Pomoc Kościoła Tryumfującego. Spotkania ze świętymi Fulli Horak


Przyjaźń ze świętym może być najrealniejszą, najwierniejszą, najbezpieczniejszą przyjaźnią na świecie! To nie jest żadna przenośnia, ani żadna wysoka mistyka, dostępna być może nielicznym tylko, wybranym duszom! Każdy najzwyklejszy człowiek – jeśli tego naprawdę pragnie i jeśli zechce na to zapracować – może być ze świętym w mniej lub bardziej zażyłej, ale radosnej i istotnej przyjaźni!

Fulla (Stefania) Horak. Sybiraczka i filozof. Cudem przetrwała sowieckie łagry. Wydobyła się z ciemności niewiary i ateizmu a za Łaską Bożą stała się mistyczką. Pan Bóg pozwolił jej zajrzeć do czyśćca i piekła, rozmawiać ze świętymi i błogosławionymi. Św. Magdalena Zofia Barat przekazała mistyczce wiele pouczeń, jak powinniśmy żyć, aby zasłużyć na wieczne zbawienie. Fulla Horak w swoich duchowych kontaktach uzyskiwała też wskazówki dotyczące konkretnych osób, o których losy zadawała pytania. Dana jej była także wizja przyszłości Polski.




Bóg obiecał wieczną szczęśliwość tym, którzy Go kochają


Gdyby ludzie zechcieli do głębi uwierzyć, jak cudownie żywą i doskonałą prawdą jest obcowanie świętych, może częściej i głębiej zastanawiając się nad tym, doszliby w końcu do tego, że zamiast "wierzę" mogliby mówić "wiem"!


O! Gdyby zechcieli wiarą i miłością przebić się przez zgęszczające się wokół nich coraz bardziej mroki materii, by sięgnąć duchem w bezmiar nadprzyrodzonego świata! Gdyby zechcieli spróbować płynąć "pod prąd" niejako wszystkiemu co w nich ludzkie, doczesne i przemijające!

Zamiast leżeć na fali własnych, skażonych popędów, zamiast się jej dać odnosić coraz dalej od źródła Wody Żywej – gdyby tak spróbowali wrócić! Człowiek żyjący tylko tym, co jest dostępne jego zmysłom, jest jak embrion, zamknięty w ciemnej i ciasnej przestrzeni, w której zamrze niedorozwinięty. I dopiero po śmierci przekona się, że jedyną prawdą był ten nieskończony świat ducha, który dał sobie zasłonić ciasnotą i mrokiem ograniczonej przestrzeni świata zmysłowego. Jakże bezsilne są słowa! Jakże bezradnym takie wołanie do głuchych! Jaka rozpacz ogarnia człowieka, który wie i pragnie z całego serca na czas ostrzec, wstrząsnąć, obudzić bezmyślnych i śpiących – gdy widzi tępą bierność i obojętność ludzi! Życie ludzkie jest krótkie – więc przemijające. Cierpienia czyśćcowe są długie i sroższe od najcięższego życia! Męka na wieki potępionej duszy przechodzi swą potwornością najbujniejszą wyobraźnię. Nie ma w naszych pojęciach niczego, z czym by ją porównać można. A wiekuiste szczęście, o którym wiem od tych, którzy je już przeżywają, przewyższa wszystko tamto, a zatem jest warte tego, aby dla zdobycia go przezwyciężyć całą słabość naszej skażonej natury!


Bóg obiecał wieczną szczęśliwość wszystkim, którzy Go kochają i dotrzyma słowa! Słowa przypieczętowanego Świętą Swoją Krwią nie cofnie i nie złamie. Toteż trzeba Mu ufać na ślepo, choćby nie wiedząc, choćby nie mogąc sobie szczęśliwości takiej ani w przybliżeniu wyobrazić i choćby nie mając żadnej innej pewności istnienia jej – nad Jego słowo. Należy po prostu wierzyć, ufać i dążyć do niej jasno wytkniętą drogą, którą nam Bóg osobiście raczył wskazać.


Czyż mógł uczynić więcej? Czyż mógł to uczynić z większą miłością i prostotą? Pomieścił bezmiar Bóstwa w ciele Człowieczego Syna i pierwszy spełnił wszystko, czego miał potem żądać od ludzkości. Błędną zawiłość dróg przeciął najprostszą ścieżką, znacząc ją dla łatwiejszego rozpoznania śladami własnych kroków i tego tylko pragnie, byśmy nie zgubiwszy tych świętych znaków, wejść mogli za Nim do Jego chwały. Jako że jest najsprawiedliwszy, sam nie wrócił inaczej do tego opuszczonego z miłości dla nas królestwa, jak przez najsroższą mękę i śmierć; i po królewsku obdarzy każdego, kto ufnie pójdzie za Nim!


Jakże znikomy jest wysiłek, którego żąda – wobec ogromu przyrzeczonej nagrody! Jak krótkim okres próby! Jak hojne łaski, którymi nas wspiera w drodze! O to zrozumienie od dwudziestu wieków walczy z ciemnotą i uporem ludzkim Kościół Tryumfujący. Święci, znający już szczęśliwość wieczną, kochający Boga miłością doskonałą i zupełną – przez wszystkie swoje zasługi – błagają Boga o możność działania na ziemi. Niestety, działanie to jest ściśle uzależnione od woli i nastawienia człowieka. Świadomie zła wola uniemożliwia działanie świętym. Obojętność na sprawy duszy bardzo je utrudnia – gdy jednak nie ma w człowieku wyraźnie złej woli, przez czyjąś modlitwę czy zasługi może w nim łaska przeważyć szalę.


Pomoc Kościoła Tryumfującego


Każdy, kto świadomie pragnie się doskonalić, powinien gorąco wzywać pomocy Kościoła Tryumfującego i poddać się ufnie działaniu duchów jasnych i świętych. Z jakąż radością, z jakim utęsknieniem witają święci takie wezwanie i jakże są szczęśliwi, gdy im człowiek w duszy niezatrutej śmiertelnym grzechem, pozwala rządzić i działać.


Każda epoka ma swoich świętych. Święci jednak zazwyczaj wyprzedzają swoją epokę. Rodzą się najczęściej i żyją w okresie poprzedzającym ten, w którym z woli Boga dane im będzie działać na ziemi. Dlatego zdarza się często, że typ nowego świętego jest z początku bardzo obcy jego współczesnym. Nie rozumieją go... Ale wyroki Boże mają czas i sens zawsze najdoskonalszy. ,,Jutrzejszy” święty" musi najpierw zdążyć wypełnić w czasie ziemskiego życia wszystko, czego Bóg od niego żąda, aby potem [przez] zdobyte zasługi we właściwym sobie odcinku czasów już z wysokości chwały Bożej – mógł pomagać ludziom. Działanie ducha jest bowiem doskonalsze, pełniejsze i rozleglejsze od tego, które święty mieć może za życia.


Te same jednak epoki, które z pewnym opóźnieniem podpływają niejako pod właściwych sobie świętych – z pewnym opóźnieniem wycofują się potem spod tych, którzy już posłannictwo swoje spełnili. "Wczorajszy” święty" staje się też dlatego z każdym prawie wiekiem dalszy naszemu "dziś". Świętość jego robi się z czasem obca i coraz mniej zrozumiała. Nie może być jednak inaczej. Charakter, zakres, specjalność i typ każdego świętego są z woli Boga dostosowane ściśle do epoki, w której mu działać wypada. Spełniwszy swoje, święty niejako oddala się od ziemi, co jest połączone tak ze wzmaganiem się jego chwały w Niebie, jak z równoczesnym słabnięciem jego działania na świat.


Święci, których ciała zachował Bóg przez czas nietknięte – bez względu na odległość epoki, w której żyli – mogą mieć dłuższy, bliższy i łatwiejszy kontakt z żywymi. Najdawniejsi nawet święci odzyskują jednak możliwość pełnego działania w dniu, w którym Kościół święci ich święto.


Jak wygląda działanie świętych?


Bóg jest zawsze i wszędzie. Moc jego w całym wszechświecie z taką samą przemożną siłą, nieustannie działa. Święci – zależnie od stopnia świętości – mogą działać w wielu miejscach równocześnie, tak samo zresztą jak dusze zbawione, choć działanie tych ostatnich jest – jeśli to tak można określić – bledsze, cichsze i słabsze od tamtego. (…)


Każde wspomnienie, westchnienie, wymówienie imienia – a więc i bluźnierstwo – są natychmiast słyszane i wyczute w Niebie (...). Wezwanie ludzkiego serca (…) wnika w świat nadprzyrodzony i zmusza wezwanego ducha do zwrócenia uwagi na tego, kto go wezwał... Dzięki tej gęsto nad światem rozpiętej sieci najczulszych anten, a więc dzięki swej równoczesnej, choć rozdrobnionej "wieloobecności" mogą święci w tym samym momencie słyszeć prośby kierowane ku nim z każdego zakątka świata.


Kiedy święty objawia się na ziemi, nie opuszcza na tę chwilę nieba. Silnie skoncentrowaną częścią swej istoty (…) zbliża się wprawdzie do człowieka – jaźń jego jednak trwa nadal w jasności Bożej. Z materii spotykanej po drodze tworzy sobie kształt odpowiadający potrzebom chwili i tym sposobem staje się dostrzegalny ludzkiemu wzrokowi. Przenikająca wszystko, na co się natknie po drodze, cudowna aura nieba otacza takiego zmaterializowanego ducha. Jak nurek schodzący na dno morza jest on niejako zamknięty w niewidzialnym dzwonie aury tamtego świata. Stąd też ta niebiańska słodycz i nieziemska atmosfera ogarniająca tego, kto przeżywa objawienie. Jest to coś, co uszczęśliwia, a nawet czasem poraża i chwilowo unicestwia jego człowieczeństwo nawykłe do atmosfery przeładowanej mieszaniną zła i marności. (…)


Działanie obecności świętego jest złagodzone tym, że nie jawi się on nikomu w pełni swej mocy i jasności. Świętość jego przechodzi przez jakąś subtelną opornicę i rozżarza się tylko do stopnia odpowiadającego ludzkiej wytrzymałości duchowej. Święty nie może okazać się takim, jakim naprawdę jest – bo nie znieślibyśmy tego…


Ktoś, kto odda się w opiekę duchom jasnym i świętym musi przechodzić różne rodzaje, różne stopnie ich działania, chcąc w tym życiu dojść do możliwie najwyższego poziomu doskonałości duchowej. (…)


Mimo takiej pomocy i działania, wolna wola człowieka nie jest w dalszym ciągu niczym skrępowana i do ostatniej chwili życia wszystko zależy od jej wyboru. Toteż duchy świętych mogą stale działać tam jedynie, gdzie cała czyjaś wola uparcie i świadomie dąży wzwyż. Są jeszcze przy człowieku, kiedy zaczyna słabnąć, kiedy się chwieje i waha... Ofiarne i zatroskane starają się go wesprzeć natchnieniami, zasilić światłem, dźwignąć, podeprzeć. Gdy jednak człowiek uparcie pomoc tę odpycha, kiedy zaufa własnym siłom i wybór swój świadomie zwróci ku złemu, dobre duchy cofają się. Grzech śmiertelny roztrąca bowiem i przerywa natychmiast pasmo łączności duszy z niebem.


Gdyby jednak zasługi poprzedzające upadek były większe od win człowieka – na mocy niezachwianej sprawiedliwości Bożej – wolno świętym błyskami wewnętrznych świateł i natchnień nakłaniać go jeszcze do skruchy. Jeśli je pochwyci, jeśli się ukorzy, wyzna błąd i wzbudzi w sobie żal prawdziwy, pęknięta nić łaski zahacza się na nowo i znowu kropla po kropli zacznie mu się sączyć w serce cisza i spokój Boży.


Święci – nawet w życiu człowieka wierzącego są czymś odświętnym, dalekim i sztywnym w swej powadze. A święci nie chcą takimi być! Pragną nie tylko naszej czci, lecz przede wszystkim ufnej, serdecznej przyjaźni. Nie chcą być zostawiani w kościołach na ołtarzach, kiedy człowiek idzie do domu. Chcą, żeby ich zabierać razem! Żeby mogli być z nami na każdą godzinę dnia. A jakże trudno ludziom ufnie po prostu i śmiało ich pokochać!


I dlatego wielu jest w niebie "smutnych" świętych! Muszę użyć tego słowa, choć nie jest ono ścisłe. Nikt trwający w szczęśliwości Bożej nie może być smutny swoim smutkiem. To, co czują święci na widok opornego nastawienia ciemnoty ludzkiej w stosunku do łaski, jest uczuciem tak doskonałym i złożonym, że w naszych ciasnych słowach i pojęciach nie znajdzie odzwierciedlenia. A zatem – mówiąc po naszemu – święci są często smutni. Pragnęliby działać. Cóż, kiedy ludzie nie umieją znaleźć właściwej do nich drogi. Czasem wprawdzie dociera tam czyjaś gwałtowna modlitwa, najczęściej jednak w związku ze sprawami materialnymi. O łaski i działanie dla duszy proszą tylko nieliczni. A nawet ci, którzy proszą o rzeczy doczesne, nie umieją być wytrwali w modlitwie. Wysłuchany, bywa jeszcze przez krótki czas wdzięczny swemu dobroczyńcy, zwłaszcza, gdy prosi o dalsze dary... Nie otrzymawszy ich, szuka śpiesznie innego świętego, który by się w jego pojęciu okazał bardziej "fair" w interesach.


Jakie to żałosne i niemądre! Jak trudno ludziom uwierzyć, że nie wszystko, o co proszą, byłoby – nawet dla ich doczesności – korzystne. Najlepszy ojciec nie tylko dziecku, które prosi, nie poda kamienia zamiast ryby ani węża zamiast chleba (Łk 11.11), ale często gdy prosi o węża i kamień właśnie, cierpliwie wkłada mu w ręce ciągle odrzucany chleb! Jakże mało mają ludzie zaufania do wszechwiedzy Opatrzności Bożej! Bóg nigdy nie odmawia, gdy wie – a On jeden wiedzieć może – że spełnienie prośby mogłoby się na pożytek czyjejś duszy obrócić... Święci działający tylko za zezwoleniem Bożym, nie mogą też dlatego wysłuchiwać każdej prośby! Toteż przeważnie nie oni, tylko złe i marne duchy mają przystęp do człowieka. Łatwiej się bowiem przyjaźnić – świadomie czy bezwiednie – z tymi, którzy schlebiają słabościom i podsuwają to tylko, co w danej chwili zdobyć można bez wysiłku, a co idzie po linii najmniejszego oporu i jest dlatego zawsze bliższe skażonej ludzkiej naturze.


A przyjaźń ze świętym może być najrealniejszą, najwierniejszą, najbezpieczniejszą przyjaźnią na świecie! To nie jest żadna przenośnia, ani żadna wysoka mistyka, dostępna być może nielicznym tylko, wybranym duszom! Każdy najzwyklejszy człowiek – jeśli tego naprawdę pragnie i jeśli zechce na to zapracować – może być ze świętym w mniej lub bardziej zażyłej, ale radosnej i istotnej przyjaźni!


Dzięki niezasłużonej, niepojętej łasce wiem wiele o obcowaniu świętych. Wiem też jednak i to, że mówienie o tym nie będzie wcale łatwe. Ludzie mają na ogół tak opaczne, tak zamącone, tak błędne pojęcie o stosunku, jaki duszę żyjącego człowieka łączyć ma z zaświatem, że może kogoś zdziwić – a nawet wręcz oburzyć – serdeczność i przyjacielskość mego z nimi obcowania.


Święci opiekunowie


Prócz wszechmocnej opatrzności Bożej i najsłodszego, przemożnego orędownictwa Najświętszej Panny Marii korzystać mogą ludzie z opieki całej hierarchii duchów niebiańskich, które – dla większej chwały Bożej – są zawsze gotowe pomagać ludziom na ziemi.


Kościół Tryumfujący to nie mająca granic sfera blasku, szczęścia i mocy biorąca swój początek z Trójcy Przenajświętszej, a kończąca się na najuboższej, najmniej uposażonej, na najniższym skraju poznania trwać mającej duszy. Z tego bezmiaru wydzieliła Wola Boża pewne moce, pewne kręgi, pewne kategorie duchów dla bezpośredniego działania na ziemi.


I tak przede wszystkim korzysta człowiek z opieki aniołów stróżów, patronów, opiekunów i całego zastępu duchów jasnych. Duchy jasne to dusze ludzi zbawionych, które „pracują" wspólnie ze świętymi dla chwały i miłości Bożej. Wyszukują sobie one na ziemi ludzi odpowiadających ich możliwościom i pragną im pomagać dla radości służenia Bogu. Chcą w ten sposób wykorzystać i zużytkować wszystkie możliwości, które im stopień ich świętości, jasności i mocy przyznaje.


Duch jasny, znalazłszy wśród ludzi człowieka, którego uposażenia duchowe odpowiadają jego działaniu, natchnieniami stara się go pozyskać dla spraw Bożych. Gdy dobrą wolą kierowany człowiek podda się ufnie jego wpływowi, w miarę duchowego rozwoju człowieka – a w miarę rozszerzających się jego możliwości – zmieniają się też przy nim działające duchy. Jedne, spełniwszy swe zadania odchodzą, a na ich miejsce napływają inne, mocniejsze, by wreszcie urobić podłoże dla ostatecznego i stałego opiekuna duszy, którym zazwyczaj jest święty.


Duch świętego opiekuna musi swym charakterem i możliwościami odpowiadać charakterowi i usposobieniu wziętego w opiekę człowieka. Święty z wysokości uzyskanego przez swe zasługi poziomu doskonałości, czerpiąc niejako z kapitału, którym z woli Boga wolno mu rozporządzać, łatwiej i szybciej działać może w pokrewnej i podobnej sobie duszy. W cieple i blasku działań świętego opiekuna rozwijają się wtedy w człowieku wszystkie dobre skłonności, które Bóg wsiał mu w duszę. Święty staje się opiekunem danego człowieka albo bez jego wiedzy, gdy wie, że poparty niezasłużoną łaską, może on w przyszłości wiele dobrego zdziałać dla spraw Bożych na ziemi, albo wtedy, gdy ukochawszy specjalnie któregoś ze świętych, gorąco go człowiek o tę opiekę poprosi.


Jeżeli człowiek w swym życiu wewnętrznym jest chwiejny i nijaki, widocznie nie ma jeszcze przy sobie silnego opiekuna, albo – co gorsza – ma ich kilku i to tych ze świata ciemności. Gdy bowiem człowiek nie ma silnej woli ku dobremu, zazwyczaj zwycięża w nim zło, albo w najlepszym razie zostanie "letnim" do śmierci. Święty nie ma dostępu do człowieka, w którym brak dobrej woli, w którym nie było nawet prób i wysiłków celem wypracowania jej. Modlitwą i ukochaniem któregoś ze świętych może najbardziej chwiejny z początku człowiek uprosić sobie tak silnego opiekuna, że pod jego działaniem dawna chwiejność i niezdecydowanie znikną bez śladu.


Aby uprosić świętego o wzięcie nas w opiekę, należy odmówić do niego dowolnie wybraną nowennę, zacząć ją lub zakończyć spowiedzią i komunią św. – a w czasie jej trwania gorąco i serdecznie modlić się do wybranego ducha. Jeżeli modlitwa jest szczera, wyłączna, a intencja czysta, zdarza się często, że dziewiątego dnia, zupełnie wyraźnie i realnie, odczuć można obecność świętego opiekuna przy sobie.


Człowiek mający różne zainteresowania i talenty może prosić o opiekę kilku świętych równocześnie, dobierając ich wedle rodzaju i typu możliwości, które w sobie czują. Łatwiej i bliżej zżyć się jednak można z jednym opiekunem świętym, tym, ku któremu serce ciągnie nas najsilniej.


Patron święty nie jest z natury rzeczy opiekunem swego imiennika na ziemi. Może się nim jednak stać, gdy się go o to w modlitwie poprosi. Zanim to nastąpi, patron wie o każdym człowieku noszącym jego imię i może się starać natchnieniami podsunąć mu pragnienie stałej swej opieki. Działanie świętego patrona, który stanie się opiekunem duszy, jest silnie wzmożone i nie kończy się ze śmiercią.


W dniu, w którym Kościół obchodzi uroczystość danego świętego, wszystkie w ostatnim roku zdobyte dobre wyniki jego działalności na ziemi, są w Niebie nagradzane i święty zyskuje na chwale. "Solenizant" schodzi tego dnia w najniższe kręgi nieba, gdzie odbiera cześć i podziękowania od tych dusz, którym do zdobycia szczęśliwości dopomógł. Może też w tym dniu wstawiać się u Boga za srożej w czyśćcu cierpiącymi duszami ludzi, którzy za życia mieli do niego szczególniejsze nabożeństwo lub którzy nosili jego imię. Bardzo ważnym jest ofiarowywanie Mszy św. za duszę zmarłego w dniu jego patrona.


Odwiedziny świętych


Zjawienie się świętego nie jest wcale niesamowite... Nie ma zresztą wtedy czasu na lęk, zdziwienie, czy na zastanawianie się nad tym, co się dzieje... Miłość i szczęście, ufność, podziw i wdzięczność – oto jedyne uczucia, jakich się wtedy doznaje. Owa niebiańska aura świętego działa wtedy i na człowieka. Jest nią przeniknięty, jest niejako wchłonięty przez nią, jest jakby nakryty razem ze świętym, niewidzialnym dzwonem łaski. Może się jednak zupełnie swobodnie w nim poruszać, chodzić, wstawać, dotykać będących w pobliżu przedmiotów, słyszeć odgłosy ulicy, dzwonka u drzwi, widzieć wszystko co się dzieje poza obrębem tej aury. Nie jest to wcale stan ekstatyczny, w czasie którego traci się najkompletniej świadomość świata zewnętrznego , tylko radosne, przytomne i świadome trwanie w czyjejś świętej obecności.


Oprócz św. Magdaleny Zofii [Barat] i kardynała Mercier objawiają mi się często różni inni święci. Zwykle jest to uzależnione od kalendarza roku kościelnego. Pierwszy raz zjawiają mi się najczęściej w swoje święto, potem przychodzą już kiedy chcą. Jakkolwiek niektórzy z nich przyrzekli mi się objawiać także na gorące wezwanie, nigdy nie śmiałam o to prosić. Mimo całej ufności, swobody i zżycia się z nimi, prośba taka wydawałaby mi się zbyt śmiała. Kiedy mi więc specjalnie potrzeba pomocy któregoś z nich, modlę się do niego po prostu. Czasem zdarzało się jednak, że zjawiali mi się wtedy sami, choć ich o to nie byłabym śmiała prosić.


Dziś – po przeszło trzech latach takiej styczności z zaświatami – jakkolwiek rozumowo oceniam w całej pełni łaskę i cudowność tego, co mnie spotyka, nie umiem już odczuć dziwności i wyjątkowości tych odwiedzin. Wydają mi się już naturalne. Jest mi prawie tak, jakby obce, dziwne i nieznane było właśnie wszystko inne! To jest proste!


Nie potrafię określić uczucia, jakie poprzedza każde zjawienie się świętego. Znam je jednak dobrze i kiedy na mnie napłynie, klękam przed ołtarzykiem. Często nim jeszcze zdążę skupić się i pomodlić, ogarnia mnie całą gorący dreszcz znajomego prądu. Nie próbuję tego opisać, gdyż jest to niemożliwe. Nie można opowiedzieć koloru czy zapachu, a tylko tym w przybliżeniu dałoby się to jeszcze określić. Prąd wzmaga się, potężnieje, przenika mnie całą, nasyca, wypełnia – i wtedy wiem już, że gdy podniosę głowę – ujrzę przed sobą swego Gościa.

Zjawiają mi się przeważnie po prawej stronie ołtarzyka. Widzę ich wyraźnie i zwyczajnie, jak każdego żywego człowieka. Nie bije od nich żaden widzialny blask. Nie unoszą się nad ziemią. Stoją na podłożu, po prostu, jak każdy. Nie są też przezroczyści. Zasłaniają mi sobą stoliczek z maszyną, a gdy mam sięgnąć po leżący na nim zeszyt – usuwają się lekko na bok. Czas jest jedyną rzeczą, z której nie zdaję sobie sprawy w ich obecności. Zawsze mi za mało, za rzadko, za krótko – ale czy trwa chwilę dopiero, czy już godzinę, tego nie umiałabym powiedzieć... Czuję jednak dokładnie, kiedy się zbliża pora ich odejścia. W chwili, kiedy otrzymuję błogosławieństwo – a dzieje się to za każdym razem, gdy odchodzą – muszę się pochylić aż do samej ziemi. Kiedy się podnoszę, nie ma już przy mnie nikogo.


Nigdy prawie przez cały czas trwania tych nadziemskich odwiedzin, nie wolno mi klęczeć. Z początku strasznie mnie krępował nakaz stania w obecności świętych. Potem jednak kiedy owe nieświadomie spisywane dyktaty stawały się coraz dłuższe, musiałam siadać, chcąc trzymać zeszyt na kolanach. Z czasem utarł się zwyczaj, że siadam nie na krześle, tylko na wałku mojej otomany, w której głowach stoi ołtarzyk. Święty zostaje po drugiej jego stronie.

(…)


Głos, którym do mnie przemawiają święci, jest najzwyczajniejszym ludzkim głosem. Wiem, że nie jest to żaden wewnętrzny głos we mnie samej, bo wyraźnie rozróżniam go słuchem. Hałas przejeżdżającego np. ulicą wozu potrafi mi zagłuszyć mówione przez nich w danej chwili słowa.


Ruchy świętych są swobodne i naturalne. Mrugają powiekami, oddychają, uśmiechają się. Kardynał Mercier ma np. zwyczaj kręcenia w czasie rozmowy guziczków u sutanny. Może to robił za życia? Także odchodząc na pożegnanie, dobrotliwe i pośpiesznie, wierzchem dłoni musi mi zawsze pogładzić policzek... Znam też jego bagatelizujące "ba”, „ba" połączone z charakterystycznym wysunięciem dolnej wargi.


Każdy święty jest inny, nie tylko zewnętrznie, ale i z usposobienia. Jedni mają ruchy żywe i wyrazistą gestykulację, inni są nieruchomi i spokojni. Ta sama różnica cechuje ich sposób mówienia. Święci z dawnych epok przemawiają nieporadnym jakby, archaicznym, wzniosłym stylem i dlatego mowa ich jest w tym samym prawie stopniu obca dla uszu, co dla oczu widok średniowiecznej pisowni i czcionek. Podając poniżej treść kilku rozmów ze świętymi, nie umiałabym uchwycić różnicy tego stylu.


Choć wszyscy święci są bliscy, drodzy i swojscy, przy niektórych czuję się trochę onieśmielona. Z niektórymi, zwłaszcza tymi z dawniejszych epok – trudno mi się porozumieć. Kocha się ich jednak wszystkich po prostu i ufnie, a śmiałość, którą daje to przywiązanie, pozwala na ton prawie poufały, na przyjacielskość objawiającą się nawet potrzebą nazywania ich zdrobniale... Oni zresztą robią to samo. Każdy prawie święty w jakiś sobie właściwy sposób przekręca moje imię. Bardzo to miłe, a czasem zabawne. Bo święci są – radośni! Duch zachowuje na zawsze charakterystyczne cechy człowieka, w którym żył na ziemi. Więc jego mentalność, zainteresowania, usposobienie, a zatem i zmysł humoru, o ile go posiadał.


Nie pamiętam dokładnie kolejności, w jakiej zjawiali mi się święci, bo niestety dat nie notowałam, zapisując tylko treść tego, co mówili. Prócz pism św. Magdaleny Zofii, kardynała Merciera i św. Januarego, które są dosłowne, bo spisywane w ich obecności i pod ich dyktandem, rozmowy z innymi świętymi podaję poniżej w streszczeniu – dosłownym co do wyrażonych myśli, nie zawsze ścisłym co do słów, które po ich odejściu notowałam w skrócie, już z pamięci. Słowa dokładnie zapamiętane podaję w cudzysłowie.


Św. Sylwester

Nie o wszystkich świętych, których widziałam, mam wiele do powiedzenia. Niektórzy byli tylko przez chwilę. I tak np. w ostatni dzień roku zjawił się św. Sylwester, papież. Był smutny i rozżalony, że jego święto tak opacznie obchodzi się na świecie. Świętość zdobył wyrzeczeniem i umartwieniami powodowanymi miłością dla Boga. Dziś imię jego jest poniewierane po barach i lokalach! Mało już nawet kto wie, że jest to imię świętego sługi Bożego i Namiestnika Chrystusa. Prosił mnie, abym się w tym dniu przez jego przyczynę modliła zawsze o dobrych kapłanów i o to, aby ludzie na tym przełomie roku kalendarzowego zamiast szaleństw i beztroskiej zabawy robili raczej sumienny obrachunek tego, co uczynili w ubiegłym roku dla Boga i dla dobra własnej duszy. Aby się poważnie zastanowili, czy nie czas odmienić życie. Żeby sobie uświadomili, że mogą przyszłego "sylwestra” nie doczekać. Prosił mnie, abym wpływała na ludzi, aby poważniej i bardziej po Bożemu żegnali każdy Stary, a witali każdy Nowy Rok. Pragnie wysłuchiwać zawsze modlitwy o dobrych kapłanów. Ubrany był w białą szatę, głowę miał odkrytą.


Św. Andrzej Bobola

Św. Andrzej Bobola zjawił mi się pierwszy raz w dniu 3 maja 1938 roku. „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" – powiedział. Spytałam go, czy będzie patronem Polski? "Już nim jestem, gdyż nadchodzą znowu czasy ciężkie i trudne. Będę wam pomagał. Gdy Polska będzie w niebezpieczeństwie, ukażę się ogromnym tłumom ludzi. Grozi jej obecnie dwóch wrogów”. „Których?” "Nie wolno mi powiedzieć. Powiem, gdyby było trzeba i gdy mi Bóg pozwoli. Ludzie nie dość gorąco i nie tak, jak trzeba, zwracają się do mnie. Mogę być bardzo pomocny w zażegnywaniu wielkich katastrof. Mogę nieść ulgę w cierpieniu". „Czy męczeństwo bolało?” "Tak, w pierwszych chwilach. Cierpienie to nie mogło być odjęte, gdyż było dobrowolne. Po pewnym czasie ból znieczuliło wewnętrzne widzenie przyszłego życia, które Bóg okupił cierpieniem przewyższającym wszystkie męczeństwa świata. Miłość Boga i Jego łaska daje wielką moc. Przygotujcie się, bo idą bardzo ciężkie czasy. Będzie to walka dobra ze złem, duchów jasnych z ciemnymi. Powiedz ludziom, ze grożą im straszne rzeczy za to, że zaniedbują sprawy wewnętrznego życia. Możesz mnie zawsze poprosić, a wysłucham cię. Błogosławię cię od Boga.

Św. Jan Vianney

Chudy, kościsty, niezwykle wysoki. Włosy w nieładzie. Czarna sutanna. Duże ręce. Duże nogi. Odniosłam wrażenie siły i nieustępliwości.


Powiedział mi, abym nakłaniała ludzi do modlitwy o dobrych kapłanów i że źli kapłani nie uczą miłości Bożej. Utracili klucz do nieba dla rzeczy doczesnych. Grzesznik przychodzi do nich z grzechami, a często odchodzi ze śmiałością do grzechu. Źli kapłani gorsi są od Judasza. Judasz grzech swój wyznał oni udają sprawiedliwych. Judasz odniósł srebrniki kupcom krwi oni je zatrzymują. Judasz sprzedał Boga przed odkupieniem oni do dziś Go sprzedają. Jak łatwo zobaczyliby ludzie Boga, jak łatwo by w Niego uwierzyli, gdyby ich karał – widzialnie, gdyby bezbożnik ginął okrutną śmiercią natychmiast po grzechu... W miłosierdziu nie chcą ludzie widzieć Boga! Wody, morze rozstępowały się przed nimi. Karmiła ich ziemia i niebo a oni fałsz zadają Prawdzie! Używają Jego darów, a nie chcą Go znać. Gardzą Nim, wielbiąc rzeczy, które stworzył. Wszystko otrzymali od Boga i wszystko miłują – prócz Niego.


Idą bardzo ciężkie czasy. Trzeba na nowo przypominać o miłości i o duszy. Duszę – ten największy wieczysty skarb wymienili ludzie na dobroczynność. Krążą wokół rzeczy marnych i zużytkowują rozum na wszystko, co niepotrzebne. Nie pamiętają wcale, na co im został dany.


Są ludzie, którzy się nawet chełpią tym, że są nieprzyjaciółmi Boga. Nieopatrzni! Nie oni Jego ale On ich sądzić będzie, gdy staną przed Nim samotni i przerażeni. Ani mądrość, ani bogactwo, ani protekcje światowe nie uratują ich w tej chwili. „Korzystajcie z miłosierdzia Bożego póki czas! Póki czas!"

Bł. Anna Katarzyna Emmerich

Bł. Anna Katarzyna Emmerich przyszła bardzo szczęśliwa i radosna. Jest niska, drobna. Zapamiętałam dobrze jej małe ręce. Nie była w habicie, tylko w jakiejś białej szacie. Spojrzenie ma promienne i śliczny, słodki wyraz dużych, ale kształtnych ust.


Powiedziała mi, że jeżeli ktoś pragnie modlić się do ran Pana Jezusa, może to czynić przez jej przyczynę, zwłaszcza w trudnych sprawach życiowych. Żadne opisy nie mogą dać pojęcia o szczęściu, jakie przeżywa. Dlatego też rada jest, że już teraz nie musi niczego opowiadać i opisywać, tak jak było za życia z jej widzeniami. Może być bardzo pomocna tym, którzy chcą dokładnie poznać i zrozumieć wszystko, co w ziemskim życiu Zbawiciela ludzkiemu umysłowi dostępne. Wezwana nigdy nie odmówi pomocy, aby przybliżyć ziemi niebo.

Św. Tereska Od Dzieciątka Jezus Od dnia, w którym się dowiedziałam, że św. Magdalena Zofia była kanonizowana tego samego roku co św. Tereska od dzieciątka Jezus, uczułam do „Małej Świętej” żal i urazę. Dlaczego zagarnęła dla siebie całą popularność!? Dlaczego zdobyła sobie taki rozgłos, że przygłuszyła innych? Czy w ciągu swego krótkiego życia uczyniła dla Boga więcej niż tamta, która cierpliwie i cichutko niosła swój bardzo ciężki krzyż całych osiemdziesiąt sześć lat?


Dlaczego radosny „deszcz róż” zasłonił światu całe bohaterstwo tamtego życia? Prawowałam się o to w sercu z radosną Małą Świętą, dziecinnie może trochę, ale zawzięcie, nie chciałam jej kochać ani znać, bo uważałam, że choć mimowolnie, zrobiła krzywdę Mamusi Świętej.


Nie kryłam tego zresztą przed moją świętą. Ile razy wspomniała Małą Tereskę, wybuchałam nowymi żalami, aż raz kiedy mnie przez Mamusię Świętą wprost zapytała, czy chcę, żeby do mnie przyszła, powiedziałam, że znać jej nie chcę, że jej nie kocham i kochać nie będę.


W parę dni potem przed samym przyjściem Mamusi Świętej zupełnie niespodzianie zobaczyłam przed sobą św. Tereskę. Radosna, różowa i śliczna podbiegła do mnie, śmiejąc się, pocałowała mnie w policzek i śmiejąc się, znikła.


Taka była dziewczęca, taka jasna, że nagle uczułam, iż mój żal i niechęć zniknęły razem z nią... Mamusia Święta zjawiła się zaraz po niej. Wydawało mi się, że była także rozbawiona. Spytała z uśmiechem, czy już teraz potrafię kochać Małą Świętą tak, jak ją kocha całe niebo.


Powiedziałam, że tak i że już proszę, żeby wróciła na dłużej.


Przychodziła też potem i dużo różnych rzeczy mi opowiadała. Nie można sobie wyobrazić kogoś milszego, słodszego, radośniejszego od tej ulubienicy całego nieba. Taka jest śliczna! Spojrzenie ma radosne i czyste, cerę różową, brwi bardzo ciemne i śliczne, malutkie usta. W zachowaniu się ma coś z radosnej ufności kochanego, rozpieszczonego dziecka. Widuję ją zawsze w habicie, zupełnie taką, jaką się zna z ołtarzy. Tylko od dnia, w którym mi się zjawiła, te w ołtarzach wydają mi się szare, martwe i niepodobne... Kto nie widział jej uśmiechu nic nie wie o św. Teresce! Ona sama jest uśmiechem. Może trwa na niej jeszcze poblask uśmiechu Najświętszej Panny, który w dzieciństwie widziała?


Powiedziała, że chce i będzie mi bardzo pomagać w rozszerzaniu czci dla Mamusi Świętej. Tłumaczyła mi, że tak właśnie musiało być, aby ona, choć późniejsza i młodsza, najpierw działała na ziemi. Teraz dopiero przyszła kolej na Mamusię Świętą. Śmiała się z mojego ludzkiego sądzenia tych spraw. Niebo ma czas na wszystko i wszystko na czas się stanie.


Powiedziała, że przebywa w Kręgu Radości, bo takie jest prawo, że jeśli ktoś nie przeżył młodości beztrosko, przeżyje ją w niebie radośnie i najweselej. Krąg Radości nie wystarcza jej jednak. Korzystając z wyjątkowych przywilejów, wędruje z kręgu do kręgu, zawsze w każdym z nich tak samo radośnie witana. Raz Mamusia Święta powiedziała mi o niej: "Nawet nie wiesz, jaka ta mała Tereska jest! Wszędzie jej pełno... Wszystko musi wiedzieć, gdzie się odwinąć, tam już jest! Ale każdy przepada za nią. To nasz Beniaminek...".


Wiem też, że św. Tereska jest czymś w rodzaju niebieskiej ochroniarki. Dusze wszystkich zmarłych dzieci ma pod swoją opieką. Jest też przewodniczką radości dziecięcej i smutne oraz chore dzieci na ziemi zawsze znajdą u niej opiekę.


Raz powiedziała mi, że deszcz jej róż trafił wprawdzie do rąk ludzkich, ale do ich serc nie dotarł... Każdy otrzymawszy od niej jakąś łaskę, oddalał się spiesznie, nie pomyślawszy, że łaska ducha zobowiązuje do zastanowienia się choć chwilkę nad życiem nadprzyrodzonym i przyszłym. Najwięcej radości sprawiają jej tacy, którzy pragną jej przyjaźni bezinteresownie, którzy nie proszą o pomoc w sprawach materialnych (bo takich jest najwięcej), którzy z miłości dla niej usiłują przystosować swe usposobienie do usposobienia swojej przyjaciółki.


Obecnie zadaniem jej na ziemi jest niepokojenie niedowiarków. Wytrąca ich z leniwej równowagi wewnętrznej, plącze zły sposób myślenia, zmusza do tego, aby zachwiani i zaniepokojeni szukali, tęsknili, dochodzili wreszcie do odwiecznych Bożych praw.


Nic się nie dziwię, że całe niebo tak za nią przepada! Na kogo raz popatrzy to najradośniejsze dziecko nieba, do kogo się raz uśmiechnie, ten musi je pokochać na zawsze radośnie i po dziecinnemu.


Pier Giorgio Frassati

Raz ktoś mi przyniósł książkę o Pier Giorgio Frassatim. Bardzo mnie zajęła i ujęła ta śliczna młodzieńcza postać i spytałam Mamusi Świętej, czy go mogłabym zobaczyć. W jakiś czas potem zjawił się radosny i szczęśliwy. Powiedział mi, że kochał Boga ponad wszystko i że dlatego tak mu teraz dobrze w niebie. Powiedziałam mu na to, że mu łatwo było litować się i czynić miłosierdzie biednym, gdyż był bogaty i kochany. Odparł mi na to, że wszyscy koledzy kochali go istotnie, ale nie za jego bogactwo, tylko za czyny i wyrzeczenia. Niektórzy uważali go za dziwaka. Życie ciągnęło go bardzo i ludzie ciągnęli go do życia. Nie zawsze miał humor i był radosny. Starał się jednak, by go lubiano, bo zdobywszy sympatię kolegów, mógł mieć większy wpływ na ich dusze. Mógł żyć, jeśli nie bardzo rozkosznie, to przynajmniej spokojnie. Więcej czasu wolnego poświęcał ubogim i nieszczęśliwym niż swoim przyjemnościom. Starał się zawsze o to, by inni je mieli od niego, a potem powoli żądał w zamian zmiany życia. Chce bardzo ludziom pomagać, zwłaszcza żyjącym kolegom. Powiedział mi, że jestem do niego fizycznie trochę podobna. Chciałby, żeby mnie jego siostra poznała. Ucieszyłoby ją to podobieństwo...


Św. Stefan

Nigdy nie lubiłam swego imienia. Od najmłodszych lat nazywali mnie Fullą, toteż św. Stefan, choć wiedziałam, że jest moim patronem, nigdy mnie zbytnio nie obchodził. Nawet wtedy gdy mój kontakt ze świętymi zacieśnił się w tak niezwykły sposób, nie myślałam o nim jeszcze.


Dopiero Mamusia Święta zwróciła mi raz na to uwagę i powiedziała, że św. Stefan chciałby bardzo do mnie przyjść, ale muszę go o to sama gorąco prosić.


Pierwszy raz zjawił mi się w królewskim stroju. Miał na głowie świętą koronę Węgier. Rozum i powaga biły z całej postaci. Powiedział, że już dawno się mną opiekuje, że chce i może pomagać mi, gdyż był sam świetnym organizatorem. Wezwany, daje nie tylko dobre natchnienie, ale wzmaga sprężystość myśli, bystrość orientacji i szybkość działania.


Spytałam go, czy mu było przyjemnie być królem? Odpowiedział, że mu to ogromnie utrudniało doskonalenie się wewnętrzne. Miał łatwy dostęp do rozkoszy tego świata, do których ciągnęła go młodość i przykład otoczenia. Boleśnie musiał w sobie poskramiać chęć użycia, wygody i zbytku. A król musi być bogaty, cichy, mądry i miłujący swój lud. Król Chrystus jest najbogatszy bo daje, a nic Mu nie ubywa. Najcichszy bo wszystkim proszącym dać gotów w tajemnicy. Najmędrszy bo daje zawsze to, czemu komu potrzeba. Najmiłosierniejszy bo skorszy jest do dawania, niż ludzie do prośby.


Król Stefan był nieustraszonym, nieugiętym rycerzem i ludzie słabi duchowo mogą za jego przyczyną uzyskać wiele mocy. Trzeba go tylko wezwać gorącą modlitwą. „Jeśli pragniesz stałej opieki, musisz mnie często przyzywać. Wystarczy, gdy powiesz: "Święty Stefanie polecam się Twej opiece!".


Widuję go często. Najczęściej w rycerskim, nie królewskim stroju. Jest zawsze bardzo dobry dla mnie i serdeczny. Łączy w sobie łagodność świętego z siłą rycerza. Bardzo kocham św. Stefana!


Św. Mikołaj

Przywiązanie do św. Mikołaja pamiętam w sobie od dzieciństwa. Naturalnie, że wtedy był tylko ów św. Mikołaj wtykający dzieciom podarki pod poduszkę. Kiedy mi Mamusia Święta powiedziała, że przyjdzie do mnie prawdziwy św. Mikołaj poprosiłam, aby mi się zjawił nie takim, jakim naprawdę jest, ale takim, jakim go sobie dzieckiem [będąc] wyobrażałam. Przyszedł więc siwym, rumianym staruszkiem w infule, z pastorałem. Całkiem, ale to całkiem taki, jakiego kochają dzieci. Jest najmilszy w świecie! Strasznie go kocham! Nie jest nic onieśmielający przeciwnie – może sam trochę nieśmiały...


Zawsze się śpieszy. Bardzo szybko mówi. Nazywa mnie Fulką. Kazał mi mówić do siebie „św. Miku”, żeby było krócej. Ja jednak nazywam go Mikołajkiem. Jest bardzo żywy, wesoły i nigdy nie ma czasu. Mówi, że ma moc spraw na głowie. Taki jest miły!

Powiedział mi, że niesłusznie rozczarowuje się dzieci do ślicznej legendy o jego darach. Dlaczego im się mówi, że to nie on je przynosi? A właśnie, że on! Kto daje natchnienia ludziom, aby tym właśnie obdarzali, czego najbardziej pragną? Kto sprawił, że zwyczaj wzajemnego obdarowywania się w jego święto tak się rozkrzewił na świecie? On właśnie!

"Powiedz Fulka ludziom, że ja jestem świętym od podarków. Nie tylko dzieci mogą mnie prosić. Dorośli też... ktokolwiek z wiarą zwróci się do mnie z prośbą o coś dostanie! Tak lubię ludziom robić przyjemności! Tylko muszą prosić..."


Istotnie, ile razy ktoś bardzo biedny przychodził do mnie po pieniądze, ubranie czy jedzenie, gdy sama nie mogłam go wspomóc, modliłam się do św. Mikołaja. Nie było jeszcze wypadku, aby wtedy właśnie ktoś samorzutnie nie przyniósł mi dla biednych tego, czego potrzebowałam. Św. Mikołajek wpadał niedługo potem roześmiany, ogromnie rad z siebie, ale otrzepywał się jowialnie i niecierpliwie, kiedy mu próbowałam dziękować.


Zjawia mi się dość często, pewnie dlatego, że wie, iż go tak bardzo kocham. W naiwny, dziecinny sposób tłumaczy mi czasem rzeczy, których nie mogę zrozumieć. Powiada, że w takich wypadkach należy kierować się sercem, nie głową. "Fulka, Fulka, mów - czego ci potrzeba? Ja umiem takie rzeczy! Tu szepnę, tam natchnę, ówdzie popchnę i jest! Lubię cię Fulka... Mów, bo się spieszę".

Św. Jan Bosko

Kiedy św. Jan Bosko zjawił mi się pierwszy raz, nie znałam jeszcze wtedy jego życiorysu. Potem dopiero, kiedy go pokochałam, czytałam o nim wiele książek. Żaden życiorys jednak nie daje pojęcia o jego osobie. Tej werwy, tego sprytu, tej roziskrzonej radości, jaką świecą jego ciemne oczy, nikt opisać nie potrafi. Jest tak żywy i ruchliwy, że nigdy ani przez chwilę nie może stać spokojnie. Wszystko obchodzi go równocześnie. Pyta i sam sobie odpowiada, bo mu zbyt długo czekać na odpowiedź. Bardzo jest rozmowny i tak naturalny, i żywy, że naprawdę w jego obecności zapomina się zupełnie, że to duch, a nie człowiek. Jest jakby uosobieniem energii, pomysłowości i dowcipu. Opowiadał mi wiele razy o swoim życiu, zwłaszcza o obcowaniu ze świętymi. Miał nieustanny, żywy kontakt z niebem, ale ponieważ przeważna część jego papierów została zniszczona, nie ma w jego życiorysach o tym jasnych i wyraźnych wzmianek. Chce mnie nauczyć „cudownej sztuki magicznej”, która mu wszystko w życiu ułatwia. Własnym wyrzeczeniem ją zdobył. Była nagrodą za to, że zapomniał o sobie. Przeszedł przez życie niezauważony jakby widoczny był tylko jego wielki czyn.


„Wiara wszystko może, wszystko Fullu! Tylko ludzie nie umieją wierzyć. Ja wierzyłem i dlatego było tak, jak było". Św. Jan Bosko ma bardzo wielkie wpływy w niebie. Najświętsza Panna Wspomożycielka kocha swego ufnego „magika", radosnego "kombinatora”, dawnego nieustępliwego petenta, który póki czegoś u Niej nie uprosił nie ustąpił – żeby tam nie wiem co! Wbrew wszelkiemu rozsądkowi, wbrew oczywistej rzeczywistości – prosił i otrzymywał! To samo zresztą robi dziś w niebie!


Inni święci są radośni. Św. Jan jest wesoły. Humor jego mógłby rozpędzić najczarniejszy smutek i przygnębienie. Czynił przy mnie wiele rzeczy bardzo niespodzianych i dziwnych. Mówi mi zawsze, że tak jak zaczynał swoją karierę od kuglarskich sztuczek, tak się ich nie wyrzekł do dziś. Czasem odchodząc, obiecuje mi „machnąć" jakiegoś figla w obecności niedowiarków. Raz pamiętam, gdy pewna pani dziwiła się mojemu kultowi dla „jakiejś tam francuskiej świętej”, obrazek wiszący nad sofą, kilka razy obróciwszy się w powietrzu, spadł jej na kolana. Gwóźdź nie wyleciał, kółko było nienaruszone, a obrazek nie zsunął się po ścianie, tylko leciał przez powietrze jakieś pół metra od muru. Innym razem, ktoś nie dość poważnie wyraził się o św. Teresce, spadło mu na głowę pudełko, choć siedział daleko od szafy, na której stało. Raz, pamiętam jeszcze, gdy jedna pani skarżyła mi się, że przy niej nigdy nie dzieją się „takie rzeczy", od wszystkich świec na ołtarzyku zaczęły iść iskry prosto w równych odstępach aż po sufit. Trwało to dobrych kilka sekund. Potem św. Jan przyznał się do tych naiwnych żartów.


"Nic nie szkodzi, że nie masz pieniędzy! Miej dobrą wolę, miłość i pokorę, a wszystko, co zechcesz, uzyskasz. W odpowiednim czasie pomogę ci do zdobycia pięknego ołtarza dla twojej Mamusi Świętej".


Św. Jan jest najmilszym, kochanym przyjacielem! Zawsze „magicznie" odmienia usposobienie, humor czy złe nastawienie ludzi opornych łasce i trudnych do zdobycia.




Źródło: "O życiu pozagrobowym", Fulla Horak, wyd. Fronda, Warszawa 2020

330 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg