Abp Fulton Sheen o kapłanach





Bardziej współczesnym przejawem nadużywania autorytetu jest umniejszanie go, wypieranie się go lub dążenie do odgrywania innej roli niż ta, której wymaga urząd kapłana-żertwy. Autorytet jest dziś w niebezpieczeństwie nie tyle z powodu pychy, ile z powodu konformizmu wobec ducha świata. (…)


Pycha, która kiedyś szukała pierwszego miejsca, teraz szuka ostatniego, aby zwrócić na siebie większą uwagę lub wzbudzić sympatię antykultury: „Umniejszam się przed wami”, „Jestem biedniejszy od was”, „Stanowię jedno z obdartymi egzystencjalistami, młodymi gniewnymi i rewolucjonistami”. Dawniej pycha tkwiła w nadmiernym wywyższaniu się: „Jestem księdzem”; obecnie tkwi w publicznym obnoszeniu się z abnegacją i porzuceniem stroju duchownego: „Jestem nieksiędzem”. Dawniejsza pycha kapłańska była zazdrosna o tych, którzy postawieni są wyżej; nowa pycha zazdrości tym, którzy stoją niżej. Im bardziej kapłan wygląda jak włóczęga, im bardziej ordynarne są jego maniery, im bardziej przybiera on tę szyderczą pokorę, która zaprzecza stopniom i hierarchii porządku i czyni z każdego członka ciała stopę, po której można deptać, tym bardziej chełpi się swoją wielkością. Dziecko jest zabawne, gdy nie ma świadomości, że jest zabawne; gdy tylko zaczyna być świadome swoich wybryków, zamienia się w „bachora”. Kapłan, który jest nieświadomy władzy, nigdy jej nie nadużywa, ponieważ należy ona do Chrystusa: „Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem” (1 Kor 15, 10). Kapłan, który drwi z autorytetu Kościoła i Pisma Świętego oraz papieża, z dumą mówi: „Nie jestem tym, czym jestem”. Do Kościoła wkrada się ten nowy diaboliczny superegotyzm, który zdradza wstyd przynależności do Chrystusa. „Gdybym ubierał się jak ksiądz lub zakonnica, albo akceptował autorytet Kościoła, gdy sprzeciwia się on światu, wprowadzałbym podziały”. Właśnie w tym rzecz: mieliśmy wprowadzać podziały (…). Mamy być oddzieleni, odłączeni, a jednym ze skutków naszego głoszenia powinno być uświadomienie innym ich antagonizmu do Boga poprzez poruszenie ich sumień. Oznacza to, że ukryta wrogość przeciwko Bogu zostaje wydobyta na światło dzienne. Głoszenie Chrystusa miało na celu dzielenie. Jest On „znakiem sprzeciwu. (…)


Żaden Kościół nie jest silny, gdy jest „tolerowany” przez świat. Kościół jest słaby, gdy jego delegaci odczuwają lęk przed „nieutrzymywaniem dobrych stosunków” z tymi, którzy lekceważą autorytet Chrystusa. Sól nadaje smak tylko dlatego, że „tworzy podziały” w mięsie. Światło oświeca jedynie dlatego, że „tworzy podziały” w ciemności. Nasz Pan sprawił, że znakiem rozpoznawczym ucznia stało się dźwiganie krzyża; ambasador, który zamienia krzyż w poduszkę, aby zjednać sobie opinię świata, może mieć powody do obaw: „Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w swojej chwale oraz w chwale Ojca i świętych aniołów” (Łk 9,25).

 

Obserwuj kapłana odprawiającego Mszę Świętą, a będziesz mógł powiedzieć, jak traktuje on dusze w konfesjonale, jak posługuje chorym i ubogim, czy jest, czy też nie jest zainteresowany nawracaniem ludzi, czy bardziej chce zadowolić Pana Biskupa, czy raczej Pana Boga, jak skutecznie zaszczepia cierpliwość i pogodzenie się u tych, którzy cierpią, czy jest zarządcą, czy raczej pasterzem, czy kocha bogatych, czy raczej bogatych i biednych, czy wygłasza koniunkturalne kazania, czy raczej głosi słowa Chrystusa. Moralny rozkład kapłaństwa rozpoczyna się od braku żywej wiary w Boską Obecność i od tej samej wiary bierze też początek świętość kapłaństwa.

 

Kaznodzieja, który zanudza innych na ambonie, jest nudziarzem, zanim w ogóle się tam znajdzie. Nie jest on zakochany. Nie płonie ogniem Chrystusa. Jest wypalonym żużlem unoszącym się w odmętach wyświechtanych frazesów. „Bo z obfitości serca mówią jego usta" (Łk 6, 45). Za socjologicznymi frazesami, moralnymi banałami i politycznymi komunałami kaznodziei kryje się jakieś inne źródło niż Chrystus.

 

Tylko ten kapłan, który jest przekonany, że posiada Prawdę na mocy śmierci Chrystusa, może kiedykolwiek przekonać innych. Ludzkość chce usłyszeć to, co mówi Bóg, a nie to, co podaje New York Times. Językiem kapłana jest: "Wiem", a nie "Uważam". Tylko ten, kto płonie miłością Chrystusa, może tchnąć żar w zimne serca. Jak zauważył Goethe: "Nie mów mi o swoich wątpliwościach. Mam swoje własne. Powiedz mi prawdę".

 

Pierwszym i najważniejszym czynnikiem upadku Piotra, podobnie jak upadku każdego kapłana, jest bez wątpienia zaniedbanie modlitwy. (…) Aby móc nieustannie dawać samego siebie, potrzeba uzupełniania z góry. Będąc kanałem, przez który woda życia płynie do ludzi, kapłan musi nieustannie dbać i modlić się o to, by pozostać czystym i świętym. Jak mówiła święta Teresa z Avila: ten, który pomija modlitwę, nie potrzebuje diabła, by wrzucił go do piekła; sam się do niego wrzuca.


Następnym etapem w duchowym upadku kapłana jest zastępowanie modlitwy pracą. Jest on zbyt zajęty, by się modlić; nie ma czasu na rozmyślania. Staje się tak aktywny, że zaczyna lubować się w tym, co niepospolite. Oddaje się niekończącym się wizytom, spotkaniom i konferencjom. Jest zbyt zajęty, by upaść na kolana, lecz starcza mu czasu na to, by wymachiwać mieczem i grzmieć przeciw urzędnikom państwowym oraz złym politykom. Robi dokładnie to, co uczynił święty Piotr w Ogrójcu, gdy Judasz i żołnierze przyszli, aby pojmać naszego Pana. (…)


Po tym, jak kapłan zarzuci rozmyślania i wypełni swe dni „aktywizmem”, jego następnym krokiem w dół jest rezygnacja z umartwień i wynikająca z niej letniość. „A Piotr szedł za Nim z daleka” (Mt 26, 58). (...)


Zaniedbanie czuwania, modlitwy i umartwienia rodzi wewnętrzny dyskomfort przebywania w zbyt bliskiej obecności Pana.


Gdy to się stanie, serce kapłana przestaje służyć Panu. Sprawuje Mszę Świętą i odmawia brewiarz, lecz rzadko nawiedza Najświętszy Sakrament. Trzyma Pana na dystans. Wspina się na ambonę, aby wzywać do złożenia ofiary na misje, ale nie daje ani grosza z własnej kieszeni. (...) Traci smak spraw duchowych. Święci kapłani irytują go. Przestrzega postu i wstrzemięźliwości w nakazane dni, lecz często idzie na skróty. Szepce do swego sumienia: „Nawet jeśli nie uczyniłem całego dobra, które mogłem uczynić, przynajmniej nie wyrządziłem żadnej krzywdy”.


Zamiast rozmyślać nad złem, którego jest winny, chełpi się grzechami, których unika; porównuje siebie nie z tymi, którzy są lepsi, lecz z tymi, którzy są gorsi od niego. Rezygnuje z duchowej lektury i zastępuje Księgę Apokalipsy „książką miesiąca”. Jego kazania są nieprzygotowane. Składają się w dużej mierze z krytyki i narzekania. Wszystkim, co jest w stanie osiągnąć, jest przypisywanie innym własnej przeciętności. Jego dusza jest pusta. W najlepszym przypadku ma niejasną świadomość wciąż rosnącego dystansu, jaki oddziela go od naszego Pana. W nocy, gdy się budzi, w jego uszach brzmią słowa Mistrza: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. (Mt 16, 24)

 

Zależność między sposobem, w jaki nauczam, a sposobem, w jaki żyję, jest bardzo ścisła. Lewici i kapłani, którzy przechodzili obok zranionego człowieka, byli prawdopodobnie w drodze do świątyni na liturgię albo po to, by głosić kazania na temat „Miłości". Wiarygodność i zachowanie są bliźniętami. Wiarygodni są tylko ci, którzy praktykują swoje przekonania. W przeciwnym razie są niczym konferansjerzy namawiający widzów do kupna Chevroleta, podczas gdy sami jeżdżą Plymouthem.

 

Kapłan, który oddany jest Duchowi, posiada odpowiedź, gdy dopadają go próby, niesprawiedliwość, zdrady, rozczarowania, problemy ze zdrowiem lub pokusy; wie, że przygotował je Duch. Natychmiast przypomina sobie, że „Pełen Ducha Świętego, powrócił Jezus znad Jordanu i przebywał w Duchu [Świętym] na pustyni czterdzieści dni, gdzie był kuszony przez diabła” (Łk 4, 1).


(…) Kapłan nigdy nie będzie narzekał na swojego biskupa, swych braci w kapłaństwie i swoich wiernych, jeśli rozumie, że Duch jest autorem wszystkich jego prób. (…)


Gdy zrozumiemy, że wszystkie próby pochodzą od Pana, tracą one swą gorycz, a nasze serce napełnia się pokojem. Gdy nadchodzą takie próby, musimy błagać wiernych, aby walczyli u naszego boku za pomocą swych modlitw. Miarą wartości, jaką przykładamy do modlitwy, jest uporczywość, z jaką prosimy wiernych powierzonych naszej pieczy o modlitwę za nas. (…)


Kapłan ma prawo domagać się modlitw od swego ludu, ponieważ to przez ich modlitwy otrzymuje od Ducha wszystko, czego potrzebuje.

 

My, kapłani, jesteśmy nie tylko pasterzami, lecz również barankami. Czyż sam nasz Pan nie był jednocześnie „Dobrym Pasterzem” i „Barankiem Bożym” (J 1,29)? Jako ofiarujący, jest On Pasterzem. Jako ofiarowany, jest Barankiem. (...)


Również kapłan nie jest jedynie pasterzem, który troszczy się o swoje owce; jest również barankiem ofiarowanym w trosce o nie. Troska ta jest tym, co odróżnia go od najemnika. Ten, kto troszczy się o innych, przyjmuje na siebie ciężar ich sytuacji i dźwiga go z miłością. Parafianie nie są intruzami; są naszym sercem, naszym ciałem i naszą krwią. (...)


Nadrzędnym zadaniem kapłana jest poszukiwanie zagubionej owcy i trwanie przy niej, gdy już ją znajdzie. Tym właśnie różni się prawdziwy pasterz od najemnika, intelektualista od inteligenta. Obaj są utytułowani, wyedukowani i wykształceni. Różnica tkwi w ich stosunku wobec ludzi. Intelektualista nigdy nie traci współczucia dla tłumów, co było cechą Słowa Wcielonego. Natomiast inteligent, przeciwnie, żyje w oderwaniu od łez i głodu, raka i żałoby, ubóstwa i ignorancji. Brakuje mu zrozumienia dla problemów prostych ludzi. W jego żyłach nie płynie mleko ludzkiej życzliwości, a jedynie krem książkowej wiedzy.


Podobnie jest z kapłanem. Kontakt z ludźmi ze względu na Chrystusa jest poświęceniem będącym warunkiem kapłaństwa. Kapłan staje się pasterzem dusz jedynie dzięki temu, że – zapominając o wszelkiej światowej wyższości – jest również składanym w ofierze barankiem.

 

Jeśli kapłan narzeka, że nie może nikogo nawrócić w swojej parafii, w swym mieście lub w swojej misji, czas, aby zapytać, czy polega na swych własnych siłach. Zawsze istnieje jakiś powód, jeśli Boska gwarancja: „Odtąd ludzi będziesz łowił” (Łk 5, 10) jest nieskuteczna. (...) Sukces przychodzi przez nasze zjednoczenie z Nim.

 

Jeśli w sobotę przed jednym konfesjonałem ciągnie się długa kolejka, a przed drugim stoi jedynie jeden lub dwóch penitentów, nadszedł czas, aby kapłan zadał sobie kilka pytań. Świętość przyciąga penitentów do świętych kapłanów. Magnetyzm takich kapłanów jest magnetyzmem samego Chrystusa.






Źródło: abpsheen.pl Fot. VICONA / CC-BY-NC-ND 4.0