, by zechcieli cierpieć wraz z Nim i wysługiwać miłosierdzie, i zbawiać. Do kogóż się zwróci? Przecież nie do tych, którzy Go lekceważą lub Nim gardzą. I nie do tych, którzy są »wierzący« tylko formalnie i tylko z obowiązku czy przyzwyczajenia (23 lutego 2005 r.).

„Myślę, że ofiara bólu i wyrzeczeń w czyjejś intencji nie jest mniej cenna niż konkret i ewangelizacja bezpośrednia. Myślę, że ofiara krzyżowa Pana Jezusa przyniosła i nadal przynosi niewspółmiernie większe owoce niż nawet największe Jego cuda i nauki. Każda łza za kogoś – w samotności i zapomnieniu – jest najcenniejszym darem, jaki można komuś ofiarować. I pewnie na tym polega czysta miłość, by chcieć jak najwięcej dać, nic nie otrzymując w zamian. Pan od wielu miesięcy uczy mnie tego i rozumiem to, choć nieudolną uczennicą jestem” (16 października 1994 r.).

Alicja koncentrowała się na najważniejszym – na pogłębianiu relacji z Bogiem.

„Jakąż wspaniałą wolność i pokój, i radość uzyskuje się, gdy nie ma się innych pragnień poza ciągłym oddawaniem Panu siebie do całkowitej dyspozycji. Znikają wszelkie troski: jest radość bycia w Nim i ból miłości, która nie jest kochana. Nikt i nic nie budzi odczuć negatywnych, nawet w wypadku ewidentnej krzywdy, a tylko współczucie i odruch pomocy, bo bardzo biedni jesteśmy wszyscy, gdy czynimy zło, sprzeniewierzając się Jego świętej woli, gdy znika w nas miłość i pokora” (18 sierpnia 1996 r.).

„Moje życie jest dość pustelnicze i ogołocone ze znajdowania radości w przebywaniu wśród ludzi. Bardzo tęsknię do Jezusa, ale On jest ukryty” ( 12 listopada 1989 r.).

W latach 90. Alicja organizowała i prowadziła pielgrzymki do Włoch, Ziemi Świętej i do Medjugoria. To ostatnie miejsce było szczególnie bliskie jej sercu.

„Medjugorie jest ratunkiem dla tonących w materializmie, rozwiązłości, nałogach" (15 sierpnia 1998 r.).

"Miłość czyni piękno w ludziach – na ich twarzach i w sercach. Gdy dzieci spytały Maryję w czasie objawienia, dlaczego jest taka piękna – odpowiedziała: dlatego, że kocham… O Panie, naucz nas kochać, aby Twoje piękno zstąpiło na nas i uczyniło nas podobnymi Tobie” (Boże Narodzenie, 1999 r.).

Alicja nie szukała nadzwyczajnych przeżyć. Swoje powołanie widziała w wierności Chrystusowi w codzienności.

„Ta droga to trwanie przy Nim jak Maria: w Jego ofierze, w Jego modlitwie, w wynagradzaniu Ojcu za własne grzechy, za grzechy innych i za ACM. Codzienność przynosi dość trudu i cierpień i to wszystko jest moją pokutą i wynagradzaniem – w ogołoceniu, samotności i ciemności duchowej. To mam przyjmować z pokojem i miłością w sercu i ofiarować. [...] Pan dał mi zrozumieć, że pragnie, abym ciągle nadsłuchiwała i rozpoznawała Jego wolę, przyjmowała ją i pragnęła zupełnie odejść od własnych pragnień i planów, od wszelkich przywiązań, także do własnych racji czy upodobań, by coraz mocniej przepraszać, wybaczać, współczuć i prosić w imieniu innych i swoim. By miłować i cierpieć jak On - Jezus – mój Pan i Oblubieniec” (16 czerwca 1996 r.).

„Zrozumiałam, że żyję, żeby kochać, że to jest moim celem i sensem istnienia w ogóle. A kochać mogę zawsze, w jakiejkolwiek sytuacji jestem. Kochać Pana i ludzi bardziej niż siebie i wszystko motywować miłością. Troszczyć się o to, o to prosić i tego pragnąć się uczyć od Jezusa i od Maryi. To tak mało i tak wiele jednocześnie: zadanie na całe życie i na każdą najbardziej banalną chwilę i czynność, i sytuację" (1 marca 1999 r.).

Już parę lat wcześniej miała świadomość, że:

„Najbardziej owocne apostołowanie jest przez ofiarę i modlitwę, przez przyjęcie jako dar Jego łaski tego wszystkiego, co niesie dzień każdy, by ofiarować to za tych, którym chcesz pomóc” (2 grudnia 1990 r.).

„Ofiara przyjętego z miłością i ufnością cierpienia, tak fizycznego, psychicznego, jak i duchowego, jest największym czynem i najbardziej świętym. Działalność zewnętrzna wśród ludzi i zadowolenie z sukcesów zawsze grożą jakąś formą pychy. Natomiast wobec cierpienia ofiarowanego Bogu szatan jest zupełnie bezsilny i najmocniej zmiażdżony w swych zapędach niszczycielskich wobec duszy. Podobnie jak sukcesy, niebezpieczne jest zadowolenie z siebie: komfort fizyczny, psychiczny czy duchowy. Pan w swej delikatności ostrożnie dozuje cierpienie dzieciom swoim: silniejszym daje więcej, słabym tyle, ile zdolni są przyjąć bez oporu i buntu. I wtedy, kiedy dokonuje się w duszy ta święta ofiara dziecka Bożego – On, miłujący Ojciec, najczulej i najbardziej obejmuje nas swą miłością, czuwając przy naszym sercu, by nie uległo smutkowi i zniechęceniu. By zawsze z pokojem mówiło: »Bądź wola Twoja«, wiedząc i ufając, że Jezus w jego duszy składa swoją ofiarę Golgoty i że Jezus dzięki temu zmartwychwstaje w duszach zagrożonych upadkiem – osób może zupełnie nieznanych” (28 kwietnia 1997 r.).

Pan Jezus powierzył Alicji bardzo ważne zadanie: aby przekazała całemu światu to wszystko, co kazał jej zapisać, oraz by uczestniczyła w Jego cierpieniu za zbawienie grzeszników.

„Powiem Ci, że od długiego czasu (od kilku miesięcy) moja dusza wystawiona jest na silne ataki zła. Do tego stopnia, że bywam wyczerpana nie tylko fizycznie, ale nawet psychicznie. Bywają chwile depresji i złych myśli, ale Pan jest – i gdy dochodzi do granic wytrzymałości – ocala, podnosi i ucisza. [...] Jestem sama wobec ataków zła i widocznie tego chce Pan” (22 sierpnia 1991 r.).

Sam ten list jest wielką katechezą na temat ofiarowania własnego cierpienia w jedności z dziełem odkupieńczym Chrystusa:

„Cierpienia – czy fizyczne, czy duchowe, choć przeżywane z Panem i Jemu ofiarowane, pozostają cierpieniami i chyba tak musi być, bo jakaż by była nasza zasługa i gdzie uformowałby się heroizm wiary? Kiedyś, gdy bardzo prosiłam Pana, żeby tylko On wypełnił moje serce i kierował mną, Pan dał mi poznać, co idzie za tym moim pragnieniem – jakie konsekwencje. Powiedział dosłownie: »Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że będąc w twoim sercu, będę czynił to samo, co czyniłem, chodząc po świecie? Czy zechcesz przyjąć to, co ja przyjąłem, będąc Człowiekiem? Może to wyglądać inaczej, ale będzie to samo, bo Ja jestem zawsze taki sam jak wtedy i to samo czynię«. Zrozumiałam, że moje ciało i dusza zaznają podobnych cierpień, jak Jego dusza i ciało dwa tysiące lat temu. Że takie jest prawo przeżywania jedności z Nim – autentycznej i głębokiej. I że jeśli potrafimy z pokojem i miłością (wobec tych, którzy nas ranią) to wszystko przyjmować, to radujmy się, bo to znaczy, że Chrystus prawdziwie jest w nas. Nie tylko ten ukrzyżowany, ale także zmartwychwstały – nasz Pan i nasz Oblubieniec. I że nasze pragnienie i powołanie wypełnia się. Oczywiście, że lęk mnie ogarnął, ale także otucha, która płynęła od Niego – kochającego i opiekuńczego. Dostałam wtedy z Pisma takie słowa: »On zaraz przemówił do nich: Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się. I wszedł do nich..., a wiatr się uciszył« (Mk 6,50-51)” (22 sierpnia 1991 r.).

W jednym ze swoich pouczeń Pan Jezus mówił Alicji: „O, żebyś wiedziała, jak wielki bój się toczy, jak zacięta walka o każde serce ludzkie... Nie myśl o sobie, o takich czy innych odczuciach twoich. One nieważne wobec ogromu zagrożenia piekłem zalewającym świat. Promienie Mojej miłości nie mogą dotrzeć na ziemię, jeśli nie ma serc, które są bramą łączącą niebo z ziemią. Przez ludzkie serca ratuję i zbawiam inne serca zranione śmiertelnie” (SP 424).

Alicja zgodziła się i pozwoliła Jezusowi, aby jej serce było „bramą łączącą niebo z ziemią”. Pragnęła poprzez modlitwę i ofiarę uratować jak najwięcej dusz. Do tego powoływał ją Pan Jezus.

„Łaską ogromną jest to, jeśli człowiek posiada wiarę i potrafi oddać się Bogu i Jemu ofiarować trud i ból życia. Wtedy to wszystko nie niszczy, a może nawet budować i ubogacać duchowo, ma sens zbawczy. Może też ocalać tych ginących, którzy poza cierpieniem własnym nie widzą nic więcej i sami nic uczynić nie potrafią. Tyle ofiary potrzeba, bo tyle jest zła i upadku człowieka pogrążonego w zamęcie. Tyle krzywdy zadawanej ludziom przez ludzi. Żyjemy w wieku szatana, a pokonać go można tylko ofiarą. Tak jak uczynił to Chrystus. Jeśli identyfikujemy się z Nim i jeśli On żyje w nas, to musimy ponieść ofiarę za innych jak On. A teraz wszystko potęguje się, nabiera intensywności i klarowności, zarówno zło, jak i konieczność ofiary tych, którzy oddali się Panu.

Błogosławiony jest dzień, w którym Pan wezwał nas do współudziału w Jego ofierze. Błogosławiona jest droga, jaką nas prowadzi każdego dnia. Błogosławione jest wszystko, co spotyka nas ze strony bliźnich, szczególnie to, co trudne, co boli, bo to jest cena, jaką wykupujemy dusze dręczone przez szatana. Cierpieć i kochać jak Jezus i pochylać się z miłością nad udręczonym światem – to nasz sens istnienia i nasza radość w Panu. Piszę »nasza«, bo ja też oddałam się Panu na ofiarę i pragnę i proszę Maryję o pomoc, abym potrafiła wypełnić to moje powołanie. Jestem sama w świecie i tylko Pan jest moim oparciem i Opiekunem, cokolwiek się zdarzy. I jestem szczęśliwa, że Pan zechciał spojrzeć na mnie i przywołać mnie do pełnienia Jego woli” (2 lutego 1999 r.).

Alicja tłumaczyła, jakie warunki muszą być spełnione, by modlitwa i ofiara wstawiennicza była właściwie realizowana:

„Nieraz potrzeba dużo czasu, cierpliwości, ufności i modlitwy, aby przezwyciężyć zło. Nasze wstawiennictwo wymaga bardzo dużej czystości intencji, umiłowania osób, którym chcemy pomóc bardziej niż sobie. Wielka miłość uzdalnia do wielkiej wielkoduszności i ofiarności heroicznej. A wszystko dla zbawienia dusz i królestwa Bożego. To zresztą jest celem prawdziwego chrześcijanina, a konsekrowanego tym bardziej. Ogromną łaską są wszelkie cierpienia, udręczenia i trudy, jakie w łaskawości swojej dopuszcza Pan. Najczęściej przychodzące przez pośrednictwo ludzi do nas. Natomiast złem, a może nawet grzechem, jest doprowadzanie do nich przez swoją niefrasobliwość, zaniedbania lub źle pojętą gorliwość. Podstawową sprawą są własne obowiązki stanu wykonywane rzetelnie, ale bez nadgorliwości, a potem wszystko inne. [...] Tak nieraz mi się wydaje, że dla Pana cenniejszy jest nasz trud i ból przyjęte i oddane Mu z miłością niż piękne modlitwy, z których jesteśmy zadowoleni” (29 stycznia 2001 r.).

„Jeśli oddaliśmy się Panu, nie wolno narzekać na to, co nas dotyka, ani na ludzi, którzy w tym pośredniczą, ale trwając w prawdzie i miłości, nie ukrywać wobec nich tego, co uczynili, jak Pan Jezus, gdy Go spoliczkowano” (28 maja 2001 r.).

Alicja żyła jednak w przekonaniu, że Bóg nie daje wyzwań ponad ludzkie siły.

„Moje doświadczenie dotychczasowe wykazuje, że Pan, dopuszczając cierpienie i trud, daje je na miarę łask i powołania otrzymywanych od Niego z chwili na chwilę. Dlatego ciągle trzeba prosić o Jego moc i miłosierdzie nad nami, nad tymi, którzy zadają ból i nad tymi, dla których pragniemy wysłużyć Boże łaski. Ufać i radować się, że daje nam łaskę uczestniczenia w budowaniu królestwa Bożego na ziemi” (19 października 2006 r.).

Alicja doceniała także dziękczynienie.

„Myślę, że podstawą do otrzymywania wszelkich łask jest nieustające dziękczynienie za wszystko: zarówno za to, co miłe i satysfakcjonujące, jak i zwłaszcza za to, co trudne i bolesne dla psychiki lub ciała. To właśnie jest szczególną łaską dającą udział w zbawczym dziele Chrystusa i hartującą w służbie Bożej. Wtedy właśnie okazuje się Jezusowi miłość i oddanie jak przystało na Jego oblubienicę. Wartościowe jest tylko to, co wymaga trudu i wysiłku: albo zapieramy się siebie ze względu na umiłowanie Jezusa, albo zapieramy się Jego ze względu na umiłowanie siebie – to zaślepione egoizmem umiłowanie siebie” (19 października 2006 r.).

Z każdym rokiem Alicja czuła na sobie ciężar wieku. Przyznała swojej przyjaciółce:

„Wiesz, gdy nadchodzi prawdziwa starość – taka po sześćdziesiątce – trudno jest niekiedy przyjmować swoje słabości, które się potęgują, wyobcowanie, a czasami nawet brak poczucia bezpieczeństwa. Starość zmusza do pokory, bo człowiek coraz częściej jest lekceważony lub poniżany. Coraz częściej nie radzi sobie z najprostszymi sprawami i nie ma się na kim oprzeć. Takie są realia – ale są one dobre, bo zmuszają do dziecięctwa Bożego – do szukania tylko w Nim oparcia i zrozumienia” (15 grudnia 1999 r.).

Cztery lata przed śmiercią napisała:

„Z wiekiem, zwłaszcza gdy człowiek niekiedy ma trochę czasu, przychodzi pokusa, by analizować dotychczasowe życie, sytuacje emocjonalne, własne reakcje i ich uwarunkowania. Po prostu introspekcja – takie grzebanie w sobie – niezadowolenie z siebie itp. To może powodować izolację i zniechęcenie. Chyba coś takiego stopniowo zaczęło mnie ogarniać i całe szczęście, że Pan ukazał mi, że moim zadaniem nie jest zajmować się sobą, tylko Nim: Jego miłością wobec mnie, ludzi i całego świata. Ufać Mu bezgranicznie i przylgnąć całą sobą do Niego” (13 stycznia 2008 r.).

Źródło: Alicja Lenczewska, Biografia, wyd. Agape, Poznań 2018

Fot. VICONA / CC BY-NC-ND 4.0

491 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg