Autobiografia sł. Bożej Siostry Roberty Babiak. Część 2 – w klasztorze

Żeby Pan Jezus tak odczuwalnie obcował z duszą, należy się strzec najmniejszego przywiązania do stworzeń, gdyż te przywiązania, choćby niewinne, czynią duszę nieczułą na obecność Jezusa. Mnie Pan Jezus pouczył o tym jeszcze w życiu świeckim (...). Teraz w klasztorze też mi Pan nie pozwala na żadne najmniejsze przywiązania do czegokolwiek, każdą rzecz, która mnie do siebie pociąga, usuwa Zbawiciel czym prędzej ode mnie, choćby to pociągało nawet materialną szkodę dla Zgromadzenia.

Mając siedemnasty rok życia, pomyślałam, że trzeba jednak gdzieś szukać tego zakonu, że już czas najwyższy zacząć służyć Panu Bogu całkowicie. O żadnym zgromadzeniu nie miałam najmniejszego pojęcia, bo nigdy czegoś podobnego nie czytałam ani w naszej okolicy zakonnic nie było, więc pewnej niedzieli po nieszporach udałam się w tej sprawie do miejscowego Księdza Proboszcza Sapyty, który zawsze był dla mnie życzliwy. Ksiądz Proboszcz wypatrzył się na mnie zdziwiony, gdy Mu swoją prośbę przedstawiłam, i zapytał: „A ty czego chcesz iść do zakonu?”. Zaskoczona tym pytaniem, tym „czego”, które boleśnie dotknęło moich uczuć, odpowiedziałam: Życie takie krótkie, więc trzeba go wykorzystać na coś lepszego. Dziś, pisząc to, zastanawiam się, skąd wzięłam taką odpowiedź. Wówczas Ksiądz Proboszcz powiedział mi, że zna dobrze Zgromadzenie Sióstr Służebniczek w Starej Wsi i że w mojej sprawie napisze parę słów do Przewielebnej Matki Generalnej. Oczywiście za kilka dni nadeszła ze Starej Wsi informacja pisana przez Czcigodną Siostrę Wikariuszkę [Ludwikę Walkowicz] (za nieobecną Przewielebną Matkę Generalną), żebym się zgłosiła do Sióstr Służebniczek na Kapitulną w Przemyślu, a tam mi powiedzą, jak mam dalej postąpić). Przyszłam do domu z tym pismem i z całą szczerością przeczytałam ów list swojej rodzinie, ufając, że Bóg wszystkim pokieruje najlepiej.

Rodzice posmutnieli na tę wiadomość i oświadczyli, że zrobili ugodę z krewnymi, iż mam u nich pozostać na zawsze. Rodzina ta była bardzo bogata, gdyż wujek powrócił z Ameryki i szafował dolarami, a miał tylko jedynego syna, który był pasierbem mojej rodzonej cioci. Broniłam się jak mogłam, mówiąc rodzicom, że raczej umrę, a nie chcę nikogo ani jego bogactw, ale nie zwracano na mnie uwagi najmniejszej pod tym względem. Mówiono mi, że z klasztoru za byle co wydalają i mnie tak mogą zrobić, a potem złamię sobie los na zawsze. Zamilkłam z przerażenia i nic więcej nie mówiłam, bo u nas święcie przestrzegano posłuszeństwa rodzicom. Zostawiłam tę sprawę Panu Bogu i Matce Najświętszej i modliłam się gorąco o wybawienie mnie z tej przykrej sytuacji. Wkrótce przyjechał ów człowiek z Czech i po raz pierwszy przybył do nas na święta Bożego Narodzenia wraz z ojcem i moją ciocią. Unikałam jego towarzystwa jak się dało, lecz to wcale nie zbiło go z tropu, był raczej z tego bardzo zadowolony, jak się o tym wyraził do moich sióstr. Na moje nieszczęście oświadczył, że będzie czekał nawet kilka lat, aż się namyślę po jego stronie. Jezu Malusieńki, Ty jeden wiesz, że przeżyłam w to święto Twojego Narodzenia Wielki Piątek, dusza moja była pogrążona w morzu utrapienia. Odtąd znów parę lat trwało to udręczenie, bo człowiek ów niepokoił mnie listami, a ciocia i wujek słowami, ponieważ w każde większe święto do nas przyjeżdżali. Mimo wszystko udałam się do Przemyśla do naszych Sióstr i przedstawiłam Czcigodnej Siostrze Przełożonej, Janinie Jankiewicz, swoją chęć wstąpienia do klasztoru. Dobra Siostra Przełożona, chcąc mnie wypróbować, zagadnęła mnie obojętnie: „Słuchaj, może tobie tylko chwilowo zachciewa się zakonu, może ty nie masz prawdziwego powołania?”. Wypatrzyłam się zdumiona na Siostrę Przełożoną i gorzkie łzy moje były całą odpowiedzią. Tak mi było przykro, że ktoś może wątpić o moim powołaniu, a przecież nikt nie jest jasnowidzem czyjejś duszy, więc słusznie można wątpić i próbować daną kandydatkę. Jednak Czcigodna Siostra Przełożona zajęła się mną serdecznie, doradziła, jakiej potrzeba wyprawy, i w ogóle wyjaśniła, jakie koszty pociąga za sobą wstąpienie do klasztoru. Gdy przyjechałam z Przemyśla, odważyłam się jeszcze raz przedstawić rodzicom swoje zamiary i opowiedziałam wszystko, co mi Czcigodna Siostra Przełożona mówiła. Niestety, spotkałam się z tym samym, co i poprzednio zapatrywaniem. Rodzice moi byli bardzo pobożni ludzie, więc nie żałowali oddać dziecka Panu Bogu na służbę, jedynie lękali się zawodu w tym stanie, czyli żeby mnie nie wydalono, bo ogólnie mniemano, że tylko osoby wykształcone zdolne są do wytrzymania życia zakonnego, a ja skończyłam tylko pierwszą klasę szkoły powszechnej, gdyż choroba nie pozwoliła mi kształcić się dalej, więc z tego powodu stawiano mi trudności.

