Grzech, nawrócenie, spowiedź



Czym innym jest grzech, a czym innym czyn niezgodny z moją dobrą samooceną. Chociaż materialnie jest to przeważnie jeden i ten sam czyn (zaniechanie, postawa itp.), to przecież religijne poczucie grzechu różni się istotnie od psychicznego, a niekiedy po prostu egocentrycznego poczucia winy.



Choroba duchowa jest większym nieszczęściem niż choroba ciała. Grzeszność, jeśli zostaje puszczona samopas, niszczy człowieka duchowo. Prowadzi do śmierci duchowej, a nawet utraty życia wiecznego.


François de La Rochefoucauld, francuski pisarz, pamiętnikarz i filozof, zauważył zgryźliwie, że cnota niektórych to tylko brak okazji do grzechu. To samo zresztą mówi mądrość ludowa: Nie ty grzechy, ale grzechy ciebie opuściły. Żałuje za grzechy, kiedy już grzeszyć nie może.


Tę historię opowiadał mi mój współbrat zakonny, o. Marcin Babraj. Jako dziecko był razem z mamą i siostrami na zesłaniu w Kazachstanie. Kiedy miał 12 lat, w 1946 r., zesłańcy mogli wrócić do Polski, ale tylko ci, którzy pochodzili z ziem przedwojennej Rzeczypospolitej. Rozpacz tych, którzy musieli zostać, zdawała się nie mieć granic. Wyrażała się ona przede wszystkim religijnie. Już moglibyśmy pozostać na tej niegościnnej ziemi – wciąż powtarzała się skarga – ale żeby przynajmniej raz w roku być na Mszy Świętej..., żeby przed śmiercią można było chociaż jeden raz się wyspowiadać..., żeby chociaż jeden raz Komunię Świętą przyjąć...


Inną, nie mniej przejmującą opowieść zapisała Grażyna Lipińska w swojej książce „Jeśli zapomnę o nich”. Autorka podczas ostatniej wojny znalazła się w bolszewickim więzieniu w Mińsku. Wszystkie znajdujące się w celi więźniarki były osobami religijnymi. Modlitwa przynosiła im wiele pociechy. Tylko jedna z nich, Jadwiga Ejsmont, izolowała się od współwięźniarek. Już cztery lata siedziała w więzieniu i wciąż nie wiedziała za co. Nie przyłączała się do wspólnych modlitw. Nagle stało się coś niespodziewanego:


Pani Jadwiga początkowo patrzy w osłupieniu na każdą z nas, potem zaczyna modlić się żarliwie. Całuje kolana pani Heleny:

– Pani droga – szepcze z płaczem – proszę mnie wyspowiadać z moich grzechów; ja przecież już nigdy w życiu nie zobaczę kapłana.

Jesteśmy wszystkie wzruszone do łez. Pani Helena drżącym głosem odpowiada:

– Siostro, Bóg miłosierny jest twoim kapłanem. Jeśli ulgę ci sprawi wyznanie przede mną grzechów, chętnie wysłucham je i będę za ciebie modliła się. Zatykamy sobie uszy, żeby nie krępować pani Jadwigi. Prawosławne w najdalszym kąciku zaczynają odmawiać swoje korne modły. Jadwiga cichutko zwierza pani Helenie swoje grzechy, zwątpienia, bóle.


Zamiast komentować to wydarzenie, przypomnę, że sam św. Tomasz z Akwinu zachęca do spowiedzi przed człowiekiem świeckim w sytuacji, kiedy nie ma dostępu do kapłana: Jeśli konieczność nagli, penitent powinien zrobić to, co może, a mianowicie obudzić w sobie skruchę i wyznać swe grzechy, komu może to uczynić, chociaż ów nie może dokonać sakramentu, czyli udzielić rozgrzeszenia. Jezus Chrystus, Kapłan Najwyższy, uzupełni to, co powinien uczynić nieobecny kapłan. Niemniej spowiedź przed człowiekiem świeckim, dokonana z pragnienia wyspowiadania się przed kapłanem, ma poniekąd charakter sakramentalny, choć nie jest doskonałym sakramentem wskutek braku czynności kapłana.


Niekiedy z naglącą potrzebą wyspowiadania się ze swoich grzechów przychodzą do księdza niekatolicy, należący do tradycji religijnych, gdzie spowiedź nie jest praktykowana. Przywołam tu świadectwo Justyny Iwaszkiewicz, znanej tłumaczki z języków skandynawskich. Chociaż mieszkała ona w Norwegii, do Polski przyjeżdżała dostatecznie często, żeby do spowiedzi przystępować przy okazji tych przyjazdów. Kiedyś jednak przez dłuższy czas do Polski nie wyjeżdżała i poszła wyspowiadać się do katolickiej katedry w Oslo. Spowiedź tę wspomina następująco:


Pamiętam, jak kiedyś w Oslo chciałam się wyspowiadać, a pierwszym pytaniem, jakie mi zadał ksiądz, było: „Czy jesteś katoliczką?". Oniemiałam, takiej wątpliwości nikt przedtem nie wyrażał! Potem zrozumiałam, skąd to pytanie, bo jak się okazuje coraz częściej zdarzają się wypadki, że protestanci pukają do katolickich drzwi, by odbyć spowiedź.


Jezus często i w różnych sytuacjach powtarzał, że nawet wielki grzesznik z chwilą, kiedy pragnie się nawrócić, jest bliższy Bogu, niż ktoś na pozór bez zarzutu, kogo sprawiedliwość polega głównie na tym, że swoich grzechów nie zauważa. A nie zauważa, dlatego że stały się one poniekąd jego drugą naturą i do nich się przyzwyczaił.


(...)


Słyszy się nieraz, że ktoś o jakimś swoim złym postępku mówi: Nie mogę sobie tego wybaczyć. Zapytajmy: czy samemu sobie można w ogóle wybaczyć grzech? Zapewne chodzi tu o to, że ów postępek przyniósł mi ujmę w moich własnych oczach, narusza mój dobry obraz samego siebie.


Czym innym jest grzech, a czym innym czyn niezgodny z moją dobrą samooceną. Chociaż materialnie jest to przeważnie jeden i ten sam czyn (zaniechanie, postawa itp.), to przecież religijne poczucie grzechu różni się istotnie od psychicznego, a niekiedy po prostu egocentrycznego poczucia winy.


Ludzie starający się żyć uczciwie, troszczący się o rodzinę, wykonujący sensowną pracę zawodową, są zazwyczaj z siebie i swojego życia zadowoleni – i poczucie winy nawiedza ich co najwyżej incydentalnie. Jeśli taki człowiek jest zasadniczo wierny Bożym przykazaniom, dość często zdarza się, że przestaje odczuwać potrzebę sakramentu pokuty.


Owszem, ludzie tacy bardzo sobie cenią istnienie tego sakramentu. Wiedzą bowiem o tym, że człowiek czasem ciężko upadnie i wówczas dotkliwie jest mu potrzebne Boże miłosierdzie. Na ogół jednak chodzenie do spowiedzi jest dla takich osób problemem kłopotliwym. Niby powinno się to robić, a nie bardzo wiadomo, po co.


Jednak bywa i tak, że moje postępki aż nadto usprawiedliwiałyby pojawienie się poczucia winy, ale ja staram się różnymi metodami je w sobie stłumić. Można na przykład „wytłumaczyć” sobie, że tak jak ja postępują wszyscy, a wobec tego nawet jeśli moje postępowanie jest złe, to można się tym zanadto nie przejmować. Szczególnie skutecznym sposobem osiągnięcia fałszywego zadowolenia z siebie jest dostosowanie poglądów do swego postępowania. Człowiek „wytłumaczy” sobie wówczas, że zło, jakie czyni, jest w gruncie rzeczy czymś z dobrym, a w każdym razie postępowanie takie jest niezbędne, żeby w życiu nie utonąć, ale utrzymać się na powierzchni.


Takie stłumienie poczucia winy można jeszcze przyklepać obserwacjami, że inni postępują jeszcze gorzej.


Można nawet dojść do takiego zaślepienia, że człowiek już w ogóle nie widzi swojego zła, natomiast odczuwa nieustanną potrzebę potępiania innych. Moje zadowolenie z siebie wzmocni się dodatkowo, jeśli wśród tych, których potępiam, nie zabraknie księży. Wówczas bowiem sprawa staje się już zupełnie jasna: po co chodzić do spowiedzi, skoro sami szafarze tego sakramentu są gorsi ode mnie?


Egocentryzm takich postaw poznać można po następujących znakach: skłonność do usprawiedliwiania siebie i potępiania innych, niekiedy złość na samego siebie, że w jakiejś sytuacji nie potrafiłem zachować się lepiej, czasem nawet pogarda dla siebie. Sędzią, który mnie wówczas ocenia, jestem ja sam, choć pobudzony niekiedy do tego przez innych. Nie trzeba chyba dodawać, że sędzia ten bywa zazwyczaj mało obiektywny.


Zupełnie czym innym jest religijne poczucie grzechu. Jego cechą charakterystyczną jest nie tyle żal, że nie jestem taki, jakim chciałbym być albo jaki powinienem być, ale żal, że nie jestem taki, jakim chciałby widzieć mnie Bóg. W jakimś sensie nie obchodzi mnie to, że nie dorastam do mojego ja idealnego. Tym, co naprawdę jest źródłem mego bólu i niepokoju, jest to, że Bóg wciąż jeszcze nie jest dla mnie wszystkim i że wciąż jeszcze bardzo mi do tego daleko.


Krótko mówiąc, źródłem prawdziwego poczucia grzechu jest miłość Boża, gruntownie zaniepokojona licznymi objawami swojej bylejakości lub nawet nieautentyczności. Coś podobnego przeżywają zapewne małżonkowie, których małżeństwo bardzo się udało. Z jednej strony cieszy ich to, że im dłużej są ze sobą, tym więcej się kochają, ale z drugiej strony wciąż odkrywają w swojej miłości jakąś nieprawdę i egoizm, i wciąż muszą je w sobie przezwyciężać.


Toteż człowiek dopiero wówczas zaczyna rozumieć, jak wielkim jest grzesznikiem, kiedy już w ogóle mu się nie zdarzają grzechy ciężkie. Bo dopiero wówczas jestem w stanie dostrzec samą istotę grzeszności: oto Bóg daje się nam dosłownie cały, dla nas stał się człowiekiem, za nas pozwolił się ukrzyżować, zaś w Eucharystii daje nam się wręcz do spożywania − a we mnie wciąż jest jakiś nieprzezwyciężalny skurcz, który nie pozwala mi oddać się Jemu całkowicie, wciąż jestem wobec Niego nieufny, wciąż nie umiem Mu naprawdę zawierzyć samego siebie.


To poczucie grzechu nie ma nic wspólnego z wmawianiem sobie czegoś, czego się samemu nie widzi, nie ma też w nic wspólnego z samoponiżaniem się, nie zmniejsza też poczucia własnej wartości. Człowiek widzi jednak z przerażeniem, że moja wartość jako osoby ludzkiej oraz moja wolność są zagrożone w samym fundamencie: bo przecież dopiero moje całkowite otwarcie się na Boga pozwoli mi w pełni zrealizować siebie i osiągnąć pełną wolność. I zapewne dopiero wówczas człowiek ma szansę jako tako zrozumieć, co to znaczy, że Chrystus jest Zbawicielem.


Uznać swoje grzechy jest czymś zupełnie innym, niż w uznać swoje ułomności. Do własnych ułomności (przynajmniej niektórych) przyznajemy się łatwo i bez oporów. Errare humanum est (Błądzić jest rzeczą ludzką) – to jedno z najczęściej stosowanych przez nas samousprawiedliwień.


Zarazem niemal powszechnie próbujemy nie przyjąć do wiadomości tego, że jesteśmy grzeszni. Niektórzy – ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu – dowiedzą się o swojej grzeszności dopiero na Sądzie Ostatecznym. Dopiero wówczas dowiedzą się, jak pusta była ich religijność (por. Mt 7, 22) i jak twarde były ich serca na ludzką biedę (por. Mt 25, 44). W naszym życiu trzeba aż Ducha Świętego, żeby przekonał nas o grzechu (por. J 16, 8). Zdarza się nawet, że swój grzech uważamy za coś dobrego.


Niezgoda na uznanie swojej grzeszności jest – jak poucza Ewangelia – podstawową przyczyną niewiary w Jezusa Chrystusa: Światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność, aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków (J 3, 19-20).


Rzecz jasna, również chrześcijanin może uważać się za człowieka bezgrzesznego. Podobnie jak można jednocześnie być chrześcijaninem i zamknąć się na prawdę o krzyżu, być chrześcijaninem i próbować wprowadzać korekty do Bożych przykazań, itp.


Co to znaczy, że jestem człowiekiem grzesznym? Chodzi o to, że nie jestem taki, jakim by chciał mnie Stwórca; że – nawet jeśli żyję w łasce uświęcającej – nie jestem dość blisko Boga, nie kocham Go jeszcze naprawdę z całego serca, moje zawierzenie Mu wciąż jeszcze nie jest pełne. Grzeszność ujawnia się różnorako w moich myślach, mowie, uczynkach i zaniedbaniach.


Zwróćmy jeszcze uwagę na to, że chociaż wszyscy jesteśmy grzeszni, to przecież jest istotna różnica między życiem świętym, dzięki łasce Bożej możliwym również dla grzeszników, a życiem grzesznym. Wprawdzie wszyscy jesteśmy grzeszni, ale w życiu jednych króluje grzech, a w życiu innych – łaska.


Wszyscy – wierzący i niewierzący – zdolni jesteśmy do pytań o swoje ułomności i wady, do starań o głębsze poznanie siebie, do porównywania swojego „ja” idealnego z tym, kim faktycznie jestem. Ale tylko człowiek wierzący może pytać o swój grzech. Tylko człowieka wierzącego może interesować to, jak mnie widzi mój Stwórca, czy nie niszczę tego dzieła Bożego, jakim sam jestem. Zdarza się niestety, że również chrześcijanin uchyla się od stawiania sobie tych pytań. Zapewne świadczy to o tym, że jego wiara znajduje się w kryzysie lub nawet w fazie schyłkowej.


Psychologia rozpoznania własnego grzechu może jednak przebiegać różnorodnie. Syn marnotrawny zło swojego odejścia od ojca rozpoznał dopiero w biedzie, w jakiej wskutek swego postępowania się znalazł (por. Łk 15, 14-19). Złapana na gorącym uczynku, potępiona przez wszystkich i wleczona na ukamienowanie cudzołożnica zobaczyła swój grzech dopiero wtedy, kiedy Pan Jezus powiedział, że jej nie potępia (por. J 8, 1-11). Z kolei Szaweł zrozumiał swoje zaślepienie dopiero w bezpośrednim spotkaniu ze zmartwychwstałym Chrystusem (por. Dz 9, 1-6).


Nie przypadkiem Pan Jezus mówił, że zbawienie jest zamknięte przed tymi, którzy nie wiedzą o tym, że są grzesznikami: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników (Mk 2, 17). Bo człowiek, który nie wie o tym, że jest grzesznikiem, i uważa się za całkiem zdrowego i sprawiedliwego, w rzeczywistości nie jest ani zdrowy, ani sprawiedliwy; jest tylko duchowo nieprzytomny i nic nie wie o tym, że istnieje coś takiego jak miłość Boża, do której jest powołany.


Modlitwę faryzeusza, który dziękował Bogu za to, że nie jest jak celnik, trafnie skomentował św. Augustyn: Miał i faryzeusz grzechy. Ale w swojej przewrotności zapomniał, po co przyszedł. Zachowuje się jak chory, który pokazuje lekarzowi zdrowe członki, rany zaś ukrywa.


Ludzie wierzący wiedzą to już od czasów króla Dawida: że tylko Bóg może uwolnić człowieka od grzechu. (...)


Kiedy spowiednik – ułomny człowiek, niekiedy bardziej grzeszny niż ten, kto przyszedł do niego do spowiedzi – wypowiada słowa rozgrzeszenia, wówczas (rzecz jasna!) odpuszcza grzechy nie on, ale sam Chrystus.


Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy zarówno krzywdziciel, jak i pokrzywdzony robią wszystko, co w ich mocy, żeby usunąć skutki zaistniałej krzywdy. Otóż nawet wówczas nie da się unieważnić zła, które się wydarzyło. Nie da się nawet zapobiec wszystkim skutkom, które dzisiaj obciążają nas w wyniku tego zła. Nawet wówczas sama sytuacja woła o to, żeby odwoływać się do Bożego miłosierdzia, które może uleczyć i naprawić do końca to, co po ludzku nieodwracalne. A cóż dopiero powiedzieć o takich sytuacjach, kiedy skruszony krzywdziciel nie może ubiegać się o przebaczenie u swojej ofiary, oddzielonej od niego grobem albo nieprzezwyciężalną urazą?


Odpuszczenie grzechu jest czymś więcej niż wybaczeniem krzywdy, przez którą tego grzechu się dopuściłem. Ja mogę krzywdę w miarę możności naprawiać, ty możesz mi ją wybaczyć i bardzo zależy mi na tym, żebyś mi ją wybaczył – jednak ani ja, ani ty nie jesteśmy w stanie sprawić tego, żeby zrósł mi się moralny kręgosłup, który sobie przetrąciłem, zadając ci krzywdę. Tego może dokonać tylko wszechmocny i miłosierny Bóg. I tylko On może mi wybaczyć tę krzywdę, którą ja Jemu wyrządziłem, postępując tak, jakbym nie był Jego stworzeniem.


Bóg może tego dokonać również wówczas, kiedy mimo szczerego nawrócenia nie jestem w stanie uzyskać od ciebie przebaczenia. Nie otrzymam jednak odpuszczenia grzechu, jeśli nie będzie mi zależało na uzyskaniu twojego przebaczenia albo jeśli nie będę się starał zadanej ci krzywdy jak najpełniej naprawić.


Może się zdarzyć, że ubieganie się o odpuszczenie grzechów potraktuję jako drogę na skróty, na której będę próbował wymigać się od odpowiedzialności za zadaną ci krzywdę. Jednak w ten sposób nie tylko nie uzyskam odpuszczenia grzechu, ale dodatkowo jeszcze obrażę Boga. On nie chce mnie nawet widzieć przed swoim ołtarzem, dopóki nie pojednam się z bliźnim (por. Mt 5, 23-24), tym bardziej więc bezczelnością byłoby prosić Go obłudnie o wybaczenie krzywdy, której wcale nie zamierzam naprawić. Gdybym w taki sposób prosił Boga o odpuszczenie grzechów, znaczyłoby to, że prosiłbym Go o to, żeby przyklasnął moim niegodziwościom albo przynajmniej żeby przymknął na nie oczy.


Kiedy Bóg wybacza człowiekowi grzech, to nawet porównać się tego nie da z wybaczeniem, jakiego człowiekowi udziela człowiek. Ty jesteś tylko człowiekiem. To bardzo wiele, że starasz się krzywdę naprawić, wybaczyć, że usuwasz jej korzenie, a zarazem usiłujesz przeciąć jej konsekwencje. Ale już nic więcej zrobić nie możesz, bo nie przeskoczysz swojej człowieczej skończoności.


Bóg natomiast, który odpuszcza mi grzechy, jest Bogiem z nieskończonym i wszechmocnym. Sam rdzeń mojej osoby jest dla Niego nieporównanie łatwiej dostępny niż dla mnie samego. Odpuszczenie grzechów polega na uzdrowieniu tego właśnie centrum mojej osoby – tego miejsca we mnie, które mnie samemu (a cóż dopiero tobie!) nie jest w pełni dostępne. Jeśli będę wierny miłości, do której zostałem przywrócony przez odpuszczenie grzechów, duchowe zdrowie będzie stopniowo ogarniało mnie całego i zacznę nim promieniować również na zewnątrz.


Pewien kapłan, idąc na audiencję do Jana Pawła II, spotkał po drodze kolegę z seminarium, który razem z nim przyjął święcenia, potem porzucił kapłaństwo, a teraz siedział pod jakimś murem i żebrał. Poruszony tym spotkaniem, wspomniał o nim papieżowi. Ojciec Święty poprosił go, żeby przyprowadził kolegę do niego na kolację. Kiedy ten przyszedł, Jan Paweł II powiedział mu, że chciałby się u niego wyspowiadać. Przecież jestem suspendowany! – usiłował zaprotestować były ksiądz. Na ten raz papież zwalnia cię od suspensy – odpowiedział Jan Paweł. Po spowiedzi Ojciec Święty zaprosił go do stołu, a po kolacji ów zbłąkany kapłan wyspowiadał się u papieża. Dziś jest gorliwym duszpasterzem rzymskich bezdomnych.


W świetle powyższego wydarzenia można wyraźnie zobaczyć, że jest wolą Zbawiciela, aby odpuszczenie grzechów dokonywało się w Kościele. Odpuszczenie grzechów to pierwszy owoc męki Chrystusa Pana. Zarazem jest to pierwszy dar, jaki otrzymują ci, którzy w Niego uwierzyli: Każdy, kto w Niego wierzy, przez Jego imię otrzymuje odpuszczenie grzechów (Dz 10, 43). Tego samego uczył apostoł Paweł: Niech będzie wam wiadomo, bracia, że zwiastuje się wam odpuszczenie grzechów przez Niego (Dz 13, 38).


Ten, kto wzdraga się na sama myśl, że miałby pójść do spowiedzi do jakiegoś księdza i powiada: Nie potrzebuję pośredników!, mówi w gruncie rzeczy: Nie potrzebuję Kościoła!


(...) kapłan nie w tym sensie jest pośrednikiem, jakoby miał bliższy niż inni ochrzczeni przystęp do Boga. Chcąc spotkać się z ministrem albo prezydentem, mogę poradzić sobie sam i nie potrzebować pośrednictwa jego sekretarki. Jednak sens posługi sakramentalnej jest zupełnie inny. Wynika on z naszej wiary, że Chrystus Pan, który żyje i jest obecny w swoim Kościele przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt 28, 20), najbardziej bezpośrednio spotyka się z nami w sakramentach.


Nieraz odczuwamy wielki opór przed spowiedzią. Duszpasterze próbują przekonywać do spowiadania się zwłaszcza za pomocą trzech argumentów.


Po pierwsze, wstyd przed wyznawaniem swoich grzechów zdradza niedostateczne rozpoznanie tych grzechów jako grzechów właśnie. Już ponad 1800 lat temu, ok. 203 r., afrykański prezbiter Tertulian pisał: O ile przyznanie się do winy usuwa grzech, o tyle ukrywanie go powiększa. Przyznanie się bowiem do winy pochodzi z myśli zadośćuczynienia, ukrywanie zaś z uporu (...). Pamiętaj raczej o własnym zbawieniu, aniżeli o zawstydzeniu. Nie bądź podobny do tych, którzy nabawili się choroby na wstydliwych częściach ciała i wstydzą się lekarzy, i w ten sposób giną jako ofiary nierozumnej swej wstydliwości.


Drugi argument szczególnie dobitnie został wyartykułowany w tekście przypisywanym św. Augustynowi: Osobiście zgrzeszyliście, osobiście się zawstydźcie. Wstyd ma udział w odpuszczeniu grzechów. W swoim bowiem miłosierdziu Pan tak ustanowił, ażeby nikt nie dostępował przebaczenia w ukryciu. Grzech twój może być przebaczony dzięki temu, że osobiście wyjawiasz swoje grzechy kapłanowi i wstyd przezwyciężasz bojaźnią Boga, którego obraziłeś. W spowiedzi staje się godne przebaczenia to, co było godne kary w działaniu.


Argument trzeci podaje św. Jan Paweł II w swojej adhortacji „Reconciliatio et paenitentia”: mój grzech świadczy o ciemności, jaka jest we mnie, i powoduje moje częściowe wyłączanie się ze wspólnoty Kościoła. Kiedy oskarżam się w spowiedzi sakramentalnej wobec szafarza łaski Chrystusowej i oficjalnego przedstawiciela Kościoła, to wyznanie wyrywa niejako grzech z tajników serca, a zatem z czysto prywatnego kręgu jednostki, uwydatniając również jego charakter społeczny, gdyż poprzez szafarza sakramentu pokuty sama wspólnota Kościelna, zraniona przez grzech, przyjmuje na nowo skruszonego grzesznika, który otrzymał przebaczenie.




Autor: O. prof. dr hab. Jacek Salij OP

Źródło: "Poradnik dobrej spowiedzi", wyd. Monumen, Poznań 2018

Fot. VICONA

Ostatnie posty