Za pewien czas, gdy się wszystko trochę zrównoważyło, poprosiłam rodziców, by mnie dali uczyć się krawieczyzny. Zgodzono się chętnie na to, później kupiono mi maszynę do szycia, tak że oprócz pracy domowej zarobiłam sobie w wolnych chwilach tyle pieniędzy, że starczyło na wyprawę i posag.

Ów człowiek czekał jeszcze pięć lat, a w tym czasie ileż cierpień przejść musiałam – wreszcie Bóg się ulitował, bo ten człowiek bardzo szlachetnie postąpił, widać z natchnienia Bożego, gdyż powiedział, że rezygnuje ze swoich zamiarów, jeżeli ja nie mogę odstąpić od swego zamiaru wstąpienia do zakonu. Po jego ślubie uczułam się bardzo szczęśliwą, mając nadzieję, że wkrótce otworzy się dla mnie furta klasztorna, lecz nowy cios powstrzymał mnie jeszcze rok wśród świata. Oto mój najdroższy tatuś pochorował się ciężko na serce, a ponieważ szkodziło mu bardzo najmniejsze zmartwienie, więc byłby nie przeżył mojego wyjazdu z domu, gdyż mnie bardzo kochał. Ja też miałam gorącą miłość ku ojcu i nie mogłam mu przed śmiercią robić przykrości, więc postanowiłam sobie, że już do końca będę współcierpieć z ukochanym ojcem, uważając, że taka jest Wola Boża. Śmierć mego ojca nastąpiła w wigilię Wniebowstąpienia w 1929 roku. Przed śmiercią udzielił mi tatuś błogosławieństwa na drogę życia zakonnego i serdecznie cieszył się, że idę służyć Bogu i Najświętszej Pannie, na której wspomnienie zawsze miał w oczach łzy, tak miłował dziecięco Matkę Boską.

Po pogrzebie ojca zabrałam się do przygotowania wyprawy, gdyż przyjęcie otrzymałam w sierpniu, a 7 września 1929 roku weszłam za furtę klasztorną, licząc już wtedy rok życia dwudziesty czwarty. To spóźnione moje wstąpienie do klasztoru musiałam niezliczone razy odpokutować upokorzeniem, gdyż Siostry, które młodo wstąpiły do Zgromadzenia, mimo woli dają nieraz odczuć słowem lub miną zadowolenia swoją jakby wyższość czy wybranie z tego powodu, a nie wiedzą nawet, jak boleśnie ranią serca Sióstr, które nie miały szczęścia wejść wcześniej za furtę klasztorną. Nie chcę przez to powiedzieć, jakoby Siostry chciały tym sposobem świadomie przykrość sprawić, broń mnie Boże od takiego sądu, lecz że tak jest, to mówię prawdę z doświadczenia, a czemu tak jest to chyba Bóg dopuszcza dla zdobycia cnoty pokory. Wszak On jeden wie, jakimi drogami kogo prowadził przez życie, więc dusza powinna być jedynie z tego zadowolona, że Bóg widzi ją w prawdzie.

Najdroższa Matko Generalna, proszę mi wybaczyć, że tak piszę rozwlekle i nielogicznie, lecz doprawdy trudno jest pisać o sobie, bo wiele rzeczy z życia zatarło się w pamięci, zresztą jestem obecnie tak wyczerpana z sił fizycznych, że i umysł mój odmawia służby. Jednak spróbuję jeszcze opisać niektóre szczegóły z życia zakonnego w tej jedynie myśli, abym wypełniła sumiennie życzenie Najdroższej Matki.

Otóż gdy znalazłam się w klasztorze, to mi się zdawało, że nie dopiero dziś tutaj wstąpiłam, lecz że te mury święte znane mi są od dziecka. Znalazłam się bowiem w domu Ojca, swojego Boga, i w pokojach Matki mojej Niepokalanej, znalazłam się wśród rodziny Bożej i weszło mi do duszy to uszczęśliwiające przeświadczenie, że jestem tu, gdzie mnie Bóg widzieć chciał od wieków.

Jak czuje się spragniony wędrowiec przy czystym źródle, tak i ja czułam się od pierwszej chwili w klasztorze – wszystko mi było miłe i drogie sercu mojemu i jak niegdyś w domu często pytałam się Anioła Stróża, gdzie jest klasztor, w którym mam umrzeć, a ów święty Opiekun zawsze kierował mój wzrok ku południowej stronie (gdyż ja, nie mając mapy, nie miałam pojęcia, gdzie leży Stara Wieś), tak i teraz pytałam cichutko swojego Anioła, czy to jest prawdą, że już jestem ukryta w klasztorze, że mnie już nikt i nic nie odłączy od miłości Chrystusowej?

Wspomnę tylko o ważniejszych przeżyciach, szczególnie o mistrzowskim postępowaniu Pana Jezusa z moją duszą, gdy mi dawał pierwsze lekcje o pokorze. Jest w naszym Zgromadzeniu zwyczaj, że już kandydatki z dobrymi głosami dopuszcza się po próbie do śpiewu w chórze. Wiedząc o tym, że mam głos, jak również słuch dość dobry, cieszyłam się w duchu, że będę należała do śpiewu chóralnego i rozradowana więcej niż nadzieją, poszłam do sali nowicjackiej, gdzie już Siostra organistka próbowała inne kandydatki. Kazano wreszcie i mnie zaśpiewać „Serdeczna Matko”, więc śpiewam, wcale nie uważając, by też głos swój zastosować do fisharmonii – myślałam w najlepsze, że to ma być tak, jak do głosu artystki na scenie stosuje się skrzypek. Więc po prześpiewaniu jednej strofy Siostra organistka mówi do mnie: „Idź sobie, nie będziesz należała do śpiewu, bo masz głos ładny, ale nie masz słuchu”. Wyszłam tedy z sali zawstydzona i bardzo było mi żal za tym śpiewem, bo ogromnie lubiłam śpiew chórowy, nawet często jeździłam gdzieś do pobliskich miast, by się nasłuchać tego śpiewu. Pan Jezus dał mi poznać w tym żalu, że On sam dopuścił tę omyłkę, bo to było z korzyścią dla mojej duszy. Drugie pociągnięcie ręki Pańskiej po mojej duszy ujawniło się znów w ten sposób. Tuż przed obłóczynami zaczęły sobie kandydatki wyrażać pragnienia, jakie która chciałaby otrzymać imię zakonne. Ja nic nie mówiłam, tylko w duchu pomyślałam niech mi dadzą Przełożeni, jakie chcą imię, żeby tylko nie Roberta. Zraziła mnie do tego imienia powieść, jaką czytałam na świecie pod tytułem „Robert diabeł”. Był to strasznie zły książę, który jednak później nawrócił się do Pana Boga. Wiedziałam też, że istnieją i święci pod tym imieniem, lecz mimo woli nie chciałam się za nic w świecie nazywać Siostrą Robertą. Nikomu ani słówkiem nie pisnęłam o swojej niechęci, lecz spokojnie czekałam dnia obłóczyn. Przyszedł wreszcie ten dzień upragniony – pierwszy lutego 1930 r., pod wieczór nastrój w kaplicy uroczysty, gdyż 19 kandydatek ma przyjąć habity. Klęczymy wszystkie przejęte do głębi ważnością chwili, wtem Przewielebna Matka Generalna, stojąc przy balustradzie, wygłasza po kolei nasze imiona i nazwiska, dodając też nowe imię zakonne. Moja kolejka wypadła prawie w środku partii, więc miałam czas pomyśleć, żeby też moje imię nie brzmiało Roberta. Słucham i własnym uszom nie wierzę – Najdroższa Matka głosi: „Zofia Babiakówna, Roberta”. Stało się, serce zabiło mi gwałtownie, nie mogłam się ruszyć z miejsca z nadmiaru wrażenia, że Pan Jezus przez usta Matki Generalnej dał mi imię, jakiego nie chciałam, a to uważałam za znak, że Bóg żąda, abym się do głębi istoty wyrzekła swojej woli i upodobania, a żyła jedynie Wolą Bożą. Opanowawszy się siłą mocy, poszłam odebrać świętą suknię, a w duchu Bogu dziękowałam za święte dziwy w Jego stworzeniach. Przywykłam wkrótce do nowego imienia, bo mi je Pan Jezus dał, ono mi przypomina Jego dobroć dla mnie w dniu obłóczyn zakonnych.

Za parę dni po obłóczynach nastąpiła nowa lekcja pokory, ale mnie to wiele łez kosztowało. Boski Mistrz byłby mi oszczędził tego kłopotu, gdybym była nie ufała zbytnio swoim zdolnościom, zmusiłam Pana, by mnie słusznie ukarał. Oto widziałam nieraz, że starsza Siostra nowicjuszka, szyjąc w pracowni, nie bardzo sobie daje radę z krawieczyzną, więc pomyślałam z zadowoleniem: Gdyby to mnie Siostra Mistrzyni przeznaczyła do szycia, to ja bym o wiele lepiej wywiązywała się z tego zadania, aniżeli owa Siostra. Za parę dni ta Siostrą nowicjuszka poszła się uczyć, a ja zostałam przeznaczona do pracowni na jej miejsce. Z całym więc zapałem i pewnością siebie zabrałam się do szycia kożuchowego serdaka dla Siostry Gabrieli Buczkównej. Siostra przyszła do pasowania serdaka, niestety serdak był tak niemożliwy, że nie można było patrzeć na niego. Był bowiem wąski, czyli ciasny, nierówny, tak że nie sposób było w nim chodzić. Nadeszła Czcigodna Siostra Mistrzyni, Siostra Zofia Szmyd, pooglądała zmarnowany serdak i ręce załamała, mówiąc: Widzisz, to jest skutek twojej pychy, czemuś się kogoś nie zapytała, jak szyć, kiedy sama nie umiesz. Rzeczywiście, odebrał mi wtedy Bóg jakby pojęcie o szyciu, bo nie wiedziałam nawet co z czym złączyć, a przecież w domu przez parę lat szyłam ludziom takie rzeczy i byli wszyscy zadowoleni.

Dał mi Pan Jezus poznać, że to doświadczenie jest pokutą za dobre mniemanie o sobie, a jeszcze bardziej za brak wyrozumienia dla bliźnich, bo Siostra moja poprzedniczka też chciała szyć jak najlepiej, a że nie miała więcej wiedzy w tym kierunku, to nie jej była wina. Zobaczyłam więc na własne oczy, co można zrobić, gdy Bóg na chwilę usunie pomoc swoją. Dałam tej Siostrze Gabrieli swój materiał i uszyłam jej serdak jak najlepiej, bo po uznaniu, że bez pomocy Bożej niczego uczynić nie można, dobroć Boska wróciła mi pojęcie o szyciu i już świadomie odtąd szyć mogłam. Tak to Pan Jezus pracował nad moją duszą, a Jego nauki tak głęboko zapisały się w sercu moim, że do grobowej deski nie zapomnę żadnej Jezusowej lekcji. O, ileż łez wylałam wtedy, ale nie z tego powodu, że mi się rzecz nie udała, lub że mnie słusznie skarcono, tylko płakałam z głębokiego żalu nad tym, że przez swoją miłość własną sprawiłam przykrość Panu Jezusowi. Zbawiciel nasz ma dla nas Serce tak kochające i życzliwe, że cieszy się tylko wtedy, gdy nas może obdarzyć radością i zalać łaskami, a utrapienia dopuszcza na ludzi tylko z konieczności, gdyż miłość Jego cierpi, gdy kogoś z ludzi karać musi.

Gdy zachodziła potrzeba rzeczywista, nie szczędził mi Pan swojej pomocy, tak na przykład wysłuchał mnie, gdy Go prosiłam, by mi dał możność pisania wierszy, bym przez to mogła coś dobrego zrobić dla Zgromadzenia. Przyszłam bowiem do Zgromadzenia bez żadnego wykształcenia, mając tylko skończoną pierwszą klasę szkoły wiejskiej powszechnej, a do czwartego oddziału chodziłam tylko parę miesięcy, gdyż z powodu choroby nie mogłam korzystać z nauki. Również do czwartego oddziału zostałam wpisana tak przypadkowo wprost z pierwszej klasy, a to się tak stało: W czasie wojny światowej poszłam do wpisu szkolnego ze starszymi dziewczynkami, więc pani nauczycielka zapytała mnie, do której ma mnie zapisać, a ja bez namysłu powiedziałam, że do czwartej klasy. Ani mi na myśl nie przyszło, żeby powiedzieć, iż nie mam jeszcze niższych stopni – dorównałam koleżankom w nauce, więc wszystko było dobrze. Gdyby się była pani nauczycielka coś zapytała, to bym jej powiedziała prawdę, ale widać Pan Bóg tak kierował, bym nie zdobyła więcej wiedzy, bo rodzice chcieli mnie posłać do seminarium w Przemyślu, a to na pewno byłoby niekorzystne dla mojej duszy. W klasztorze jednak bardzo odczułam brak nauki, każda prawie kandydatka miała ode mnie dużo więcej wiedzy naukowej, a przy tym jakieś kursy praktyczne. Nieraz z przykrością myślałam: Jakiż pożytek ze mnie będzie Zgromadzeniu? Słyszałam raz, nie wiem już od kogo, że pisanie wierszy jest darem Bożym, więc pomyślałam w prostocie serca: Spróbuję poprosić Pana Boga o ten dar, żebym choć trochę pożyteczną być mogła moim bliźnim. Ponieważ zbliżała się uroczystość Zielonych Świąt, więc w nowennie do Ducha Świętego dołączyłam najspokojniej moją prośbę o dar pisania wierszy. Jednak nie pomyślałam ani razu w dniach nowenny, czy otrzymam ten dar lub nie, ani też nie próbowałam pisać coś podobnego. Jednak Duch Święty Sam wszystkim kierował, bo w ostatnim dniu nowenny zbliżyła się do mnie Zofia Nagajówna i mówi mi zakłopotana: Jutro imieniny naszej Siostry Mistrzyni, chciałabym jej wypowiedzieć życzenia w formie wierszy, a nie mogę sama nic ułożyć, może by Siostra prędzej co napisała – niech Siostra spróbuje, to się bardzo ucieszę tymi życzeniami. Mając wolną chwilkę, wzięłam ołówek do ręki, przeżegnałam się i zaczynam pisać.

O Boże dobry, napisałam wierszem nawet dość długie życzenia i to bez trudu, bez wysiłku umysłowego. Tak mi dobrze było w duszy, otworzyły się przede mną jakby jakieś tajemnice piękna natury i przyrody, których Źródłem niewyczerpanym jest Sam Bóg. Byłam do głębi wzruszona tą łaskawością Ducha Świętego, płakałam w ukryciu z nadmiaru wdzięczności i miłości ku Bogu. Odtąd miałam szczególny pociąg do pisania wierszy i w wolnych chwilach nieraz je pisałam dla której z Sióstr, czy to na imieniny, lub w jakiej innej potrzebie, a tym sposobem mogłam choć trochę dobrego uczynić dla moich bliźnich.

Później czytając w „Dziejach duszy”, że św. Tereni udzielił Duch Święty zdolności malowania obrazków i ta anielska święta cieszyła się tą zdolnością i korzystała z niej na pociechę swoich współsióstr, więc i ja nie kryłam się już przed siostrą Mistrzynią, że mnie też dał Duch Święty zdolność układania wierszyków. Jednak dopiero w dalszym życiu zakonnym poznałam, co Duch Święty chciał osiągnąć w mojej duszy przez udzielenie mi tej zdolności. Oto przypuszczam, że wierszyki były powodem, iż Przewielebna Matka Generalna posłała mnie do Przemyśla w celu rozwinięcia tej zdolności. Pobyt w Przemyślu dał mi znów okazję do utłuczenia kolana, z czego wywiązała się kilkuletnia moja choroba, bo utłuczenie kolana wazonem w katedrze nastąpiło 9 września w 1931 roku. Choroba zaś uczyniła mnie niezdolną do pracy w Zgromadzeniu, więc możność, czyli łatwość w pisaniu nieraz mi się przydała, szczególnie wtedy, gdy Spowiednik polecił mi notować przeżycia wewnętrzne duszy. O jak zawiłe są drogi, po których Bóg człowieka prowadzi do celu zbawienia –nieraz małe zdarzenie, a zaważyć może na całym życiu człowieka. Czyż nie mogłam sobie kolana uszkodzić na przykład choćby bezpośrednio w naszym domku przemyskim? Czy koniecznie to stać się musiało w samej katedrze. A jednak w tym wypadku dopatruję jakiejś tajemnicy Bożej, bo za parę lat później posłał mnie Pan Jezus do Najprzewielebniejszego Księdza Biskupa tej katedry w sprawach wiadomych Najdroższej Matce Generalnej. Niech będzie Bóg uwielbiony we wszystkim, co się dzieje w nas i wokoło nas.

Muszę jeszcze wspomnieć i o tym, że w czasie nowicjatu zasypywał mnie Pan Jezus pociechami duchowymi. Czułam się bardzo szczęśliwą w tym okresie, a nawet ciężki krzyż, jaki Bóg zesłał na moją rodzinę, gdy byłam w Przemyślu, zniosłam spokojnie, miłując Wolę Bożą ponad wszystko, co mi drogim i miłym mogło być na świecie. Wówczas w Przemyślu po raz pierwszy miałam sposobność poznać, jak wielką ofiarą i wyrzeczeniem się jest w zakonie ślub posłuszeństwa. Moja najstarsza siostra, matka trojga dzieci, skończyła nagle życie przy czwartym maleństwie w przemyskim szpitalu. Był to cios bolesny dla całej rodziny, szczególnie zaś dla mojej matki, która w utracie tej córki utraciła po prostu swój byt doczesny, gdyż po jej śmierci została na łasce obcego człowieka. Kiedy siostrę umarłą zabrano w trumnie do domu, chciała strapiona rodzina, bym pojechała do Mamusi pocieszyć ją i pokrzepić na duchu w czasie pogrzebu. Poprosiłam o ten jednodniowy wyjazd Czcigodną Siostrę Przełożoną, lecz odmówiono mi tej łaski, bo nie było pozwolenia od Przewielebnej Matki Generalnej. Przyjęłam tę odmowę jako znak Woli Bożej, ale moje naturalne uczucia rodzinne stanęły wówczas jakoby na Golgocie pod krzyżem posłuszeństwa. Drugi raz w życiu zakonnym doznałam tak silnego wstrząsu z powodu posłuszeństwa, gdy mi Przewielebna Matka nie pozwoliła jechać do umierającej mojej matki. Najdroższa Matka miała słuszny powód, że mi nie pozwoliła jechać, bo wtedy kolano bolało mnie dość silnie, lecz ja, wiedząc, że mamusia tak czeka na mnie, a ma wielkie cierpienia fizyczne, do tego niemożliwe przykrości znosić musiała od zięcia, byłabym wtedy do matki szła choćby przez ogień, by ją pocieszyć. Nieraz później przychodziła mi przykra myśl, czemu to nie otrzymałam pozwolenia na ten wyjazd do matki umierającej i tak opuszczonej. Gdy na ten temat myślałam, pewnego razu nagle uobecnił mi się Zbawiciel i te powiedział mi słowa: „Ja umierałem na krzyżu bez pociechy w towarzystwie złego łotra, a ty sobie masz za krzywdę, że twojej matce dałem śmierć podobną Mojej”. Zlękłam się ogromnie tego wyrzutu Pana Jezusa, a zarazem poznałam jasno, jak wielką łaskę uczynił Pan mojej matce, za którą nigdy odwdzięczyć się nie zdołam. Od tej pory jestem spokojna i wiem na pewno, że przez usta Najdroższej Matki Generalnej sam Pan Jezus przemawia i wolę swoją wyraża – już nie żałuję, że nie byłam obecną przy śmierci swojej matki.

(...)

Pierwsze święte śluby składałam już jako chora. Przed ślubami, które złożyłam 19 marca w 1932 roku, sprawił mi Pan Jezus bardzo miłą niespodziankę. Pewnego dnia byłam dość cierpiąca, ale pomyślałam sobie: ciepło robi się na świecie, już fiołki może kwitną i śnieżyczki też, a ja pewnie nie zobaczę tych kwiatuszków, bo nigdzie zajść nie mogę. Za jakie pół godziny przychodzi do pokoju kochana Siostra Batylda, ręce trzyma złożone jak do modlitwy i mówi do mnie z miłym uśmiechem: „Niech Siostra zgadnie, co Pan Jezus Siostrze przysłał?”. Bez namysłu powiedziałam, [że] pewnie małe kurczątko. Siostra Batylda otwiera ręce, a tu sypią się na mnie śliczne fiołki i śnieżyczki. Łzy wdzięczności jak rosa skropiły te kwiatuszki, a w sercu wdzięczność wyrosła wysoko pod niebo, bo byłam pewna, że tę przyjemność sprawił mi Jezus, to był bukiet ślubny na dzień naszego świętego wesela.

Podobne zdarzenie miałam parę lat później. Oto gdy ubierałam się raz na wiosnę rano do kaplicy, mimo woli spojrzałam przez okno na łąkę, a tam już wiosenne kwiatuszki podnosiły radośnie swoje wonne główki ku słońcu, więc patrząc na nie, pomyślałam z tęsknotą: kwiatuszki kochane, może was w tym roku nie zobaczę [z] bliska? Tak mi się zrobiło dziwnie w duszy, że nie mogę zajść na tak bliską łąkę. Wreszcie odsunęłam od siebie te pragnienia, myśląc, że Pan Jezus jest najpiękniejszym kwiatem serca mojego, po cóż mi tęsknić do rzeczy stworzonych, do kwiatów, które więdną w tak krótkim czasie. Po Mszy Świętej przyszłam z kaplicy, jeszcze stoję przy kropielniczce, a tu wchodzi Siostra Wilhelmina Lenart, chwali Pana Boga i mówi: „Pan Jezus przysyła Siostrze wiosenne kwiatuszki”. Oczywiście były w tym bukiecie wszystkie kwiatki, jakie łąka posiadała. Zawstydziłam się bardzo, że skłaniam mojego Zbawiciela do zaspokajania moich ludzkich pragnień, ale z drugiej strony dziękowałam Panu za Jego dobroć nieskończoną względem swoich stworzeń. Bardzo często w życiu zakonnym zdarzyło mi się, że Pan Jezus spełnił nie tylko to, o co Go w modlitwie prosiłam, lecz nawet niejedną przelotną myśl moją Jego miłująca Wszechmoc urzeczywistniała natychmiast. Doszło do tego, że po prostu lękałam się pomyśleć o jakiejś doczesnej potrzebie, bo zaraz stawało mi się zadość. Ot jeden z wielu faktów. Pewnego razu poprosiła mnie jedna z Sióstr, żeby jej dać kopertę do listu. Trochę nie miałam ochoty dawać takich rzeczy, bo Przełożeni dają materiał korespondencyjny, ale ze względu na miłość bliźniego dałam prawie ostatnią kopertę tej Siostrze, myśląc, że Pan Jezus przyśle mi koperty, jeżeli będzie mi potrzeba, a ta Siostra chora gdzież pójdzie za czym, kiedy nie może. Zaraz w tym dniu po południu dostarczono mi z Gorlic 40 kopert i trochę papieru listowego. Innym razem, bandażując kolano, zebrało mi się na płacz, że nie nastarczę papierowej waty na opatrunki, bo już tylko na jeden opatrunek miałam materiału. Na drugi dzień przyniosła mi S. Honorata dość dużo waty, mówiąc, że flaszki były nią opakowane i żebym się nie trapiła brakiem waty, gdyż ona mi jej dostarczy na życzenie, czy raczej za pozwoleniem Przełożonych.

Pan Jezus, gdy trzeba było, karcił mnie też po swojemu, szczególnie za najmniejsze pragnienie pokarmów, lecz takie naturalne. Boski Mistrz pouczał mnie dość długo, bym nigdy bez potrzeby nie myślała nawet o pokarmie doczesnym. Opiszę parę zdarzeń na swoje upokorzenie, bo dobra dusza sama się umartwia, a u mnie musiał Pan Jezus gwałtem wymuszać umartwienie. Pewnego razu przygotowano na niedzielę po raz pierwszy sałatę. Wyszłam wtedy przed obiadem z kaplicy, a gdy mnie doleciał z kuchni zapach mięsa i sałaty, pomyślałam sobie: Jakiż to dobry dziś obiad będzie, i naturalnie przyszedł mi smak na tę sałatę. Tymczasem stało się [tak, że] całe Zgromadzenie miało na obiad sałatę, tylko ja jedna w całym domu dostałam obiad bez sałaty. Gdy inna Siostra upomniała się u Siostry pielęgniarki o sałatę dla mnie, ta odpowiedziała z głębokim przekonaniem: „Siostrze zaszkodziłaby sałata”. Tak pomyślałam, zaszkodziłaby ta sałata mojej duszy. Innym razem przyszedł mi smak na lane ciasto. Na drugi dzień, wkrótce po śniadaniu, przyniosła mi Siostra Anna Bartków pełny porcelanowy garnuszek opłatków zalanych ledwie ciepłym mlekiem z centryfugi i mówi do mnie: Proszę to prędko zjeść póki gorące, to rzecz bardzo dobra. Być może, że dla kogoś były dobre te opłatki, ale dla mojego smaku były tak niemożliwe, że z wielkim wysiłkiem zdołałam je spożyć. Od tej pory ani mi na myśl nie przyjdzie lane ciasto, tak sobie zbrzydziłam tę potrawę przez zalane mlekiem opłatki. Uważam, że Pan Jezus Sam natchnął tę Siostrę, by mi przygotowała to lane ciasto z opłatków, bo ta Siostra wcale nie wiedziała, czy ja lubię lane ciasto.

Znów w dniu 1 kwietnia w 1944 roku zapragnęłam gotowanych na miękko jaj, szczególnie zachciewało mi się żółtka z jaja. Siostra Stanisława Bełch zgotowała mi dwa jaja, więc ja ze smakiem otworzyłam największe jajo, a tu na moje utrapienie ani śladu za żółtkiem. W miejscu żółtka znalazłam zwykły płyn białka. Pewnie zdarzają się czasem takie braki w jajach, ale Pan Jezus dopuścił, że akuratnie trafiło na tę chwile, kiedy mnie taki smak przyszedł na żółtko. Najmniejsze umartwienie smaku Pan Jezus też potrafi wynagrodzić i nie daj Boże, żeby kto przypuścił, że Zbawiciel swoim sługom każe morzyć się głodem, o nie – doświadczenie dosyć mnie o tym pouczyło. Oto pewnego razu z powodu choroby nie mogłam zjeść obiadu. Jednak wkrótce po obiedzie uczułam silny głód i pomyślałam sobie: Mam pomidory w szufladce, ale z własnej woli jeść ich nie będę poza czasem posiłków, chyba że mi Pan Jezus coś z kuchni przyśle, jeżeli uważa, że ten głód trzeba zaspokoić. Pewnie po pięciu minutach przyniosła mi Siostra z kuchni smacznego ryżu, mówiąc do mnie z uśmiechem: Siostra Szafarka każe Siostrze ten ryż zjeść. Mój Jezu, to od Ciebie ten pokarm, powiedziałam Panu, bądź po tysiąckroć błogosławiony, mój najlepszy Ojcze, mój Boże i wszystko moje.

Nie zliczyłabym wprost tych wszystkich dowodów Opatrzności co do ciała i jego potrzeb, a cóż dopiero mówić o duszy? Jezus tak działa, że dusza moja przez Niego i z Nim ze wszystkiego czyni akty miłości, a nawet same upadki na korzyść duszy się obracają. Lecz nim Jezus doprowadził moją grzeszną duszę do tego, by żyła tylko Jego miłością, najpierw dopuścił na mnie straszliwe cierpienia wewnętrzne, jakie znosiłam przez dziewięć lat z górą. Prawie wszystkie dusze, szczególnie zakonne, chciałyby żyć czystą, gorącą miłością Pana, ale niech najpierw pomyślą, że tę wielką łaskę trzeba okupić cierpieniami stokroć cięższymi od samego konania, że trzeba znieść tortury moralno-fizyczne wszelkiego rodzaju aż do ostatniej głębi ducha, aż do szpiku kości. Bóg tylko sam może zmierzyć przepaść tego doświadczenia, tak ono jest bolesne, tak dręczące dniem i nocą, tak gorzkie jak łzy matki nad trumną swojego jedynaka i już nawet nie wiem, jakimi słowami określić choć w przybliżeniu ten straszny czyściec ziemski. A jednak zsyła te cierpienia Ojcowskie Serce Boga, który tak wielce duszę miłuje, widzi w niej plamy i mimo miłości, musi tę duszę oczyścić w tak ciężkim cierpieniu, bo gdyby tego nie uczynił, nigdy by dusza już tu na ziemi nie zaznała szczęścia zjednoczenia się z Panem przez miłość. Z pewnością potrafi Bóg i w łagodniejszy sposób pociągnąć duszę do Siebie, ale mnie zawsze prowadził ku sobie drogą krzyża i ścieżkami ciernistymi. Widać koniecznie cierpienia potrzeba było dla mojej natury na wskroś grzesznej i pysznej.

Więc te moje cierpienia duchowe rozpoczęły się zaraz po złożeniu pierwszych ślubów, to jest od roku 1932 do roku 1940. Cierpienia te polegały na zupełnej ciemności duchowej, którą bardzo rzadko i tylko na parę dni w roku rozjaśniały słabe promyki miłości Bożej. Czułam ogólne niezadowolenie na modlitwie, nie mogłam rozmyślania odprawiać, czytania duchownego nie mogłam zrozumieć albo natychmiast zapominałam, co przeczytałam. Przy Komunii Świętej byłam jak głaz, a do tego dręczyły mnie wątpliwości, że się źle spowiadam. Najgorszą właśnie męką dla mnie było to, że nie mogłam duszy na oścież otworzyć przed Spowiednikiem ani też przed Przełożonymi, ani w ogóle nawet rodzonej Siostrze Cyprianie nigdy się nie poskarżyłam na swój los bolesny. Lata płynęły, a tu znikąd ulgi ni pociechy, ani do Boga się zwrócić, bo mi się zdawało, że Bóg precz mnie odrzucił dla grzechów moich, a nieraz i wiara gasła zupełnie, widziałam tylko nicość jedną tam u góry, a drugą tu na ziemi we wszystkim, co jest materialne i w proch nicości się obraca. Zgasła wiara w Boga, a więc i w istnienie duszy wierzyć nie mogłam, a wtedy kusiciel dręczył mnie zniechęceniem do cierpienia, a nawet i do życia. Kilka razy podsunął mi straszną pokusę po co żyć, szeptał mi, ty się już i tak nie poprawisz, twoje miejsce ma być w piekle, ty tego nie zmienisz, tam cię przeznaczył ten Bóg, coś Go tak miłowała, widzisz, jak cię wyprowadził w pole, a warto było pójść za Jego głosem do klasztoru, a stąd wpaść do piekła.

Innym razem szatan podsuwał mi przekonanie, że naprawdę Boga miłuję, a jeżeli miłuję, tedy powinnam przez umartwienie lub jakikolwiek inny sposób skrócić sobie życie, aby Pana Boga nie obrazić, że lepiej jest umrzeć, aniżeli Bożej sprzeciwić się woli.

Często też przedstawiały mi się w wyobraźni mojej koleżanki świeckie szczęśliwe i zadowolone, i przeznaczone do zbawienia, a ja za życie zakonne pełne cierpień miałam iść na potępienie. O doprawdy, wtedy to już kusiciel na głos wołał: Ty nie masz powołania, uciekaj z klasztoru gdzie cię oczy poniosą, uciekaj, na świecie nie będziesz tyle cierpieć, co tutaj; że tak było, to Najdroższa Matka ma najlepszy dowód, iż za rok po wieczystej profesji miałam takie przykre zajście z pewnym człowiekiem z Kanady. Widocznie kusiciel skłaniał go do tego, by mnie wyprowadził z klasztoru.

Zły duch atakował z piekielną siłą na wszystko, co tylko może być dobrego w człowieku, wszystkie cnoty musiały przejść przez straszliwą walkę, nie obeszło się też bez ciężkich doświadczeń na tle drugiego ślubu. Często zdawało mi się, że się cała zmieniłam w samą nieczystość, żem z tej przyczyny obrzydła w oczach Boskich i że już nigdy nie będę miała czystego serca. W nocy miewałam sny potworne i rażące, wprost zły duch przez te senne obrazy uczył mnie grzechu i zachęcał do grzechu, wmawiając we mnie, że tu nie ma grzechu, gdzie się drugim nie szkodzi. Anioł Stróż jest mi świadkiem, że często w nocy wyciągałam ręce ku niebu i spłakana wołałam: Boże, pospiesz się ku ratunkowi memu... Matko Najświętsza ratuj, bo zginę marnie.

Do tych cierpień moralnych dołączyły się cierpienia fizyczne, szczególnie bezsenność i tak wszystko razem wziąwszy, było to jedno ciężkie brzemię cierpień najsroższych. Każda władza duszy miała swoje cierpienia, rozum był zaćmiony, wola słaba i udręczona, pamięć pełna wszystkiego co złe i przykre, uczucia przesycone lękiem, goryczą, konaniem bez śmierci. O Chryste Ukrzyżowany, gdyby mi na początku tej drogi nie przyszła w pomoc Twoja Matka Niepokalana, byłabym sobie na pewno życie skróciła z rozpaczy. Najdroższa Matko, w najcięższych chwilach walki krzepił mnie sen, jaki miałam pewnej nocy, gdy byłam w Zdroju w 1933 roku. Sen ten mam zapisany w notatce – w całości tu tylko wspomnę słów parę, skąd czerpałam nadzieję, że mnie Bóg uratuje z tej męki. Oto, przy końcu snu ujrzałam Matkę Najświętszą Niepokalaną, na której prośbę otworzyło się niebo i stamtąd zaczęło na mnie spływać całymi strugami nadprzyrodzone światło, pod którego działaniem cała moja istota przemieniła się w podobne światło i przez kilka minut doznałam zachwytu zjednoczenia z Bogiem. Ten sen był dla mnie nadzieją, że kiedyś spełni się to rzeczywiście przez przyczynę Matki Najświętszej. Nie zawiodłam się w swojej nadziei, albowiem od wieków nie słyszano, aby kto uciekając się do Ciebie, miał być od Ciebie opuszczonym... o Maryjo, Matko moja jedyna. W roku 1940 w jesieni uczułam w duszy naglącą potrzebę wyspowiadania się z całego życia. Nie mogłam się na to zdecydować żadną miarą, lecz po wielu prośbach do Ducha Świętego przyszedł dzień 3 stycznia, kiedy ja, nędzna grzesznica, klęcząc przy konfesjonale, po raz pierwszy po 9 latach otworzyłam całą duszę przed Spowiednikiem. Co ja wówczas przeżyłam, to wiadomo jednemu Bogu... Po spowiedzi św. dusza moja wprost została zalana światłem Bożym i pragnieniem miłowania Boga ze wszystkich sił. Opuściły mnie nagle wszystkie utrapienia duszy i ciała, uczułam w sobie pokój Boży słodki, a mocniejszy niźli śmierć. Zdawało mi się, że jakiś potężny mur runął, który mnie przez tyle lat dzielił od mojej Miłości, a teraz mogłam się z ufnością zbliżyć do Serca Bożego i zbliżywszy się, zapłakałam jak dziecko z nadmiaru szczęścia, bo znalazłam Boga, Skarb swój umiłowany na wieki. Wszystko to stało się przez przyczynę Matki Najświętszej Niepokalanej, bo Ona, najlitościwsza Pani, od zarania życia opiekowała się mną zawsze i wszędzie.

Wkrótce po spowiedzi generalnej zaczęłam otrzymywać od Pana Boga niezliczone dowody jego miłości, a nie mówiłam o tym Spowiednikowi, trzymając się bezwiednie dawnej metody, by oprócz win niczego nie opowiadać na spowiedzi. Jednak nie podobało się to Panu Jezusowi, bo pewnego razu stojąc przy kufrze na korytarzu usłyszałam wyraźnie te słowa w wigilię spowiedzi: „Powiedz wszystko Ojcu Duchownemu, co się dzieje w twojej duszy, nie pochwalisz tym siebie, lecz Mnie”. Takie wyznanie cięższe mi było od wyznania samych grzechów, ale było mi niezmiernie korzystne, bo Spowiednik prowadził mnie drogą prostą wśród nieznanych mi tajemnic życia wewnętrznego. Wszystko tu dla mnie było nowe, a tak piękne, że nie mogłam wyjść z podziwu, co Bóg czyni dla tych, którzy Go miłują. W życiu miłości zjednoczonej z Bogiem również są cierpienia i to bardzo wielkie, ale że te cierpienia powstają z miłości, więc nie są już tak gorzkie jak tamte poprzednie – owszem te cierpienia mają Boską słodycz w sobie, bo tu dusza cierpi wspólnie z Jezusem.

O Matko Przewielebna, jak bardzo pragnę, aby każda z naszych Sióstr mogła wejść w głębiny życia wewnętrznego, aby w całej pełni mogły zakosztować te Wybranki, jak słodki jest Pan. Niczego tu nie trzeba, by zdobyć tę łaskę u Pana, jak tylko być wierną córką Kościoła i Zgromadzenia, zachować sumiennie Reguły i Śluby, nadto mieć szczere serce dla bliźnich. Kto by zachował wszystkie przepisy zakonu, a miłości by nie miał choćby do jednej tylko duszy na świecie, na nic się nie przyda nabożeństwo jego – będzie to cymbał brzmiący, jak się wyraża św. Paweł Apostoł. Serce naszego Zbawcy najprędzej da się ująć miłością bliźniego, a im ta miłość będzie głębsza i serdeczniejsza, tym Jego dary będą hojniejsze, a w końcu Pan Jezus zniewolony miłością da duszy tę wielką łaskę, że nieustannie będzie żyć i obcować z Nim w takiej serdeczności jak dziecko z rodzicami, jak przyjaciel z przyjacielem itd. Wtedy posiada dusza cząstkę nieba na ziemi, bo cóż może być słodszego dla duszy, jak mówić swojemu Bogu: Panie, ja Ciebie nade wszystko miłuję. A Pan Jezus, by niejako nie być dłużnym, często odpowiada duszy z najczulszą serdecznością: „Ja ciebie także miłuję, ukochana moja, jedyna moja”.

Żeby Pan Jezus tak odczuwalnie obcował z duszą, należy się strzec najmniejszego przywiązania do stworzeń, gdyż te przywiązania, choćby niewinne, czynią duszę nieczułą na obecność Jezusa. Mnie Pan Jezus pouczył o tym jeszcze w życiu świeckim (...).

Teraz w klasztorze też mi Pan nie pozwala na żadne najmniejsze przywiązania do czegokolwiek, każdą rzecz, która mnie do siebie pociąga, usuwa Zbawiciel czym prędzej ode mnie, choćby to pociągało nawet materialną szkodę dla Zgromadzenia. Niech w dowód rzeczywistości posłuży ten fakt: Zaraz z początku wojny miałam bardzo piękny porcelanowy garnuszek do kawy, na którym były malowane fiołki, moje ulubione kwiaty, Więc może z tego powodu ceniłam ten garnuszek. Pewnej niedzieli na modlitwie po Mszy Świętej upewnił mnie Pan Jezus, że napełni moją duszę swoimi łaskami aż po brzegi, ale muszę być bardzo pokorną, bo inaczej łaski Boże tak mogą się wylać z duszy jak kawa z mojego garnuszka, gdy się go przez nieostrożność stłucze.

Upokorzyłam się przed Panem jak mogłam najgłębiej i pozostałam w rozważaniu przestrogi Bożej. Może za pięć minut przychodzi jedna z Sióstr i mówi mi zakłopotana wielce: Ach, Siostro droga, twój garnuszek piękny stłuczono przez nieostrożność w drobne kawałki i wszystka kawa się rozlała. Słysząc to zadrżałam z bojaźni, prosząc Pana Jezusa gorąco i Matki Najświętszej, aby Oni obydwoje trzymali w swoich Najświętszych rękach naczynie mojej duszy, bo ja sama z siebie jestem mniej niż gliną, jestem istotną niemocą i w każdej chwili mogę zmarnować łaski Boże.

Gdybym chciała opisać wszystkie zmiłowania Boże nad swoją duszą, to musiałabym pisać całe tomy, a ponieważ jestem pewna, że Bóg kiedyś wszystko objawi niebu i ziemi, co uczynił dla każdej duszy z osobna, więc na teraz jestem spokojna, że napisałam tyle, ile posłuszeństwo dla Przewielebnej Matki Generalnej wymagało, a tym samym i Pan Jezus będzie zadowolony, bo Jezus nie będzie się pytał, czy dużo napisałam, lecz czy wypełniłam posłuszeństwo.

Jak z zaczęciem tego pamiętnika miałam w duszy niechęć do pisania, tak teraz czuję pokój i zadowolenie w Bogu.

Opracowanie: Dorota Porzucek / CC BY-NC-ND 4.0

Źródło: W oceanie miłości i miłosierdzia TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ, Siostra Roberta Zofia Babiak, wyd. WAM, Księża Jezuici, 2016

Fot. VICONA / CC BY-NC-ND 4.0

0 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg