Maj 2022



Miesięczne zestawienie wybranych materiałów publikowanych na profilu facebookowym.




31 maja

Postarajcie się, aby nawet oddech zmienił się w oczach Boga w modlitwę ekspiacyjną


Fragment książki: „Nawróćcie się, nadchodzi czas oczyszczenia. Prorocze objawienia s. Marii Natalii Magdolnej


Jezus powiedział: „Proszę po raz kolejny: módlcie się o nawrócenie grzeszników i ich powrót do Boga. Módlcie się, żeby przyjęli łaskę i odmienili swoje życie, nim nastanie zapowiadany pokój. Tym, którzy do tej szczęśliwej chwili nie powrócą do Boga, grozi wieczne potępienie. Nie lękajcie się, wierne dusze. Módlcie się, pokładajcie ufność w świętej sile modlitwy i radujcie się, ponieważ Ojciec obdarzy was wiecznym miłosierdziem. Radujcie się, ponieważ moja Niepokalana Matka, w pełni swojej królewskiej potęgi i łaski, zjednoczona z zastępami aniołów, unicestwi potęgę piekieł”.


Dziewica dodała: „Gdy Szatan dojdzie do władzy, gdy zawładnie większością dusz, kiedy bezmierna pycha każe mu sądzić, że może zniszczyć dobro, całe stworzenie, a nawet dusze, kiedy prawdziwa wiara przetrwa zaledwie w kilku duszach, kiedy światło prawdziwej wiary będzie się tliło w niewielu rodzinach, ponieważ oziębli i niezdecydowani ulegną pokusom Szatana, wówczas Boże miłosierdzie nagle i niespodziewanie odniesie ostateczne zwycięstwo, położy kres królowaniu kłamstwa i utoruje drogę powszechnemu pokojowi. W chwili, gdy Szatan uroi sobie, że oto jest panem świata i wkrótce zasiądzie na tronie, wyrwę mu z ręki łup. Ostateczne zwycięstwo będzie należało do mojego Syna i do mnie".


I dalej: „Moment, gdy na świecie zapanuje pokój, nie został odroczony, raczej Ojciec Niebieski chce jeszcze dać czas tym, którzy mogliby się nawrócić i schronić w Bogu. Wielu spośród tych, którzy się nawrócą, dzisiaj kwestionuje istnienie Boga, ale kiedyś w Niego uwierzy. Ten dodatkowy czas łaski ludzkość zawdzięcza praktykom pokutnym i modlitwom, które w ciągu wielu lat ofiarowywano za nią na całym świecie, a które znalazły upodobanie u Ojca. Dla tych, którzy się nawrócą, bramy piekieł pozostaną zamknięte: nie czeka ich zguba, ponieważ łaska wiary ich umocni i nie popełnią dawnych grzechów. Modlitwa ma potężną moc, bo ja, Zwycięska Królowa Świata, modlę się razem z wami i wraz z wami wynagradzam Bogu ciężkie zniewagi. Postarajcie się, aby nawet oddech zmienił się w oczach Boga w modlitwę ekspiacyjną. Jeżeli chcecie przyspieszyć wielki cud mojego triumfu, przez który pragnę ocalić świat, zdajcie się na mnie i na mojego Syna z dziecięcą, bezwarunkową ufnością, tak jak dzieci zdają się na matkę, i praktykujcie akty wynagradzające, ofiarę i modlitwę. Wasza wiara była dotąd bardzo niedojrzała, a właśnie od wiary zależy skuteczność waszych modlitw. Jeżeli będziecie modlić się z ufnością, triumf, na który czekacie, przyniesie radość pokoju oczyszczonej ziemi. Nie traćcie wiary! Zawsze zdawajcie się na mnie, moje dzieci! ”.


Jezus nawiązał do słów Matki: „Świat pogrążył się w zepsuciu, a im bardziej się w nim zatraca, tym bardziej oddala się ode Mnie. Ja jednak nie mogę pożałować swej miłości. Wyciągam do świata rękę w geście, który może być zarazem miłosierdziem i karą: miłosierdziem dla tych, którzy Mnie kochają, karą zaś dla każdego, kto ma Mnie w pogardzie. Gdy do was przemawiam, słyszycie głos Tego, który jest ponad wszystko. Kiedy wyciągam do was rękę, moja Matka pojawia się obok, żeby ustrzec was od kary. Podłość rodzi podłość, a świat osiągnął już taki stopień podłości, że aby mógł przetrwać, zło musi zostać poskromione”.

Źródło: „Nawróćcie się, nadchodzi czas oczyszczenia. Prorocze objawienia s. Marii Natalii Magdolnej”, Claudia Matera, wyd. Esprit.

 

29 maja

Kościół ogłosi dwa nowe dogmaty: dogmat o Maryi Współodkupicielce oraz dogmat o Maryi Pośredniczce wszystkich łask


Z profetycznych objawień, których adresatką była s. Maria Natalia, dowiadujemy się, że przed ponownym przyjściem Chrystusa i sądem ostatecznym zatriumfuje Niepokalane Serce Maryi. Era grzechu dobiegnie końca, ale jej koniec nie będzie równoznaczny z końcem świata. Gdy nastaną czasy ostateczne, Bóg objawi się w taki sposób, że każda istota ludzka zda sobie sprawę z Jego istnienia i będzie musiała dokonać wyboru pomiędzy Nim a Szatanem. Bóg potrząśnie człowiekiem poprzez znaki, cuda i bolesne próby. Widomymi znakami Bożych działań będą: kluczowa rola Najświętszej Dziewicy, oczyszczenie świata z grzechu, a także oczyszczenie i odnowa Kościoła. Kult Najświętszej Maryi Panny rozrośnie się z woli Bożej do nieznanych dotąd rozmiarów, a Kościół ogłosi dwa nowe dogmaty: dogmat o Maryi Współodkupicielce oraz dogmat o Maryi Pośredniczce wszystkich łask.



Źródło: „Nawróćcie się, nadchodzi czas oczyszczenia. Prorocze objawienia s. Marii Natalii Magdolnej”, wyd. Esprit

 

28 maja

Tak zwany problem mariologiczny


Fragment książki: "O godności kobiety”, Kard. Stefana Wyszyńskiego


Stało się rzeczą modną mówić o tzw. problemie mariologicznym w dzisiejszej teologii i w pobożności maryjnej. [...] Wyrasta ze współczesnych wypowiedzi papieży, którzy nie szczędzą Maryi pochwał; wyrasta z pracy mariologów, z literatury naukowej i dewocyjnej, z ustanowionych nowych świąt; wyrasta z potęgującej się wiary w pozycję Matki Boga w świecie współczesnym.


Może wyrasta z obaw, czy nie za wiele miejsca zajmuje Maryja w pobożności chrześcijańskiej, czy nie przesłania Syna swego, którego jest Służebnicą. Wyrasta z trzeźwej oceny mnożących się form kultu maryjnego, z kontaktu pobożności ludu i precyzji teologów. Może też wyrastać z gorączkowego ekumenizmu, który powodując się rzetelnymi względami, niekiedy chciałby osiągnąć więcej niż to jest możliwe, i to kosztem właściwej miary, którą zachować należy. Wyrasta też ze wzrastającego indyferentyzmu religijnego, laicyzmu lub ateizmu jako wyrazu rozwoju społecznego lub też programu politycznego.


Tak czy inaczej, dzisiejszy niepokój mariologiczny wyjdzie na większą chwałę Matki Boga, gdyż pobudzi teologów do rozwoju mariologii, a pisarzy ascetycznych do głębszej oceny różnych form pobożności maryjnej. [...] Zbędne są obawy przed gorącymi wypowiedziami ku chwale Matki Boga czy też obfitością piśmiennictwa mariologicznego. Wszystko to jest materiałem dla pracy myśli teologicznej przyszłości. Obfitość piśmiennictwa religijnego jest widoczna jak w każdej innej dziedzinie. [...] Ale nie wszystko też, co napisano o Matce Najświętszej, jest na poziomie teologów, myślicieli, naukowców. A czy wszystko musi być na tak wysokim poziomie? Trzeba się liczyć z rozmaitym poziomem intelektualnym i religijnym dzieci Kościoła. W Kościele nie wszyscy są doktorami, naukowcami, a wszyscy chcą mieć Matkę, słyszeć Jej głos i do Niej przemawiać własnym językiem, jak w dniu Zielonych Świątek. O Matce najrozmaitszych dzieci Bożych musi więc istnieć literatura zrozumiała dla tych dzieci.


Obawa, by kult maryjny nie przysłonił osoby Jezusa Chrystusa, jest też przesadnym lękiem o to, by Służebnica Pańska nie została Królową. To Maryja sama nazwała się Służebnicą Pańską, a dopiero Pius XII ogłosił Ją uroczyście Królową. Tak modny dziś chrystocentryzm raczej domaga się obecności Matki Chrystusa, która podaje Go światu i mówi sługom wesela: „Uczyńcie, cokolwiek wam Syn mój powie. Gdzie jest prawdziwa Matka, tam każdy pyta o Jej Syna. Przesadne jest więc twierdzenie, że kult maryjny nie zawsze prowadzi do Chrystusa. Trzeba dobrze pokazać światu Matkę, by zapragnął Jej Syna.


Podobnie rzecz się ma z obawami przed wzrastającym kultem maryjnym. Istnieje kraj, w którym znikły krzyże, ale bystre oko Piusa XII dostrzegło „w izbach” ukrytą ikonę. Kult Maryi musi też być zróżnicowany, jak odmienna jest modlitwa dziecka, wieśniaka, inżyniera i teologa. W swej rozmaitości musi się liczyć z różnicą poziomów umysłowych i odmiennością psychiki ludzkiej, tak przecież podlegającej nastrojom nawet w jednej osobowości. Z tym faktem liczy się bardzo Sobór Watykański II w Konstytucji o świętej liturgii. Byłoby to wielką szkodą dla religijności ludów, gdyby uczucia ludzkie były poddane racjonalizmowi teologii, która bardzo często staje się przedmiotem spekulacji metodologicznych bez zaangażowania osobistego. Ten racjonalizm teologiczny wysuszył życie religijne wielu narodów katolickich, zwłaszcza żyjących w diasporze.


Nową postacią tzw. problemu mariologicznego są szlachetne dążenia ekumeniczne ‒ słuszne w założeniu, wysoce upragnione, budzące tyle nadziei. Jednakże właściwy ekumenizm o tyle będzie owocny, o ile nie będzie przynętą na „braci odłączonych”, o ile będzie oparty na rzeczywistości teologicznej i religijnej Kościoła współczesnego. Ekumenizm wyrachowany, który poświęca wiele wartości religijnych, by nie zrażać ludzi do Kościoła, posługuje się drugorzędnymi argumentami. Raczej powinien odsłaniać piękno chrześcijańskiej pobożności maryjnej, do której tęskni świat protestancki, aniżeli się jej wyrzekać. Niezdrowy ekumenizm, uprawiany kosztem czci Matki Boga, może ludzi rzetelnych zrazić i obudzić podejrzenie. Zawsze Kościół jest przede wszystkim Magistra populorum [Nauczycielem narodów], Nauczycielem Prawdy.


„Problem mariologii” wiązany jest często ze współczesnym indyferentyzmem, laicyzmem i ateizmem. Są one niewątpliwie faktem, chociaż o odmiennym obliczu. Inaczej wygląda indyferentyzm krajów zachodnich, inaczej w krajach, gdzie stał się programem politycznej walki z religijnością. Takie pojęcia, jak laicyzm, ateizm, antyklerykalizm czy klerykalizm, mają dziś odmienne znaczenie na Zachodzie i na Wschodzie. Trzeba pamiętać, że ludzi dotkniętych laicyzmem i ateizmem racjonalistycznym ‒ wszystko może razić, nawet wiara Kościoła w Boga osobowego, nawet zabytkowy budynek kościelny. Czyż dlatego mielibyśmy wyrzec się wiary w Boga lub rozebrać zabytek, co się dziś często dzieje, by nie urażać „braci niewierzących”?


Zagadnienie ateizmu ma dziś w wielu krajach oblicze bardziej polityczne niż racjonalistyczne. Istnieje polityczny program laicyzacji, ateizacji, istnieją uniwersytety od ateizowania, istnieją etatowi urzędnicy od ateizacji, półurzędowe stowarzyszenia do ateizowania obywateli.


Z doświadczenia wiemy, że realizację tego programu utrudnia i opóźnia poważnie cześć Matki Rodzicielki, która jest najszerszą podstawą łączenia ludzi wierzących [...]. Stwierdzamy, że głęboki nurt religijny ‒ zwany często pogardliwie fanatyzmem, dewocją, bigoterią, histerią, uwstecznieniem ‒ w rzeczywistości przeszkadza ateizacji narodów. Dlatego wywołuje gniew ateistów politycznych, którzy program swój osłaniają hasłami postępowości iw tę matnię wciągają niekiedy nawet katolików postępowych, którzy stają się apostołami umiarkowania religijnego, wolnego od żarliwości, gorącości ducha, w nurt jakiegoś politycznego modernizmu jako etapu na drodze do zobojętnienia i ateizacji... To są nasze bolesne doświadczenia [...]. Każą nam one gorąco bronić żywotnej czci dla Matki Boga w nadziei, że nawet pod krzyżem umierającego Boga stoi Matka, która dała życie Bogu-Człowiekowi.


Nadzieję świata ogarniętego przez polityczny ateizm można zamknąć słowami poety polskiego:


Zwycięzcom Imię Twoje jak pieczęć na wargach! Mario! Módl się za nami! Matko! (Wojciech Bąk, Modlitwa do Maryi Matki, 1945)


Źródło: „O godności kobiety”, Kard. Stefan Wyszyński, wyd. Sumus

 

25 maja

Orędzie Królowej Pokoju, 25 maja 2022, Međugorje


Drogie dzieci! Patrzę na was i dziękuję Bogu za każdego z was, bo On mi pozwala, bym była jeszcze z wami, aby was skłaniać do świętości. Dzieci, pokój jest zaburzony i szatan chce niepokoju. Dlatego niech wasza modlitwa będzie jeszcze mocniejsza, aby zamilkł każdy nieczysty duch podziału i wojny. Bądźcie budowniczymi pokoju i nieście radość Zmartwychwstałego w was i wokół was, aby dobro zwyciężyło w każdym człowieku. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.

 

23 maja

Modlitwa o owoce Ducha Świętego


Duchu Święty, Boże, Miłości przedwieczna Ojca i Syna!

Obdarz mnie MIŁOŚCIĄ, abym miłował Ciebie całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. A bliźniego swego jak siebie samego.

Obdarz mnie RADOŚCIĄ, abym w Tobie tylko szukał pociechy i radował się z tego, co dajesz każdego dnia.

Obdarz mnie POKOJEM, abym zachował go na modlitwie i spotkaniach z ludźmi.

Obdarz mnie CIERPLIWOŚCIĄ, abym godnie znosił wszystkie przykrości i niepowodzenia.

Obdarz mnie UPRZEJMOŚCIĄ, abym dla bliźnich był uczynny, usłużny, pożyteczny – ku ich radości i zbudowaniu.

Obdarz mnie DOBROCIĄ, abym na potrzeby bliźnich odpowiadał chętnie i szybko.

Obdarz mnie WIERNOŚCIĄ, abym zobowiązania podejmował z rozwagą i sumiennie je wypełniał.

Obdarz mnie ŁAGODNOŚCIĄ, abym znosił wady i ułomności bliźnich, a urazy chętnie darował.

Obdarz mnie OPANOWANIEM, abym zachował czystość w myślach i słowach, skromność w ubiorze i zachowaniu, wstrzemięźliwość w jedzeniu i piciu. Abym nie dał się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężał.

Duchu Święty, przyjdź!

Źródło: „Skarbiec modlitw do Ducha Świętego. Kto prosi, otrzymuje…”, wyd. Esprit.

 

22 maja

Pierwsza Komunia Święta Sł. B. s. Roberty Babiak


Najważniejszym przeżyciem w moim dziecinnym wieku był dzień Pierwszej Komunii Świętej. Do tego pierwszego spotkania się z Bogiem przygotowywał mnie Jezus od zarania życia na swój sposób, resztę zaś obowiązku względem mojej duszy dopełniła moja ukochana matka i miejscowy Ksiądz Proboszcz. Zdawałem sobie jasno sprawę z wielkości i świętości eucharystycznej tajemnicy, dlatego starałam się przez modlitwę i skupienie przygotować duszę na przyjęcie Pana. Stałam się z tego powodu tak poważną, że ten wygląd wcale nie pasował do mego ósmego roku życia. Wystrzegałam się bowiem szybkiego biegania, ale chodziłam powoli, jak to czynią starsi, myśląc, że po przyjęciu Komunii Świętej nie będę mogła biegać jak dziecko, skoro Pan Jezus żywy będzie ze mną. Już na parę tygodni przed pierwszą spowiedzią często robiłam rachunek sumienia, by czegoś nie zapomnieć przy konfesjonale, a już najwięcej ciążyła mi na sumieniu ta czarka, jaką zabrałam w Rozwadowie z garbarzowego podwórka. Pamiętam dobrze, że przy pierwszej spowiedzi udzielił mi Bóg bardzo głębokiego żalu za popełnione winy. Obym podobny żal mogła mieć w godzinę mej śmierci. Spowiedź święta odbyła się w naszym kościółku 16 maja 1913 roku po południu, czyli w Wigilię Komunii Świętej, do której przystąpiły wszystkie dzieci szkolne z pierwszej klasy. Rano o godz. ósmej 17 maja zeszłyśmy się wszystkie do klasy milczące i skupione, myśląc każde dziecko po swojemu o tym, że wkrótce Pan Jezus zawita po raz pierwszy do naszych serc. Pani nauczycielka przemówiła do nas parę słów na temat dzisiejszej uroczystości, następnie parami udałyśmy się do kościoła. W tym wielkim dla mnie dniu Msza Święta wydawała się zbyt długa, wreszcie z bijącym sercem doczekałam się chwili, gdy Ksiądz Proboszcz, trzymając Jezusa nad kielichem, trzykrotnie z przejęciem wymawiał te pełne pokory słowa: „Panie, nie jestem godzien...”.


O chwilo, na wieki błogosławiona, na wieki nie zapomnę o tobie, choć w tobie, chwilo szczęśliwa, nie pamiętałam o sobie, bo Jezus Umiłowany spoczął w moim biednym sercu i Nim byłam zajęta całkowicie. Miłość Wiekuista zanurzyła mnie w swoich płomieniach i po raz pierwszy w życiu odczułam najwyraźniej, że już nie żyje sama, ale wspólnie z Panem Jezusem zaczęliśmy od tej chwili wieść życie we dwoje. Jednak i w tym dniu błogosławionym dopuścił Pan Jezus na mnie dotkliwe cierpienie, jakby chciał mnie przez to pouczyć, że kto się z Nim złączy przez miłość, ten nie może żyć bez cierpienia, że szczęście prawdziwe dopiero w niebie będzie udziałem dusz kochających Boga. Powodem mego cierpienia było nieopatrzne zdanie jednej panienki, seminarzystki pierwszej klasy. Dostałyśmy bowiem od Księdza Proboszcza ładne książeczki do modlitwy i z wielką, podwójną radością wracałyśmy do domu. Szłyśmy przez pastwisko grupkami i co chwila zaglądałyśmy do naszych ślicznych książeczek, albo oglądałyśmy je z zewnątrz po niezliczone razy. Przy takim oglądaniu wysunęła mi się książeczka z rąk i upadła na zieloną murawę. Podniosłam książeczkę i ucałowałam z uszanowaniem, nie myśląc nic złego. Po chwili owa starsza dziewczynka odezwała się do mnie jakby na pokusę, mówiąc: „Zosiu, tyś się pewnie źle wyspowiadała, kiedy ci książeczka z rąk wypadła”. Wystarczyło to powiedzenie, by mi zamącić szczęście duszy. Natychmiast opanował mnie lęk i obawa, czy istotnie nie zapomniałam czegoś, jednak nie mogłem znaleźć winy świadomej w sumieniu. Po przywitaniu się z rodziną i po śniadaniu, ukrywszy się, bardzo płakałam, wierząc, że ta starsza panienka pewnie prawdę mi powiedziała. Wtedy to po raz pierwszy w życiu doznałam niepokoju wewnętrznego. Pod wieczór powiedziałam mamusi o swoim kłopocie, a dobra matka kilku mądrymi słowami rozwiała chmury smutku, jaki zalewał mi duszę.


Jednak powiedzenie tej panienki było jakby prorocze, bo na temat spowiedzi cierpiałam przeszło 7 lat już w klasztorze, o czym później napiszę. Od tej pory, czyli od Pierwszej Komunii Świętej, rozpoczął się dla mnie okres tak gorącej miłości ku Bogu, ku Matce Najświętszej i ku wszystkiemu, co Boże, że jeszcze teraz dziwię się, jak mogłam znieść w swoim dziecinnym małym serduszku taki żar ogromny. Widać sam Jezus we mnie miłował Siebie i On był moim orzeźwieniem w tych świętych płomieniach. Skoro tylko spełniłam zlecone mi drobne przysługi domowe, natychmiast klękałam w kąciku izby i modliłam się całymi godzinami. Modliłam się rozmaicie, czasem z książeczki, innym razem trwałam w rozważaniu Męki Pańskiej i gorzko płakałam, a nieraz trwałam jak martwa w miłości, nie wiedząc nic, tylko to jedno, że Bóg jest miłości najgodniejszy i dusza moja lgnęła wszystkimi siłami do tego Boga miłości. Nieraz, myśląc o Matce Najświętszej, wpadałam również w uniesienie miłości, zapominałam o świecie, o sobie i o rodzinie, która jak się później dowiedziałam śledziła bacznie moje postępowanie. Nie broniono mi już potem długiego klęczenia, więc i ja nie powstrzymywałam duszy w wylewach serdecznej miłości ku Bogu.


Źródło: "W oceanie miłości i miłosierdzia TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ", Siostra Roberta Zofia Babiak, wyd. WAM, Księża Jezuici, 2016

 

21 maja

Św. Filip Neri – stygmatyk Ducha Świętego


Uzupełnienie do wczorajszego posta na temat stroju filipinów, a zwłaszcza charakterystycznego kołnierzyka, który niekiedy może sprawiać wrażenie wystającej koszuli świeckiego ubrania. Prawdą jest, że tak za czasów św. Filipa Neri wyglądał strój kapłański i tak też często św. Filip jest przedstawiany na obrazach.


Ale ten kołnierzyk można dziś odczytywać nie tylko jako pamiątkę tamtych czasów, ale też ‒ zwłaszcza w kontekście samych filipinów ‒ pamiątkę i zapowiedź pewnego wyjątkowego daru, jaki otrzymał św. Filip. Ta „rozpięta koszula” bowiem ‒ dająca więcej oddechu i powietrza w przeciwieństwie do ściśle przylegającej do szyi koszuli z koloratką ‒ jest tym, czego św. Filip potrzebował, gdy wręcz płonął ogniem Ducha Świętego.


Otóż w 1544 roku, w wigilię święta Zesłania Ducha Świętego, Filip modląc się w swoim ulubionym miejscu, tj. katakumbach św. Sebastiana, otrzymał stygmaty Ducha Świętego. Ognista kula wniknęła do jego serca wyłamując przy tym dwa żebra, rozszerzając klatkę piersiową po stronie serca. Uczucie palącego ognia było tak silne, że Filip rzucając się na ziemię krzyczał: „Dosyć Panie, dosyć, nie mogę znieść więcej”. Filip miał permanentnie podwyższą temperaturę ciała, odczuwał ciągłe uderzenia ciepła. W zimie sypiał przy szeroko otwartych oknach. Jego serce biło w nienaturalnie szybkim tempie, przyśpieszało podczas sprawowania Eucharystii. Przez to ciepło, które biło od niego, sam święty często zmuszony był chodzić w rozpiętej sutannie, prosząc nawet papieża o zgodę na spowiadanie bez komży.


To tak w skrócie, a poniżej dla pragnących dowiedzieć się więcej o tym wydarzeniu, jeden rozdział pochodzący z książki „Filip Neri czyli ogień radości” księdza Paula Türks COr. Myślę też, że dzisiaj, gdy jesteśmy często tak bardzo zniechęceni, smutni i zatroskani różnymi wydarzeniami, które nas przerastają, warto się zaprzyjaźnić z tym najbardziej radosnym świętym, aby od niego uczyć się trwania w Bożej radości. Już niedługo, 26 maja, będziemy obchodzić jego wspomnienie!

ZIELONE ŚWIĘTA FILIPA


Filipa zawsze pociągało odosobnienie, które ofiarowywały katakumby. W tamtych czasach były znane prawie wyłącznie katakumby św. Sebastiana. Nazywano je „grotami”: wejścia do nich otwierały się przez odsunięcie w określonych miejscach obok kościoła gałęzi krzewów. Według współczesnego raportu posła weneckiego niektórzy ludzie, którzy tam weszli, zaginęli. Pobłądzili w korytarzach albo zgasło im światło.

Dla wielu droga do św. Sebastiana miała w sobie coś niesamowitego, Via Appia jest bowiem ulicą grobów. Po obu jej stronach stoją częściowo tylko zwietrzałe grobowce pogańskich Rzymian. W czasach Filipa ludzie wierzyli jeszcze, że w tych miejscach dusze zmarłych błąkają się jako demony.


W przeciwieństwie do nich katakumby ‒ miejsce grzebania pierwszych chrześcijan ‒ nie miały w sobie niczego niesamowitego. W tym miejscu spoczywały kości wielu męczenników, dlatego słuszne było określanie go „sypialnią” świętych. (W języku łacińskim coemeterium to sypialnia). Chrześcijanie spoczywali tam po lewej i prawej stronie długich korytarzy, które gdzieniegdzie rozszerzały się w niszę. Także dla Filipa było to miejsce spoczynku pierwszych chrześcijan, którzy czekali na zmartwychwstanie. Chodził tam często i całe noce spędzał na modlitwie. Pewien dominikanin z Minerwy powiedział później, że Filip „przeżył” tam dziesięć lat.


W katakumbach św. Sebastiana miało miejsce zdarzenie, które słusznie określono jako „Zielone Święta Filipa”. Było to jak gdyby wtargnięcie Boskości w jego życie. Ponieważ dzięki temu zdarzeniu lata czekania i samotności Filipa osiągnęły swój punkt szczytowy, opowiemy o tym już teraz.

W roku 1544 Neri był znowu w jednej z małych komór katakumb, w której istniejący do dzisiaj ołtarz i wizerunek Filipa zachowują pamięć o nim. Na krótko przed Zielonymi Świętami modlił się, jak mówi jego najstarszy biograf Gallonio, ze szczególną żarliwością. „Także to należało do zwyczajów Filipa, modlić się codziennie zwłaszcza do Ducha Świętego i w głębokiej pokorze prosić Go o Jego dary i łaski (...). Kiedy więc pewnego dnia 1544 roku modlił się z ogromną żarliwością, poczuł nagle w swoim sercu tak potężny napór miłości Ducha Świętego, że zaczęło ona w jego piersi bić tak gwałtownie, iż można było zauważyć to także na zewnątrz. Wydawało się, jak gdyby chciało ono ciężkie z natury ciało poderwać w górę ku niebu” [Gallonio 1843: 21].


Według świadectwa Piotra Consoliniego, który był Filipowi szczególnie bliski w ostatnich latach jego życia, Neri widział wchodzącą do jego ust ognistą kulę, a następnie czuł, jak rozszerza się jego klatka piersiowa nad sercem. Odczuwanie wewnętrznego ognia było tak silne, że Filip rzucił się na ziemię i wołał: „Dosyć, Panie, dosyć; nie mogę znieść więcej!”. Capecelatro pisze: „Jego modlitwa była przepełniona miłością, ale ponieważ miłość nigdy nie ma dość, zawsze modlił się o więcej miłości i o większą miłość” [Capecelatro 1889: 159]. Ta modlitwa została wysłuchana. „Miłość do Boga przelewała się z jego duszy w jego ciało i nadawała krwi tak gwałtowny ruch ku sercu, że cała jego postać świeciła i płonęła. Oczy, usta, czoło... wszystko w nim było jasne. Równocześnie z tym doświadczeniem miłości Bożej ogarnęła Filipa niepohamowana „radość, która całkowicie i wyłącznie wywodzi się z miłości Bożej” [Capecelatro 1889: 160].


Historyk Kościoła von Pastor tak pisze o tym zdarzeniu: „Te mistyczne stany, jakie towarzyszyły Filipowi przez całe jego życie, osiągnęły swój punkt szczytowy w Zielone Święta 1544 roku w zdarzeniu, które można porównać ze stygmatami św. Franciszka z Asyżu” [Pastor 1926: IX, 20]. Stygmaty, które św. Franciszek otrzymał w 1224 roku (na dwa lata przed swoją śmiercią w górach Alvernii), Dante nazwał „najwznioślejszą pieczęcią” pobożności Chrystusowej. Także Filip został naznaczony przez Boga w jedyny w swoim rodzaju sposób.


Jest to chyba jedna z przyczyn, dlaczego to zdarzenie stało się tak mało znane. Główny jednak powód tkwi w postępowaniu samego Filipa. Jego odraza do wszelkiego rodzaju pychy i robienia się wielkim, kazała mu prawie do końca życia milczeć uporczywie o tym, co się zdarzyło. Z pewnością niekiedy słyszano, jak czynił jakieś aluzje, ale za każdym razem przerywał je charakterystycznym dla siebie powiedzeniem secretum meum mihi. I chyba ten rys charakteru, ukrywanie tego, co najbardziej osobiste i wewnętrzne, jest winien temu, że Pietro Consolini, szczególnie Filipowi bliski, którego można uważać za jego duchowego spadkobiercę, dopiero na krótko przed własną śmiercią (1643) przekazał współbratu w Kongregacji Mariano Sozziniemu to, z czego Filip mu się zwierzył. Umiłowanie przez Neriego pokory wywarło tak wielki wpływ na Consoliniego, że odmówił składania zeznań komisji procesu kanonizacyjnego. Ostatecznie kazano go przed nią doprowadzić. Pietro nie zgadzał się także z tym, że Kongregacja brała udział w procesie. Mówił, że sam Filip nigdy by czegoś takiego nie chciał.


Po zdarzeniu, które miało miejsce w Zielone Święta, pojawiły się symptomy zewnętrzne, których Filip nie mógł ukryć, mimo że często sprawiały mu przykrość. Przede wszystkim było to drżenie całego ciała, które udzielało się krzesłu, na którym siedział, lub klęcznikowi, na którym klęczał. Współcześni opowiadają, że gwałtowne bicie jego serca wręcz udzielało się przedmiotom znajdującym się wokół niego. Gdy odprawiał Mszę Świętą, obawiano się, iż rozleje wino czy przewróci kielich. Z tego powodu musiał opierać się łokciami o ołtarz. Jego lekarz, Andrea Cesalpino, stwierdził, że to niepohamowane bicie serca wyraźnie występowało tylko wtedy, gdy „jego umysł zwracał się do spraw Bożych, i uspokajało się, gdy jego umysł zajmował się czymś innym”.


Współcześni znali jeszcze inną osobliwą właściwość Filipa ‒ wewnętrzny żar, który rozgrzewał jego ciało i przez całe życie sprawiał mu wiele kłopotów. Ten żar trzeba tu rozumieć dosłownie i fizycznie. Była to wewnętrzna gorączka, która nawet zimą zmuszała go do chodzenia w rozpiętej sutannie. Okna jego pokoju pozostawały otwarte także w porze zimowej. W swojej loggii na dachu spędzał całe noce na modlitwie pod gołym niebem. Również zimą pozostawał tam do późna, a wczesnym rankiem powracał do pokoju. O tym cieple promieniującym z serca Filipa istnieje wiele świadectw, przede wszystkim ludzi, którzy się później u Filipa spowiadali i których niekiedy obejmował oraz przyciskał do serca. Lekarze, którzy leczyli Filipa w starości, łamali sobie głowę nad tym dziwnym fenomenem.


Ale jeszcze bardziej łamali sobie głowę nad inną fizyczną osobliwością. Mianowicie Filip miał nad swoim sercem wielką jak pięść nabrzmiałość, formalny guz, który od zdarzenia w katakumbach nigdy się nie zmienił. Chociaż Neriego leczyli najsławniejsi ówcześni lekarze, nie potrafili wytłumaczyć tego zjawiska. Przyczynę dopiero po jego śmierci znalazł m.in. Andrea Cesalpino na podstawie autopsji. Oto kilka zdań z jego raportu: „W roku 1593 zostałem wezwany, ponieważ ojciec Filip był chory. Stwierdziłem u tego ojca silne bicie serca. Powiedziano mi, że to jest już dawna sprawa i że ma to od młodości. Kiedy poszukiwałem przyczyny i badałem klatkę piersiową, stwierdziłem, że jest bardzo powiększona i znalazłem guz w tym miejscu, gdzie są po lewej stronie małe żebra, blisko serca. Macając to miejsce zauważyłem, że żebra były tam uniesione (...). Sprawa wyjaśniła się po jego śmierci. Po otwarciu klatki piersiowej stwierdzono, że żebra były w tym miejscu złamane, kości oddzielone od chrząstki. W ten sposób było możliwe, że bicie serca miało przestrzeń, aby się podnosić i opadać. Doszedłem do wniosku, że to jest czymś nadprzyrodzonym (...). Był to środek zastosowany przez Boga, aby serce przy gwałtownym biciu nie raniło się o twarde żebra. Tak więc z tą dolegliwością mógł dożyć do swojej niezwykle późnej starości” [Primo Processo 1: 235].


Ta osobliwa przypadłość była dla Filipa przede wszystkim obciążeniem psychicznym. Przez całe swoje życie unikał wszystkiego, co mogło sprawiać wrażenie nadprzyrodzonych darów, co przyciągało ciekawość, ale także i szacunek ludzi. „Wszyscy ci, którzy starają się o wizje i ekstazy, wcale nie wiedzą, czego chcą”. On sam bywał niezwykle surowy dla każdego, kto uważał, że ma widzenia i słyszy niebiańskie głosy. Wiadomo, jak surowej i twardej zażądał próby od siostry Urszuli Benincasa, którą przysłano do niego, aby ocenił prawdziwość jej stanów mistycznych. Pewnego razu w Chiesa Nuova wszedł na ambonę, aby wygłosić kazanie. W tym jednak momencie mocno opanowały go to jego powodujące drżenie bicie serca i płacz, tak że nie mógł wydobyć z siebie ani jednego słowa i zszedł z ambony całkiem załamany.


Właśnie takie wydarzenia odkrywały przed ludem to, co Filip tak bardzo pragnął ukryć: ogień Ducha Świętego, który w środku zeświecczonego Rzymu ogarnął młodego florentczyka i uczynił go swoim narzędziem. Kardynał Federigo Borromeo poświadczył w dniu śmierci Neriego: „Filip mówił mi, że jeszcze jako człowiek świecki modlił się do Ducha Świętego, zaofiarował siebie do pomocy i prosił o Jego dary. Odmówił kilka modlitw do Ducha Świętego i doznał tego wstrząsu. Gdy go zapytałem, czy odczuł ból, odpowiedział ‒ nie” [Libero 1960: 499]. To prawda, nie odczuwał żadnych bólów fizycznych. Jednak ogień, który go ogarnął, już nigdy nie przestał w nim płonąć. Pewnego razu, jak mówi Tradycja, rzucił się na ziemię i prosił: „Nie mogę znieść tak wiele, mój Boże, nie mogę tak wiele wytrzymać. Spójrz, ja przecież ginę. Po tych słowach siła wstrząsu zmniejszyła się. Słyszano, jak Filip mawiał w starości: „Gdy byłem młody, miałem więcej ognia niż teraz”.


Także tą uwagą wprowadzał niektórych w błąd. Mówił o ogniu i duchu, aby nie powiedzieć, że to Duch Święty wstrząsnął jego życiem i włada nim w całej pełni. Ale ognia i miłości nie da się ukryć. One promieniują i zapalają. Paweł mówi: „Miłość Chrystusa przynagla nas” (2 Kor 5,14).


Niekiedy także towarzysze Filipa, którzy byli mu najbliżsi, słyszeli jego niezapomniane powiedzenie: „Zostałem zraniony miłością”. I chociaż na krótko przed śmiercią spalił swoje listy i utwory poetyckie, znaleziono kilka, które przetrwały. Jest wśród nich sonet, który sprawia wrażenie wiersza miłosnego i mógłby uchodzić także za jedną z parodii i żartów Filipa, w rzeczywistości jednak wyraża najgłębsze doświadczenie jego życia ‒ spotkanie z miłością Boga. „Tak bardzo chciałbym dowiedzieć się od Ciebie, jak zrobiona jest ‒ ta sieć miłości, która zagarnia tak wielu” [Massime e Ricordi 50).



Źródło: „Filip Neri czyli ogień radości”, Paul Türks COr, wyd. Święty Wojciech, Poznań 2019

 

21 maja

Najpierw siebie utrzymuj w pokoju, a wtedy będziesz mógł innych uspokajać


Więcej pożytku z człowieka spokojnego niż z bardzo uczonego. Człowiek pełen namiętności nawet dobro jako zło tłumaczy i łatwo wierzy, że to zło. Dobry spokojny człowiek wszystko na dobro przemienia. Kto pozostaje w zupełnym pokoju, o nic nie podejrzewa. Kto zaś ma mało zadowolenia i jest wzburzony, ten rozmaitym ulega podejrzeniom. Ani sam nie zaznaje pokoju, ani nie pozwala, by inni się uspokoili. Często mówi, czego by mówić nie powinien, a pomija to, co wypadałoby, by on raczej robił. Rozważa o obowiązkach innych, a zaniedbuje swoje. Bądź więc najpierw sam gorliwy w stosunku do siebie samego, a wtedy słusznie będziesz mógł także przynaglać do gorliwości twego bliźniego. Dobrze umiesz usprawiedliwiać i upiększać swoje czyny, a usprawiedliwień cudzych nie chcesz przyjąć. Byłoby słuszniej siebie oskarżać, a brata twego usprawiedliwiać. Jeśli chcesz, by ciebie znoszono, znoś drugiego człowieka.


Spójrz, jak daleko ci jeszcze do prawdziwej miłości i pokory, która nie umie się gniewać lub obruszać na nikogo jak tylko na siebie. Nic to wielkiego przestawać z ludźmi dobrymi i pełnymi opanowania. To bowiem podoba się wszystkim w sposób naturalny. Każdy chętnie lubi spokój i bardziej kocha tych, którzy podzielają jego zdanie. Ale potrafić żyć w pokoju z ludźmi szorstkimi, przewrotnymi, niezdyscyplinowanymi i nam się sprzeciwiającymi ‒ wielka to łaska, dokonanie męskie, bardzo godne pochwały. Są tacy, którzy i siebie utrzymują w pokoju i z innymi wojen nie prowadzą. A są i tacy, którzy ani sami nie mają pokoju, ani innych nie pozostawią w pokoju. Dla innych są ciężarem, lecz dla siebie jeszcze większym. I są tacy, którzy utrzymują siebie w pokoju, i starają się, by inni z powrotem powrócili do stanu pokoju.


Cały nasz pokój w tym nędznym życiu polega jednak raczej na pokornym znoszeniu przeciwności niż na ich nieodczuwaniu. Kto lepiej potrafi cierpieć, będzie posiadał większy pokój. To zwycięzca siebie i pan świata, przyjaciel Chrystusa i dziedzic nieba.


Źródło „O naśladowaniu Chrystusa” II,2, Tomasz a Kempis

 

20 maja

Księża filipini


Mała notatka o filipinach dedykowana szczególnie tym, którzy wysłuchali ostatnich rekolekcji księdza filipina i byli może zgorszeni lub zawiedzeni tym, że ksiądz "nie ma koloratki”, i jest "ubrany po świecku”. Temat wraca co jakiś czas.


Trzeba więc wyjaśnić, że strój filipiński to czarna sutanna z białym kołnierzykiem (który, gdy widać tylko górną część postaci, może wyglądać jak wystająca koszula), przepasana czarnym pasem. Możliwy jest także strój bez pasa lub zwykła sutanna duchowieństwa diecezjalnego.


Przy okazji warto też przybliżyć, kim są sami filipini:


Święty Filip Neri (1515-1595) należy do najbardziej wpływowych postaci reformy katolickiej w XVI w. Jego figura znajduje się w nawie głównej bazyliki św. Piotra w Rzymie. Charakteryzuje się oryginalnym stylem duszpasterskim i szkołą duchowości mającym źródło w darze stygmatu Ducha Świętego, który otrzymał w rzymskich katakumbach św. Sebastiana w 1544 r. Radosny styl ewangelizacji św. Filipa Neri pobłogosławiony tchnieniem Ducha Świętego jest ciągle aktualny w Kościele. Papież Jan Paweł II w Homilii wygłoszonej przy grobie św. Filipa w kościele w Chiesa Nuova w Rzymie 26 maja 1979, stwierdza że „z logiki wiary (św. Filipa) powstał spontanicznie styl życia naznaczony radością, ufnością, pogodą, zdrowym optymizmem, który nie jest banalną i nieczułą lekkomyślnością, lecz jest transcendentną wizją historii, eschatologiczną wizją ludzkiej rzeczywistości. Z tej wewnętrznej radości rodziła się jego niezwykła moc apostolska oraz jego subtelny i przysłowiowy humor, przez co nazwano go „radosnym świętym” a jego mieszkanie „domem radości”.


Filipini, inaczej oratorianie – Kongregacja Oratorium św. Filipa Neri, to stowarzyszenie księży katolickich założone w 1551 przez św. Filipa Neri w Rzymie. Ich nadrzędnym celem jest szerzenie duchowości radosnej i głębokiej zarazem. Cechuje ich łagodny charakter i życzliwość. Są stosunkowo nielicznym zgromadzeniem liczącym w Polsce ok. 80 kapłanów. W Polsce istnieje obecnie siedem Kongregacji: w Gostyniu, Studziannie, Tarnowie, Radomiu, Bytowie, Tomaszowie Mazowieckim i Poznaniu, a dwie następne są w trakcie formowania się: w Kalei i Grodzisku Wielkopolskim (od 2021 r.).


Filipini dużą wagę przywiązują do pracy z młodzieżą, ale ich głównym charyzmatem jest tworzenie Oratorów, czyli miejsc modlitwy i formacji dla świeckich. Sami filipini charakteryzują się dwoma cechami: autonomii poszczególnych domów połączona ze stałością miejsca (stabilitas loci) oraz nie składają ślubów zakonnych. Formacja obejmuje miesięczny postulat, roczny nowicjat połączony z pierwszym rokiem studiów oraz formację seminaryjną (6 lat, w tym nowicjat). Każdy z Domów Filipińskich sam zajmuje się kształceniem swoich alumnów, tj. kieruje ich na studia teologiczno-filozoficzne w najbliższym diecezjalnym seminarium duchownym. Formacja seminaryjna jest połączona z poznawaniem struktury określonego Domu Filipińskiego, oratorium, parafii, a także sposobu administrowania nimi. Po szóstym roku studiów po aprobacie własnej Wspólnoty przez sakrament kapłaństwa staje się pełnoprawnym członkiem Kongregacji Oratorium.


Strój duchowny filipinów to czarna sutanna ze zwykłą koloratką lub z białym kołnierzykiem, czasami z czarnym pasem. U filipinów nie istnieje urząd Przełożonego Generalnego, ani Prowincjała. Posiadają jedynie przełożonych wspólnot domowych, zwanych superiorem. Do najsłynniejszych członków zgromadzenia należy św. kard. John Henry Newman, który po przejściu z anglikanizmu na katolicyzm przyjął święcenia kapłańskie z misją tworzenia Oratorium w Anglii.

 

20 maja

Stosowne zachowanie w obecności Boga


Arcybiskup Fulton Sheen: Oczyściwszy świątynię, nasz Pan opuścił ją, gdyż ludzie stali się lekceważący. W religii możliwy jest rosnący brak szacunku. Może zaistnieć brak poczucia świętości. Święty oznacza inny niż wszystko. Na przykład niedziela jest święta. Jest ona inna niż pozostałe dni tygodnia. Kościół jest święty; jest czymś odrębnym i różniącym się od innych budynków. I dlatego istnieje takie coś, jak stosowne zachowanie w obecności Boga, zachowanie, które zostało zatracone w tamtych dniach i które zatracone zostało w naszych czasach. Pomyślcie choćby o tym, jak ubierają się ludzie przychodzący na Mszę świętą. Gdyby szli z wizytą do domu księcia nie ubraliby się tak, jak ubierają się idąc na spotkanie Pana Boga Zastępów. Łatwo jest obwiniać tych kilku, którzy handlowali w Świątyni, lecz co można powiedzieć o wielu spośród nas, którzy rezygnują ze znaków swojego oddania, na przykład o zakonnicach, które porzucają zewnętrzne, sakramentalne znaki swojego powołania? Albo o kapłanach, którzy odrzucają sutannę?



Źródło: „Through the Year with Fulton Sheen”, 1985r., str. 100-101

 

19 maja

Modlitwa zjednoczenia


Modlitwę tę, zwaną modlitwą zjednoczenia, Pan Jezus podyktował Elżbiecie Kindelmann (Orędzie Płomienia Miłości) w maju 1962 roku.


„Ukochany Zbawiciel poprosił mnie, bym razem z Nim wypowiadała Jego odwieczne pragnienia:


Niech nasze stopy kroczą razem. Niech nasze ręce zbierają razem. Niech nasze serca biją razem. Niech nasze dusze odczuwają razem. Niech nasze myśli się jednoczą. Niech nasze uszy razem wsłuchują się w ciszę. Niech nasze oczy wpatrują się w siebie, a nasze spojrzenia stapiają się w jedno. Niech nasze wargi razem proszą Ojca Przedwiecznego o zmiłowanie”.

 

19 maja

Posłuszeństwo i "nieposłuszeństwo" św. Szarbela


Nie ma bezwzględnego posłuszeństwa w Kościele, gdy przełożony nakłania do przekroczenia wprost prawa Bożego. W każdym innym przypadku posłuszeństwo to wielka cnota. Dwa fragmenty z książki „Kwiatki świętego Charbela”, które ukazują oba przypadki ‒ po pierwsze zadziwiające posłuszeństwo św. Szarbela (Szarbel ćwiczył się w posłuszeństwie nie tylko przełożonym, ale także współbraciom, a nawet nowicjuszom), po drugie jego „nieposłuszeństwo” gdy w klasztorze nakazano pracę w niedziele i w dni świąteczne. Ale nawet postawiony w takiej sytuacji, dzięki swej łagodności i nadprzyrodzonej mądrości, potrafił sprawić, że jego przełożony się nawrócił. Prawdziwy święty!

"Charbel nigdy nie robił niczego z własnej inicjatywy, ale zawsze z posłuszeństwa przełożonym, których uważał za przedstawicieli Boga, aby zasłużyć na nagrodę godną poddanemu regule: „Mnich powinien traktować głos swojego przełożonego jako głos Chrystusa”. Jego posłuszeństwo było zadziwiające. Nie rozpoczynał żadnego zajęcia, zanim nie otrzymał polecenia, i było to dosłownie ślepe posłuszeństwo, niezbędne w jakimkolwiek jego działaniu, tak jak laska służąca niewidomym. Jeśli przełożony wołał go w jakiejś sprawie, natychmiast zostawiał pracę i bez ociągania do niego przychodził. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek widział ojca Charbela wyrażającego sprzeciw czy zdenerwowanie. Kiedy otrzymywał nadzwyczajne polecenie, zawsze był tak samo gotowy. Nigdy nie odmawiał, ani przez wzgląd na swój słaby stan zdrowia, ani z innych powodów, nawet w sytuacji, kiedy wszyscy wiedzieli, że nie powinien podejmować się tego zadania. Nie był poddany z głupoty czy przyzwyczajenia, ale w duchu oddania i cnocie pokory. Przez całe swoje życie był ucieleśnieniem ślubu posłuszeństwa, praktykował go jako najwyższą cnotę, jak gdyby jego największym pragnieniem było poddanie woli przełożonych nawet swojego obiegu krwi. Wyróżniał się szacunkiem do Boga, nie wykonywał w kościele niestosownych ruchów czy gestów. Jego największym dążeniem było natomiast poszanowanie mistrzów: poszanowanie obrzędów i sakramentów Kościoła. Codziennie razem z towarzyszami w pustelni odprawiał wszelkie możliwe uroczyste procesje".

"Klasztor w Annaya tonął w długach pod rządami ojca Roukoza Meshmesha (1865-1871), więc nowicjusze i robotnicy musieli pracować również w niedziele i święta. Zdarzyło się, że przełożony poprosił ojca Charbela, aby odprawił jedną z uroczystych niedzielnych Mszy świętych, na co pustelnik posłusznie się zgodził, lecz kiedy na końcu Mszy świętej miał ogłosić dzień wolny od pracy, nie zrobił tego. Po Mszy świętej przełożony powiedział do niego: „Nie ogłosiłeś Wniebowstąpienia w przyszły czwartek! Czy nie wiesz, że to święto? Ogłosisz je jutro”. Charbel odpowiedział łagodnie i z pokorą: „Mój Mistrzu, to święto obchodzone jest gdzie indziej, lecz nie tutaj. Ci, którzy nie świętują w niedziele i dni świąteczne, nie powinni mieć ogłaszanych dni wolnych, gdyż w te zazwyczaj muszą pracować”.


Odnosił się do decyzji przełożonego, przez którą bracia z powodu problemów finansowych wspólnoty musieli wykonywać w dni świąteczne różne obowiązki w klasztorze. Ojciec Charbel nigdy nie uczestniczył w tych pracach, nikt też nie śmiał go o to prosić, z szacunku dla jego świętej postawy. Odpowiedział odważnie przełożonemu, aby obronić prawo Boże i dzięki temu ojciec Roukoz zrozumiał swój błąd, a łagodne upomnienie stało się dla niego ważnym wskazaniem, aby zaprzestał zmuszania mnichów i robotników do pracy w dni świąteczne. Wspólnota uznała, że było to upomnienie od samego Boga i wielbiła Go z radością".


Źródło: „Kwiatki świętego Charbela”, o. Hanna Skandar OLM, wyd. AA, Kraków 2016

 

17 maja

Z dziennika duchowego Alicji Lenczewskiej


† Ucz się trwać, nic nie chcąc, nic nie oczekując. Oczyszczaj się z myślenia o sobie. Oddaj Mi wszystko i to też. Stań się zupełnie pozbawiona wszystkiego – w nagości swej duszy, poza swymi uczuciami i myśleniem.


Nie masz nic. Masz tylko Mnie, który jestem twoim życiem i twoją nadzieją.


Radość i pokój niech zapanują w twej duszy, bo Bóg jest z tobą i w tobie.


Bóg pokoju i ciszy.


Czy wiesz, ile można powiedzieć milczeniem? Ono jest bogatsze niż wszelkie słowa. (302)


– Dlaczego boli serce?


† Z tęsknoty, pragnienia i poczucia niemożności. Wielkość Mojej Miłości i małość ludzkiego serca sprawiają ból.


To ból przemiany. Uzdrawiający, przynoszący pokój duszy. (303)

Źródło: „Świadectwo” 302-303, Alicja Lenczewska

 

15 maja

Proroctwo o Polsce kard. Augusta Hlonda


Polska to naród wybrany przez Boga do wielkiego posłannictwa, dlatego oczyści go Bóg przez cierpienie… Przyjdzie dla Polski dzień, w którym przyjaciele odstąpią od niej i zostanie sama, aby się wypełniła wola Boża – a wtedy miłosierdzie okryje ją całą – Polska przejdzie jeszcze swoje ostateczne oczyszczenie, ale potem wiara i miłość zatryumfują w pełni. Jeszcze jakiś czas potrzebny jest do pokuty, a potem Chrystus zmieni całkowicie oblicze tej ziemi. Niech nikt nie upada na duchu, gdy szatan będzie brał górę, bo zostanie pokonany mocą Bożą… Polska będzie pierwszą, która dozna opieki Matki Bożej. Maryja obroni świat od zupełnej zagłady, a Polska nie opuści sztandaru Królowej Nieba… Nastąpi wielki tryumf Serca Matki Bożej, po którym dopiero zakróluje Zbawiciel nad światem przez Polskę. Polska urośnie do znaczenia potęgi moralnej i będzie natchnieniem przyszłości Europy, jeżeli nie ulegnie bezbożnictwu, a w rozgrywce duchów pozostanie niezachwianie po stronie Boga… Na rozstaju dziejowym Polska nie powinna się przeto zawahać, nie powinna zbaczać ze swej drogi, lecz iść za swym powołaniem.

 

14 maja

Uroczystość Matki Boskiej Łaskawej, Głównej Patronki Warszawy


W głównym ołtarzu Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, Patronki Warszawy i Strażniczki Polski w Warszawie, znajduje się Cudowny Obraz Matki Bożej Łaskawej trzymającej w dłoniach połamane strzały ‒ która swoim zjawieniem 14 i 15 sierpnia 1920 roku w Ossowie i Wólce Radzymińskiej, podczas Bitwy Warszawskiej, zwanej „Cudem na Wisłą”, obroniła Warszawę i Europę przed inwazją bolszewicką.


W „Cudzie nad Wisłą” miał również swój udział św. Andrzej Bobola. Pisze o tym ks. prałat Józef Niżnik w swojej najnowszej książce „Św. Andrzej Bobola. Bohater Chrystusowy” (wyd. Esprit):


„Ordynariuszem diecezji był wówczas kard. Aleksander Kakowski. Powracając z Konferencji Episkopatu do stolicy, wydał dekret, aby we wszystkich kościołach miasta od 6 do 15 sierpnia odprawiono nowennę, przywołując pomocy bł. Andrzeja Boboli i bł. Władysława z Gielniowa, patrona Warszawy, o uratowanie jej przed bolszewikami. W dekrecie były słowa: „na ubłaganie pomocy z Nieba, której Bóg nigdy nie skąpił, prosząc o nią, ufny w przyczynę bł. Andrzeja Bobolę, Patrona Polski i bł. Władysława z Gielniowa, patrona Warszawy, zarządzam nabożeństwa błagalne za wstawiennictwem tych błogosławionych naszych ziomków”. Do dziś mówi się o tym wyjątkowym wydarzeniu, gdyż w żadnej uroczystości w Warszawie nie wzięło udziału tylu ludzi, co w nowennie. Kościoły były przepełnione. W procesjach z udziałem relikwii bł. Andrzeja uczestniczyły tłumy. W ostatnim dniu nowenny dokonał się Cud nad Wisłą. Maryja, Łaskawa Pani, ukazała się bolszewickim żołnierzom (por. ks. Józef Maria Bartnik i Ewa J.P. Storożyńska, Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, Warszawa 2020). Po tym, co się stało w Warszawie, Episkopat, ponownie zgromadzony w Częstochowie, dostrzegł w cudzie udział bł. Andrzeja i prosi jeszcze raz o kanonizację – jako dziękczynienie za cud. Nie prosi o nią dla bł. Władysława. W podjęte starania włączył się nawet Józef Piłsudski, Marszałek Polski, który dołączył prośbę, aby kanonizowany Andrzej został ogłoszony Patronem Polski. (…)


Przywołuję okoliczności Cudu nad Wisłą, bo wielu Polaków nie ma o tym, co się wtedy stało, wystarczającej wiedzy. A wszystko, co się wtedy wydarzyło, wskazuje, jak potężnym orędownikiem polskich spraw jest św. Andrzej. Trzeba go jednak o pomoc poprosić. Szkoda tylko, że z tej lekcji historii nie wyciągnięto właściwych wniosków dla dobra Ojczyzny. Dlatego gdy dziś pojawiają się w Polsce niebezpieczne ideologie zagrażające naszej wierze, warto zwrócić się do św. Andrzeja o pomoc. On sam o tym powiedział w Strachocinie: „Zacznijcie mnie czcić”… Niech Cud nad Wisłą wzbudzi przekonanie w narodzie, że ze św. Andrzejem możemy i dziś dokonywać wielkich rzeczy. Podejmijmy wielką modlitwę za Ojczyznę. Zaufajmy jeszcze raz wstawiennictwu św. Andrzeja”.

 

14 maja

Gdy dzieci rozumieją więcej niż dorośli


Poznańskie spotkanie z biskupem Athanasiusem Schneiderem, po sprawowanej przez niego Mszy pontyfikalnej było niezwykle interesujące z kilku względów. Zobaczyliśmy emanującego pogodą ducha człowieka, który w bardzo delikatny a zarazem prosty i zdecydowany sposób mówił o rzeczach dla katolika najbardziej istotnych.


Między innymi o tym, dlaczego Komunię Świętą należy przyjmować na klęcząco i zawsze do ust, a broń Boże, na rękę.


Trzy przykłady najbardziej zapadły mi w pamięć. Biskup opowiadał o buddystach w Tajlandii. Gdy dziecko kończy tam szkołę, aby otrzymać świadectwo klęka przed nauczycielem. Skoro poganie uznają świadectwo szkolne za tak ważne, by po nie klękać, jak my możemy nie uważać Chrystusa za na tyle ważnego, aby klęknąć, by Go przyjąć?


Druga historia dotyczyła spotkania międzyreligijnego, na którym obecni byli katolicy, protestanci i muzułmański imam. Podszedł on w którymś momencie do prowadzącego spotkanie, mówiąc: "strasznie mnie pan obraził". O co chodziło? Prowadzący najpierw podał mu rękę a potem tą samą, nieobmytą dłonią wziął do ręki Koran. Dla muzułmanów to Święta Księga, a to co święte wymaga największej czci i szacunku. Gdyby imam ten poszedł do kościoła i zobaczył kolejkę do Komunii św. przyjmowanej na rękę nigdy by nie uwierzył, że ten biały opłatek jest dla nas jakoś szczególnie ważny, a co dopiero, iż wierzymy że to sam Chrystus, nasz Zbawiciel!


Ostatnia opowieść, najbardziej poruszająca, dotyczyła osobistej historii biskupa po emigracji rodziny do Niemiec, gdy miał 12 lat. Ksiądz, który opiekował się duchowo rodziną ostrzegał, że są miejsca w Niemczech, gdzie komunia udzielana jest na rękę i radził wystrzegać się takich kościołów. Niestety w miejscowości, do której przybyła rodzina Schneiderów taka praktyka stosowana była w każdym. Nikt też już nie klękał przed Bogiem. Dwunastoletniemu Atanazemu kojarzyło się to z rozdawaniem ciasteczek dzieciom w szkole. Postrzegał to jako brak szacunku wobec Pana Jezusa, narzucała mu się za to analogia do stania w kolejce po ciasteczko otrzymywane od nauczyciela. Gdy wrócili z ostatniego z kościołów, matka przyszłego biskupa z bezsilności rozpłakała się. Płacz matki z powodu braku szacunku wobec Chrystusa tak zapadł jej synowi w pamięć, że stał się jednym z motywów napisania przez niego książki "Dominus est".


Gdy opowiedziałam te historie ośmioletniej córce i spytałam, co zrozumiała, odpowiedziała: "Już zawsze chcę przyjmować Jezusa tylko na klęcząco". Gdy usłyszał je natomiast znajomy ksiądz, odparł: "To tylko prywatna opinia biskupa Schneidera. Wychował się w specyficznych warunkach, w specyficznej kulturze. Nie potrafi zrozumieć, że to zupełnie nie przystaje do naszych czasów, naszej rzeczywistości."


Chyba rozumiem, dlaczego Chrystus mówił w Ewangelii św. Marka: "Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę powiadam wam: kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego". (Mk, 10.14-15)



Autor: Bogna Białecka

Źródło: https://www.parafia-maryi-krolowej.poznan.pl/e-ambona/godna-komunia-swieta/149-bp-schneider-o-zgrozie-komunii-na-reke

 

14 maja

Komunia Święta udzielana na rękę to ogromny cios dla Kościoła


Bp Schneider zapytany, jaki jest jego pogląd na praktykę udzielania Komunię św. na rękę, odpowiedział bardzo stanowczo i ocenił ją jako największy cios we współczesnym Kościele. – To bezpośredni cios w serce Kościoła – mówił. I jak dodał, „banalizowaniem Ciała Chrystusa” jest podawanie Go jak cukierka.


Zdaniem biskupa, ów największy skarb Kościoła, jakim jest rzeczywista obecność Pana Jezusa w Eucharystii, musi być otoczony najwyższą ochroną. Zaś wprowadzona powszechnie forma tylko pokazuje jak słaby jest stan Kościoła. – Dopóki Komunia na rękę nie zostanie zabroniona, a Kościół nie zacznie klękać przed Panem, nie będzie odnowienia Kościoła – dodał.


Źródło: https://m.pch24.pl/bp-schneider-komunia-swieta-udzielana-na-reke-to-ogromny-cios-dla-kosciola

 

13 maja

Dzik jest dziki…


Wróciłam z mojego różańcowego spaceru w pobliskim lesie. Dziś oczywiście modliłam się z Matką Bożą Fatimską. W pewnym momencie, dwa, trzy metry ode mnie, jakiś zwierz ukryty w krzakach zerwał się z groźnym pomrukiem i czmychnął jak by go sam diabeł gonił . Był to prawdopodobnie dzik, bo występują one w tym lesie, a nawet czasem wychodzą na osiedle i ulicę, ale zwykle nie są aż tak płochliwe (to zdjęcie zrobiłam przy innej okazji). Uciekł wystraszony moimi krokami, ale natychmiast przyszedł mi do głowy obraz demona, który ucieka przed naszą modlitwą i zdanie, że każde Zdrowaś Maryjo dobrze powiedziane jest potężnym ciosem zadanym szatanowi, a nawet ‒ jak poucza św. Jan Maria Vianney ‒ wstrząsa całym piekłem. O, jak wzrosła moja uwaga przy odmawianiu tego różańca! I takimi sytuacjami Pan Bóg się posługuje, żeby zachęcić człowieka do gorliwszej modlitwy.


Autor: Dorota Porzucek

 

12 maja

Może to was zdziwi, ale pragnę opierać się na katolikach świeckich


Fragment książki: "Serviam. Duchowa misja Polaków" Anny Dąmbska


Mówi Matka Boża:


− Zapewniam cię, Anno, że Warszawa będzie stolicą Europy, będzie promieniowała miłością społeczną i wszystkimi cechami charakteryzującymi waszą wspólnotę, które ja w was odnowię. To będzie prawdziwe zmartwychwstanie. Warszawa będzie sumieniem Europy, wzorcem duchowym. Tu będą przyjeżdżać, żeby zaczerpnąć nadziei. (3 V 2005 r.)


Mówi ojciec Karol (św. Jan Paweł II − przyp. red) :


− Mówiłem wam już, że Warszawa ma być wedle woli Pana stolicą duchową Europy. To stanie się dopiero po serii wojen i kataklizmów.


Rozmawiamy krótko na temat zapowiedzi upadku obecnych potęg, których się lękamy, i zniszczenia ich centrów. Ojciec Karol potwierdza:


− Bruksela znajdzie się pod wodą. Wszelkie sojusze rozpadną się. Tylko wy będziecie stanowić zwartą całość, spokojną, mocno strzegącą swoich granic i wciąż bardziej nawracającą się ku Bogu.


W odpowiedzi na myśl Anny o pomocy, jaką mielibyśmy nieść sąsiadom, ojciec Karol tłumaczy:


− Będziemy pomagać sąsiadom, ale tam, gdzie będzie panował spokój, natomiast tam, gdzie będą rozruchy i walki o władzę, nie będziemy nikomu pomagać i z nikim walczyć. Pomoc naszą będzie chętna i szczodra tylko tam, gdzie będzie panował głód, choroby i klęski żywiołowe − nie zaś przez udział w walkach wewnętrznych innych państw.


Widzicie, dzieci, ja jestem nadal Totus Tuus i Maryja, Królowa nasza, pragnie, abym działał w Jej imieniu we wszystkich sprawach naszego społeczeństwa.


− Cieszymy się bardzo − odpowiadamy. Ojciec Karol mówi:


− Moi kochani, ja też cieszę się i ufam, że znajdę zrozumienie i pomoc w moich planach ratowania was. Może to was zdziwi, ale pragnę opierać się na katolikach świeckich.


− Myślę, że odpowiemy z radością. Ja sądzę − mówi Anna − że zacznie się prawdziwy zwrot do Boga, a co za tym idzie: masowy powrót ku Bogu i wielki zapał w służeniu Mu.


− Nawet sobie nie wyobrażacie, jaki to będzie zryw − odpowiada ojciec Karol. − Oczywiście całe nasze, czyli polskie niebo będzie przy was.


Takiej współpracy jeszcze nie było, ale też nie było takiego zagrożenia dla całej ludzkości. Maryja chce, abyście wspólnie odbudowywali wszelkie wartości, które, jak się obecnie sądzi, już zaginęły.


Wszelkie polskie wartości będą powracały. Młodzież odrodzi się zupełnie, a to dlatego że zło nie zdążyło zapuścić u nich głębokich korzeni. Ponadto − ojciec Karol mówi to z uśmiechem − mają przecież matki, ciotki i babki. One, zwłaszcza te, które już uczestniczą w ruchach (katolickich), będą wciągać swoje dzieci i wnuki do pomocy innym i prowadzić je ku służbie społecznej. Mężczyźni też nie będą obojętni.


Tu, w tym mieście, nastąpi wasze prawdziwe zmartwychwstanie. Jakżeż by mogło być inaczej! Przecież będziecie współpracować z nami, a ja już szykuję wszystkich moich synów, tych, którzy walczyli i ginęli za Warszawę, za wolność ojczyzny. Anno, to ci, których widziałaś, kiedy meldowali mi się całymi oddziałami. Mówię tu o kilku pokoleniach: lata drugiej wojny, rok 1920, legiony, powstania. Oni wszyscy kochają was z całego serca i wyrywają się, aby was wspomagać.


Dlatego proszę was teraz, abyście − modląc się za ginących − nie zapominali o modlitwie radości i wdzięczności Bogu, Ojcu naszemu, który daje wam tak wielką pomoc z miłości (ze zrozumienia: bez względu na naszą niewierność). Chodzi tylko o to, żeby nie zmarnować danego wam czasu na spory, ociąganie się, lenistwo i obojętność, gdyż pokój w waszym kraju zależy od powszechnej i radosnej służby przy unikaniu sporów, ambicji i wszystkiego, co pokojowi zagraża.


− Ojcze Karolu − mówi Janina − prosimy, abyś nam wskazał, jak powinniśmy dany nam czas wykorzystać jak najlepiej.


− Moi drodzy, każda z grup, do których należycie, powinna się zastanowić, w jaki sposób może służyć społeczeństwu. Bo powołaniem grup jest działanie − cały czas z modlitwą, a więc w łączności z Panem.

Możecie już prosić za swoje parafie, bo najlepszym sposobem działania jest oparcie się na parafiach. Dlatego też tak ważna jest teraz modlitwa za księży z najbliższej wam parafii, z waszej grupy, i rozważanie ludzkich potrzeb, którym moglibyście wy zaradzić.


Módlcie się za księży, zwłaszcza tych, których uważacie za niechętnych do współpracy, wygodnych, leniwych.


Teraz kończymy już, ale to nie koniec naszych rozmów. A ja osobiście wam radzę: módlcie się zbiorowo za tych kapłanów, w których widzicie wady i braki. Módlcie się, aby Bóg dał im miłość bliźniego.


Przyjmijcie błogosławieństwo moje i naszej Królowej. Niech spocznie na was łaska Boża i miłość Jego niech otworzy wasze serca i umysły. Pozostańcie w pokoju. + (17 VII 2006 r.)


Źródło: "Serviam. Duchowa misja Polaków", Anna Dąmbska, wyd. Fronda, Instytut św. Jakuba

 

12 maja

O potrzebie oderwania się od wszelkich wiążących nas przywiązań


Arcybiskup Fulton J. Sheen: Wielu ludziom życie zdaje się być nużącym i bez wyrazu: zastanawiają się oni, dlaczego nie wzrastają, nie rozwijają się, dlaczego nie stają się lepsi ani nie uczą się niczego. Wydaje się im, że znajdują się w koleinie. Chcieliby wiedzieć, jak mogą się z niej wydostać.


Odpowiedź na ten problem jest bardzo prosta, mimo iż zastosowanie jej nigdy łatwe nie jest. Tym, czego potrzebują mężczyźni i kobiety, jest oderwanie się.


Oderwanie się polega na przecięciu wszystkich uziemiających nas więzów. W ten sposób pozwalamy duszy wznieść się w górze ku Bogu. Jesteśmy jak balony; możemy być przytrzymywani w dole przez stalowe kable lub za pomocą czegoś tak cienkiego jak nić pajęczyny, lecz dopóki nie są one przecięte, nigdy nie będziemy wolni od przywiązania się do codziennych rzeczy, które nas więżą, czyniąc z nas niewolników.


Dusze mogą być związane z wielką ilością trywialnych, kurczowo trzymających je rzeczy w świecie zewnętrznym. Mogą być one uzależnić się od serii następujących po sobie przyjemności, od podniecenia, od cogodzinnych porcji wiadomości, od koktajlowych przyjęć, w efekcie czego życie wewnętrzne nie ma czasu na to, aby istnieć. Gdy tylko zaczynamy być zależni od jakiejś zewnętrznej rzeczy i nie możemy znaleźć szczęścia poza nią, nasze wewnętrzne życie ulega zredukowaniu: wszystkie te dodatki, które ciało musi posiadać, przepełniają duszę. Zdanie: „mogę po to sięgnąć, ale nie muszę” pasuje do wielu rzeczy oprócz drinków; powinna to być nasza postawa wobec każdego zewnętrznego rekwizytu szczęśliwości.


Jeśli „potrzebujemy” rzeczy zewnętrznych, zostajemy dosłownie przez nie pochłonięci, a nasze własne osobowości ulegają rozproszeniu. Jesteśmy niczym studnia pompowana tak często, że wszystkie jej wody zostały wchłonięte przez glinę. Niektórzy ludzie tak dalece dają się pochłonąć rzeczom zewnętrznym, że – gdy zostaną pozbawieni niektórych przyjemności lub przedmiotów – czują, że właściwie nie istnieją. Nauczyli się oni oceniać swą własną wartość w kategoriach posiadania, a nie w kategoriach bycia. Takie dusze, gdy zostaną pozbawione swoich oszczędności lub majątku, mogą popełnić samobójstwo; ich lojalność względem rzeczy jest tak wielka, że zatracili wszelką świadomość swojej prawdziwej relacji z Bogiem.


Lekarstwem na taki niebezpieczny i nieszczęśliwy stan przywiązania jest stopniowe rozluźnianie więzów, które łączą nas z zewnętrznymi rzeczami. Musimy przestać być owładniętymi przez te rzeczy… przez alkohol, hałas, sukces lub przyjemność. Nawet w tak prostych rzeczach jak sięgnięcie po papierosa, jest rzeczą roztropną, aby człowiek zadecydował się to uczynić lub nie, zamiast reagować na bodziec za każdym razem, gdy on się pojawi. Od czasu do czasu dobrze jest odmawiać sobie nawet przyjemności nieszkodliwych i zgodnych z prawem, abyśmy nie uzależnili się ani od nich, ani od naszych egoistycznych zachcianek. Albowiem człowiek, który żyje tylko dla swych własnych impulsów, ma bardzo złe towarzystwo.


Niektóre ludy Australii nie wiedzą jak liczyć do więcej niż trzech. Mówią: „Jeden. Dwa. Trzy. Dosyć”. Ich filozofia ekonomiczna nakłada granice na rzeczy zewnętrzne i prawdopodobnie są oni dzięki temu bardziej beztroscy niż my, którzy liczymy w miliardach.


Ludzie żyją swoimi pragnieniami, lecz możemy wybrać czy chcemy żyć pragnieniami ducha, czy świata. Mężczyzna lub kobieta, którzy pod koniec dnia mogą doliczyć się pięciu sytuacji, w których nie poddali się zachciance danej chwili, są na drodze do wewnętrznego rozwoju; powstrzymali się i odrzucili niewolnictwo względem rzeczy.


Przywiązanie jest ograniczające, natomiast oderwanie czyni nas bardziej wolnymi. Materialista ma ograniczoną osobowość, gdyż żyje on w zamkniętym wszechświecie nie większym, niż rzeczy, których może sięgnąć swymi zmysłami. Egotyk żyje w jeszcze ciaśniejszym świecie: w wyściełanej komórce swojego własnego egoizmu. Człowiek wierzący wydostał się na wolność – może swobodnie wznosić się ku Niebu na ziemi, gdzie jego natura może rozprężać się ku nieograniczonej i bezinteresownej radości.

Arcybiskup Fulton J. Sheen


Źródło: „Way to Happiness”, 1954r., str. 28-29

 

11 maja

Dewizą jego życia zdają się być słowa: „trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5, 29)


Fragment książki ks. Józefa Niżnika: "Św. Andrzej Bobola. Bohater Chrystusowy”


Po święceniach kapłańskich cechowała go wyjątkowa wierność Chrystusowi. Nosił w sobie świadomość, że Kościół go posłał, aby służył Jezusowi w ludziach. Pamiętał o Duchu Świętym, którego chciał być narzędziem. Zdrowe myślenie o kapłaństwie miało wpływ na jego życie. Jest radykalny i całkowicie oddany temu, co robi. Nie lubi kompromisów. Dewizą jego życia zdają się być słowa: „trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5, 29). Dobrze uformowane sumienie było wrażliwe na natchnienia Boga. Jedynym celem w jego życiu było pełnić poznaną wolę Bożą.


Tak poukładany o. Bobola po święceniach kapłańskich stał się poważnym problemem dla zakonu. W dniu profesji zakonnej zobowiązał się do posłuszeństwa, zachowania zasad życia wspólnotowego: wspólnej modlitwy, rekreacji, wspólnego stołu i nieopuszczania klasztoru bez poważnych powodów, a tych zobowiązań nie zachowywał. I nie dlatego, że był leniwy, czy je lekceważył. Problemy wyrastały z innych przyczyn. Tygodniami, a nieraz i miesiącami był poza klasztorem. W świetle złożonych ślubów to zachowanie budziło niepokój. Upomnienia przełożonych nie skutkowały. Do tego zaczęły napływać na niego skargi od kapłanów prawosławnych, że wchodzi do domów wyznawców prawosławia, burzy ustanowiony porządek, eskaluje nieporozumienia i doprowadza do kłótni między wyznaniami. A to już były poważne zarzuty. Przełożeni reagowali, ale im się nie podporządkował. Był przekonany, że to, co czyni, jest zgodne z Ewangelią. Tłumaczył, że wierność Jezusowi nie pozwalała mu pozostać obojętnym na zło i zgorszenie, które niosą światu podzieleni chrześcijanie. Podejmując pracę wśród nich, zbliżał ich do siebie. Jednak kapłani prawosławni negatywnie oceniali postępowanie o. Boboli. Nie wnikano w jego intencje, ale potępiano jego zachowanie.


Postawa o. Andrzeja uczy, że w życiu kapłana najważniejsze są wierność Chrystusowi, Ewangelii, uformowanemu sumieniu i pełnienie woli Bożej. Kapłan nie może być chwiejny. Nie może też kalkulować, czy to, co robi, przyniesie mu korzyść, czy nie! Ma kierować nim zdrowa intencja i ma czynić to, co się Bogu podoba, choćby z tego powodu musiał cierpieć, a nawet oddać życie. Jako kapłan Kościoła ma ogarniać miłością wszystkich ochrzczonych, bo są dziećmi tego samego Ojca i braćmi Chrystusa. Ma troszczyć się o zbawienie każdego ochrzczonego. W trzechsetną rocznicę jego męczeńskiej śmierci Pius XII napisał: „postać ta zapisała się złotymi zgłoskami w historii Kościoła” (Pius XII, tamże, s. 7). Zasłużył na taką ocenę. To, co czynił o. Bobola, nie było ani nawracaniem, ani ekumenizmem. Było miłością do Chrystusa i Kościoła. Było ewangelizacją, która charakteryzowała pierwotny Kościół. Ojciec Bobola był świadomy, że wszelkie podziały łatwiej przychodzą niż jednanie. Ale też wiedział, że kapłan jest posłany na niwę Pańską, aby jednoczyć to, co grzech podzielił. W takim duchu podjął się jednania podzielonego Kościoła. Ta praca doprowadziła go do męczeństwa. Ale o jego świadectwie Kościół wypowiada się z największym uznaniem i stawia go za wzór dla kapłanów. Poznanie go staje się naglącym wezwaniem choćby dlatego, że Ojczyzną targają bolesne podziały. Jak wobec nich powinien zachować się kapłan? Odpowiedź znajdziemy w św. Andrzeju. On jest patronem jedności. Bóg zlecił mu ważną misję w Kościele, ale i w naszym narodzie. To zło, które niesie podział polskiego społeczeństwa, przerasta ludzkie możliwości i o własnych siłach z tego nie wyjdziemy. Niech św. Andrzej będzie wzorem pracy dla biskupów i kapłanów nad przywracaniem jedności tam, gdzie ją utracono.

Źródło: "Św. Andrzej Bobola. Bohater Chrystusowy”, ks. Józef Niżnik, wyd. Esprit

 
10 maja

O grzechach języka – z Mądrości Syracha


« Nie przewiewaj zboża na każdym wietrze i nie zapuszczaj się w każdą ścieżkę; tak czyni grzesznik o podwójnym języku. Bądź stanowczy w tym, co zamierzasz, a twoje wypowiedzi niech będą jednoznaczne. Zawsze chętnie słuchaj, lecz z odpowiedzią czekaj cierpliwie. Jeżeli możesz, odpowiedz twemu bliźniemu, jeżeli nie, rękę połóż na twoich ustach. Dzięki mowie zyskuje się sławę lub pogardę, a język może doprowadzić człowieka do upadku. Nie dawaj powodu, by nazwano cię oszczercą, swoją mową nie przygotowuj zasadzek. Wstyd bowiem ciąży złodziejowi, a zła opinia człowiekowi o podwójnym języku. Unikaj błędu w sprawach wielkich i małych i nie stawaj się wrogiem, zamiast być przyjacielem». (Syr 5, 9-15)


«Miłe słowa przysparzają przyjaciół, a uprzejmy język znajduje wzajemność». (Syr 6, 5)


«Nie rozsiewaj pomówień na twego brata, ani przyjacielowi nie czyń czegoś podobnego». (Syr 7,12)


«Nie oskarżaj, zanim zbadasz sprawę, najpierw się zastanów, a potem osądzaj. Nie odpowiadaj, zanim nie wysłuchasz, nie przerywaj, gdy ktoś przemawia. Nie mieszaj się do sprawy, która cię nie dotyczy, nie przyłączaj się do opinii grzeszników». (Syr 11, 7-9)


«Głupi karci bez delikatności (…)» (Syr 18, 18)


«Kto panuje nad swoim językiem, będzie żył bez kłótni, kto nie lubi plotek, temu lekko na sercu. Nigdy nie powtarzaj usłyszanych plotek, a nikt cię nie poniży. Nie powtarzaj ich ani przyjacielowi, ani wrogowi. Gdy nie jest to dla ciebie grzechem, niczego nie wyjawiaj. Usłyszą o tobie, będą się ciebie wystrzegać i znienawidzą cię w swoim czasie. Usłyszałeś słowo? Niechaj umrze w tobie. Odwagi, ono cię nie rozerwie! Głupi cierpi z powodu słowa, tak jak ciężarna w momencie rodzenia. Jak strzała tkwiąca w mięśniach uda, tak słowo we wnętrznościach głupiego. Upomnij przyjaciela, aby wystrzegał się plotkarstwa, a jeśli to czyni, aby nie kontynuował. Upomnij bliźniego, aby tak nie mówił, jeśli już powiedział, aby nie powtarzał. Upomnij przyjaciela, lecz ponieważ często rzuca się oszczerstwa, nie dowierzaj każdemu słowu. Czasem zdarza się potknięcie, ale nieświadome, a któż nie grzeszy swoim językiem? Upomnij przyjaciela, zanim będziesz mu groził, w ten sposób zrób miejsce Prawu Najwyższego. Bojaźń Pańska jest początkiem uznania, mądrość zdobywa u Niego miłość. Poznawanie przykazań Pana jest nauką życia, pełniący Jego wolę skosztują z drzewa nieśmiertelności». (Syr 19, 6-19)


«Ten kto milczy, jest uznawany za mądrego, a kto dużo mówi, jest znienawidzony. Jeden milczy, bo nie zna odpowiedzi, inny milczy, gdyż czeka na stosowną chwilę. Człowiek rozsądny milczy do pewnego czasu, gaduła i głupiec nie liczą się z czasem. Kto mnoży słowa, wzbudzi odrazę, a zuchwalec zostanie znienawidzony.». (Syr 20, 5-7)


«Jak na drewnie rozprzestrzenia się ogień, tak wzmacnia się zaciekła kłótnia. Według siły człowieka narasta jego złość, w zależności od bogactwa potęguje się jego gniew. Gwałtowna sprzeczka rozpala ogień, a burzliwa kłótnia prowadzi do rozlewu krwi. Dmuchasz na iskrę, to się rozpali, spluniesz, a zgaśnie – z ust twoich wychodzi jedno i drugie. Przeklinajcie oszczercę i kłamcę, zniszczyli oni wielu spokojnych ludzi. Obmowy zaszkodziły wielu ludziom, zmusiły ich do błąkania się wśród narodów, zniszczyły miasta warowne, zrujnowały domy wielkich. Obmowy rozbiły wiele małżeństw, pozbawiły żony owocu ich trudów. Kto słucha obmów, nie znajdzie wytchnienia, nie będzie mógł mieszkać w spokoju. Uderzenie rózgi zadaje rany, a uderzenie języka łamie kości. Wielu poległo od ostrza miecza, lecz nie tylu, ilu zginęło przez język. Szczęśliwy, kto się go ustrzegł, kto nie zaznał jego jadu, kto nie dźwigał jego jarzma i nie został zakuty w jego łańcuchy». (Syr 28, 10-19)


«Uważaj, byś nie potknął się z powodu języka i nie upadł przed tym, który knuje zasadzki». (Syr 28,26)


«Początkiem każdego czynu jest słowo, a przed wszelkim działaniem jest namysł. W sercu znajdują się ścieżki decyzji; ma ono cztery możliwości: dobro i zło, życie i śmierć, ale nad wszystkimi panuje język. Może być człowiek zdolny, pouczający wielu, a wobec siebie samego bezsilny. Bywa mędrkujący i nienawidzony za swoje słowa, skończy on z braku pożywienia. Nie została mu dana łaska od Pana i zostanie pozbawiony wszelkiej mądrości». (Syr 37, 16-21)

 

10 maja

Aby drugich pouczać, trzeba osiągnąć własną dużą czystość


Z dziennika duchowego Alicji Lenczewskiej


– Chciałabym umieć pomagać ludziom... † Aby drugich pouczać, trzeba osiągnąć własną dużą czystość. Im pouczenia dotyczą głębszej warstwy duszy, tym większej czystości twojej to wymaga.


Nie mogę odkryć przed tobą do głębi ludzkich zranień, aby uchronić cię przed dominowaniem nad drugim, właśnie tym zranionym człowiekiem. I aby uchronić jego przed ranami, które ty możesz mu wówczas zadać. W pewnej mierze dałem ci ten dar, ale wiele jeszcze brakuje, abym mógł go poszerzyć. Ciągle cię oczyszczam ze złudzeń, z mylnego mniemania o sobie. Dopóki cokolwiek przypisujesz sobie, dopóki masz tendencje stawiania siebie wyżej od innych, muszę być ostrożny w obdarowywaniu ciebie, bo mogłabyś ludzi bardziej krzywdzić, niż im pomagać. A także krzywdziłabyś siebie.


Ludzi można krzywdzić, przywiązując ich do siebie, bo w ten sposób się zniewala i odgradza ode Mnie, często nawet wtedy, gdy wydawało ci się, że robisz to dla Mnie.


Wszelkie nadmierne przywiązanie jest jednocześnie zniewoleniem i odgrodzeniem ode Mnie. A wszelki podziw dla drugiego człowieka jest okradaniem podziwu, który należy się Bogu.


Chciałbym ci dać większe charyzmaty dla służenia innym, ciągle jednak nie jesteś dość czysta w swej duszy. W przeciwnym bowiem wypadku musiałbym zadawać ci wielki ból i wielkie upokorzenia, aby leczyć twą rosnącą pychę.


Wiele w życiu wycierpiałaś z powodu pychy – poczucia wyższej wartości wobec innych. Dawałem ci dużo, a ty przeznaczałaś to głównie po to, aby dominować i uważać się za uprzywilejowaną w porównaniu z innymi Moimi dziećmi, które otrzymały mniej.


I leczyłem cię boleśnie z tego, i leczę nadal, choć teraz już łagodniejszymi środkami, bo jesteś czystsza. Ale proces oczyszczenia trwa i wszystko, cokolwiek czynię wobec ciebie, ma ten właśnie cel.


Mt 25, 14-30 | Przypowieść o talentach

Źródło: „Świadectwo” 609, Alicja Lenczewska

 

10 maja

Ciosy kierowane na przeciwnika uderzają Chrystusa i jest On bity przez obydwu


Z dziennika duchowego Alicji Lenczewskiej


– Wczoraj dowiedziałam się o konflikcie między dwoma kapłanami. Dziś na Mszy Świętej byłam w katedrze o godz. 7:30. Uderzyły mnie czytania:

Jk 4,1-10; Ps 55; Mk 9,30-37


Przed południem poszłam do kościoła pallotynów , by się modlić za tych skłóconych ludzi. Kościół był pusty i cichy.


Odebrałam Słowa:


„Uważaj, abyś walcząc w swej obronie, nie miał diabła za sojusznika”.


– Jednocześnie było poznanie obrazowe:


Dwie walczące postacie, a w środku pomiędzy nimi Chrystus rozdzielający ich Sobą. Ciosy kierowane na przeciwnika uderzają Chrystusa i jest On bity przez obydwu. Wokół w roli kibiców wyjące i podskakujące z radości postacie szatanów. Dalej płacząca Matka Boża z twarzą zasłoniętą dłońmi. Jeszcze dalej zastygli w przerażeniu aniołowie i święci.


– Bardzo cierpiałam, widząc to. Przepraszałam Pana, błagałam o Miłosierdzie i opamiętanie dla walczących. Obiecywałam Panu, że na najbliższej Mszy Świętej złożę z siebie ofiarę za nich i było mi przykro, że stanie się to dopiero jutro. Chciałam za obydwu przyjąć Jezusa w Komunii Świętej .

Kiedy tak trwałam w bólu i modlitwie w pustym kościele, niespodziewanie przygotowano ołtarz do Mszy Świętej.


Wyszedł jeden mężczyzna i zajął miejsce w pierwszej ławce oraz kapłan w złotym ornacie. Miał złoty pierścień na prawej dłoni i sprawował Ofiarę Chrystusa po łacinie. Gdy nadszedł moment Komunii Świętej, kapłan złamał drugą połowę Hostii Kapłańskiej z ołtarza na trzy części, z których podał mi dwie jednocześnie.


Po chwili kościół znów był pusty, a w nim tylko ja z Panem Jezusem zdziwiona cudem Jego łaski.


Źródło: „Słowo pouczenia” 62, Alicja Lenczewska

 

9 maja

Ten, kto troszczy się o innych, przyjmuje na siebie ciężar ich sytuacji i dźwiga go z miłością


Arcybiskup Fulton J. Sheen: "[M]y, kapłani, jesteśmy nie tylko pasterzami, lecz również barankami. Czyż sam nasz Pan nie był jednocześnie „Dobrym Pasterzem” i „Barankiem Bożym” (J 1,29)? Jako ofiarujący, jest On Pasterzem. Jako ofiarowany, jest Barankiem. Ta podwójna rola Chrystusa wyjaśnia, dlaczego w niektórych momentach swojego procesu przemawiał, a w innych milczał. Przemawiał jako Pasterz; milczał jako Baranek.


Również kapłan nie jest jedynie pasterzem, który troszczy się o swoje owce; jest również barankiem ofiarowanym w trosce o nie. Troska ta jest tym, co odróżnia go od najemnika. Ten, kto troszczy się o innych, przyjmuje na siebie ciężar ich sytuacji i dźwiga go z miłością. Parafianie nie są intruzami; są naszym sercem, naszym ciałem i naszą krwią.


Kapłan pełniący rolę pasterza często idzie na śmierć jak baranek. Pasterz, który angażuje całe swoje życie dla zaginionej owcy, nieuchronnie ściąga na siebie ujadanie wilków, które z kolei naraża go na śmierć. Jedynie widok ukrzyżowanego Pasterza sprawił, że owce zdały sobie sprawę, jak bardzo się o nie troszczył. Interesujące jest, że święty Piotr opisał Pana Jezusa jako „Pasterza i Stróża dusz waszych”(1 P 2,25). Nadrzędnym zadaniem kapłana jest poszukiwanie zagubionej owcy i trwanie przy niej, gdy już ją znajdzie. Tym właśnie różni się prawdziwy pasterz od najemnika, intelektualista od inteligenta. Obaj są utytułowani, wyedukowani i wykształceni. Różnica tkwi w ich stosunku wobec ludzi. Intelektualista nigdy nie traci współczucia dla tłumów, co było cechą Słowa Wcielonego. Natomiast inteligent, przeciwnie, żyje w oderwaniu od łez i głodu, raka i żałoby, ubóstwa i ignorancji. Brakuje mu zrozumienia dla problemów prostych ludzi. W jego żyłach nie płynie mleko ludzkiej życzliwości, a jedynie krem książkowej wiedzy.

Podobnie jest z kapłanem. Kontakt z ludźmi ze względu na Chrystusa jest poświęceniem będącym warunkiem kapłaństwa. Kapłan staje się pasterzem dusz jedynie dzięki temu, że – zapominając o wszelkiej światowej wyższości – jest również składanym w ofierze barankiem".

Źródło: „Kapłan nie należy do siebie”, Arcybiskup Fulton J. Sheen.

 

7 maja

Matka Boża m.in. o Komunii św. na rękę


Trevignano Romano Gisella Cardia, 06/05/22


Droga córko, dziękuję, że przyjęłaś Mnie w swym sercu. Nie musisz nigdy się bać, ponieważ gdy ty będziesz głosić Święte Słowo, Ja będę z tobą. Kościół dzisiaj wzniósł mury między Moim Synem a prawdziwą doktryną, lecz pomimo cierpienia, jakie zadaje Błogosławionemu i Najświętszemu Sercu Jezusa, On jest tu [nadal], by go chronić. Kościół zamiast karmić Moje dzieci Ciałem i Krwią Jezusa oddalił [od nich] Jego obecność, lecz pomimo to, On jest zawsze gotów zaofiarować Swą pomoc. Pokutujcie! Córko Moja, masoneria ze swoją nadzwyczajną złą siłą, oddaliła reprezentantów Kościoła od prawdziwej wiary chrześcijańskiej, znieważając Ciało Jezusa, ofiarowując Je w błędny sposób i zmuszając Moje dzieci, by nie klękały oraz do przyjmowania Go na rękę, głosząc wielkie kłamstwo. Proszę was: powróćcie do prawdziwej wiary i pozwólcie Mi wam pomóc w mrocznych chwilach, które nadejdą. Mówię wam: prawdziwy Kościół się odrodzi i będzie większy i bogatszy. Teraz radzę wam się modlić, gdyż czas, [jaki macie] do dyspozycji, dobiega końca. Błogosławię was: w Imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

 

6 maja

…bo spojrzenie w Moje Światło cię uleczy


Dziś byłam bardzo, bardzo smutna. Wróciły znowu jakieś stare, przykre wspomnienia, wywołując przygnębienie i prawie depresję. Ponadto czułam się zmęczona po pracy, a jeszcze w nocy źle spałam. Wieczorem planowałam – choć nie do końca bardzo stanowczo – iść na Adorację. W każdym razie, w tamtym momencie nie miałam ochoty w ogóle nigdzie się ruszać. Położyłam się, chcąc się trochę przespać. Szybko zasnęłam. Budzika nie nastawiłam.


Obudziłam się już w lepszym nastroju. Widocznie ten krótki sen trochę mnie pokrzepił − pomyślałam. Ale było coś jeszcze. Jakby delikatna światłość, w której nagle się znalazłam, ale czułam ją tylko w duszy. Przygnębiające myśli, które wcześniej mnie dręczyły, jakby się gdzieś rozwiały. Spojrzałam na zegarek. Była dokładnie godzina, o której w moim kościele wystawiany jest Najświętszy Sakrament do Adoracji. Przeniosłam się tam duchem, wpatrując się w Światło Jezusa ukrytego w białej Hostii, które zdawało się docierać aż do mnie. Poprosiłam mojego Anioła Stróża, aby udał się do kościoła i tam w moim imieniu adorował teraz Jezusa. Leżałam tak jeszcze chwilę, trwając razem z nim w tej przedziwnej Adoracji. Potem wstałam i udałam się na spotkanie z Miłością, aby już fizycznymi oczyma móc Ją kontemplować. Gdy wyszłam z kościoła, byłam już lekka i odświeżona i miałam ochotę jeszcze na mój wieczorny, różańcowy spacer.


Ten promyk światła, który dotarł do mnie, budząc mnie, to zrozumienie, że On jest nieskończenie większy niż jakiekolwiek nasze zranienie, smutek czy grzech. I choć może to brzmieć niekiedy jak wiele razy powtarzany kościelny banał, to dopiero otwarcie przez Ducha Świętego tej odpowiedniej klapki w sercu, w odpowiednim momencie, pozwala przyjąć tę prawdę w pełni, tak „od środka”. Wszystko ginie w nieogarnionym oceanie Jego miłości. Wszystkie nasze „problemiki”, jak bardzo wielkie by nam się nie wydawały, są niczym wobec ogromu Jego Miłości, Majestatu i Potęgi oraz radości wiecznej nie do opisania, jaką On nam szykuje. Nie ma takiej tragedii w naszym życiu, której On nie mógłby zaradzić (w ramach oczywiście naszej wolnej woli). I zaradzi, ale w swoim czasie. Bo to nie znaczy, że wszystkie problemy nagle znikną i może będą się jeszcze ciągnęły długo, ale to znaczy, że On stawia pytanie: „Ale czy mi ufasz? Czy wierzysz, że Ja wszystko mogę? Nie twoja to rzecz wiedzieć, czy cię uwolnię z twoich problemów dziś, jutro, czy dopiero w chwili śmierci. Twoja rzecz to ufać mi”. Jednocześnie przyszło pouczenie, aby nie koncentrować się na swoich depresjach czy swojej ciemności, ale na Nim, na Jego Świetle. Przypomniałam sobie mniej więcej słowa, które wypowiedział do Alicji Lenczewskiej: „Patrz na Mnie, a tamto odejdzie i czysta będziesz…”. Potem sprawdziłam je dokładnie i znalazłam ciąg dalszy tego zdania, który mówił właśnie o świetle: „… bo spojrzenie w Moje Światło cię uleczy”.


Wracając ze spaceru, prosiłam mojego Anioła Stróża, aby przypominał mi o tym wszystkim za każdym razem, gdy złe myśli będą znowu chciały wracać.


Jezu, ufam Tobie!


Autor: Dorota Porzucek

 

5 maja

Dlaczego św. Andrzej Bobola oblał ważny egzamin

Andrzej był bardzo zdolnym studentem, nauka nie sprawiała mu trudności i wszystkie wcześniej egzaminy zdawał bardzo dobrze. Dlaczego więc oblał ten najważniejszy? Sądzono, że zrobił to specjalnie, ponieważ nie chciał iść drogą kariery naukowej w zakonie, ale chciał pracować wśród biednych ludzi. Księdza Niżnika jednak to posądzanie Andrzeja o celowe zlekceważenie egzaminu i niejako złą wolę nie przekonuje. Chciał poznać prawdę, ale wiedział, że w książkach o św. Andrzeju odpowiedzi nie znajdzie, zaczął więc rozmawiać z nim na modlitwie. Definitywnej odpowiedzi dać nie może – jak pisze – ale dzieli się takimi swoimi przemyśleniami:


"W oblanym egzaminie nie dostrzegam złej woli św. Andrzeja. Widzę raczej ukrytą prawdę o jego świętości i przykład do naśladowania. To stwierdzenie może zszokować i budzić pytania. Czy u kogoś, kto oblał egzamin, można dopatrzeć się świętości? Czy można się od niego czegoś uczyć Czy może być wzorem do naśladowania? Odpowiem, że w przypadku o. Boboli można i w tej sprawie się bardzo wiele nauczyć. Aby to zrozumieć, refleksję należy rozpocząć od wniknięcia w cel jego życia: „Chcę być świętym!”. Wie, że stanie się nim tylko wtedy, gdy będzie wierny swemu sumieniu i wierny poznanej prawdzie. Trudności życia poprowadziły zakonnika Bobolę ku nocnym adoracjom Najświętszego Sakramentu. Ku czemu one wiodły, dostrzegli nawet jego przełożeni. Ale klęczący u stóp Jezusa przyszły kapłan wzrastał także w mądrości Bożej. Zdobywał wiedzę o Bogu, Kościele i o sobie. Jezus był mu Nauczycielem i Wychowawcą. Dzięki adoracjom mógł poznać swe miejsce w planie zbawienia. Ale też mógł dojść do wiedzy, która w tamtych czasach była obca w nauczaniu Kościoła, szczególnie tej, która dotyczyła podzielonego chrześcijaństwa. To mogło ujawnić się podczas końcowego egzaminu. Ojciec Andrzej nie tyle nie chciał go zdać, co jego odpowiedzi na postawione mu pytania były wiedzą, która przerastała myślenie egzaminatorów. Na postawione pytania odpowiadał tak, jak go Jezus nauczył, a nie jak oczekiwali profesorowie. Oblał egzamin, bo był wierny poznanej prawdzie. Wypowiadał ją na egzaminie, a może nawet i bronił. Dla mnie to jest przyczyna oblania egzaminu. To jest też świętość Andrzejowa. On nie kalkulował, czy to mu się opłaca, ale wybrał to, co się Bogu podoba. Z powodu oblanego egzaminu miał zamknięte drzwi do kariery w zakonie, ale otwarły się drzwi ku świętości. Zresztą jego kariera w zakonie nie interesowała. Unikał wszystkiego, co przeszkadzałoby mu zachować jedność z Bogiem. Dążył ku świętości, niosąc chwałę Bogu i służąc z miłością wszystkim ludziom. Tak formuje zakonnika Bóg, jeśli otworzy się on na działanie łaski.


Przełożeni o. Andrzeja dostrzegli jego postępy w zachowaniu, ale nie byli w stanie dostrzec jego mądrości pochodzącej z kolan zgiętych przed Najświętszym Sakramentem. Ujawnia się ona w pracy o. Andrzeja wśród podzielonych chrześcijan. Przykład św. Andrzeja jest ważną katechezą o świętości skierowaną do tych, którzy pomimo gorliwości w służbie Bogu są niedocenieni i pogardzani, a takich jest wielu. Świętość człowieka jest tajemnicą. Święci wiedzą, że mają się Bogu podobać. Ich sposób życia i myślenia przerasta tych, z którymi żyją. Święty Andrzej jest tego przykładem. Naśladować go w życiu to pewna droga ku świętości. Warto ją wybrać».


Dodam jeszcze od siebie, że jeśli to oblanie egzaminu nie było rzeczywiście celowe, a więc okazało się porażką o oczach ludzi, to być może było jednocześnie najważniejszym egzaminem pokory danym od Boga. Co mogli bowiem o nim mówić lub myśleć współbracia? Może kpili sobie z niego w duchu, albo i jawnie, że taki zdolny i ambitny, a zawalił najważniejszy egzamin? Wyobrażam sobie, że każdy w takiej sytuacji czułby wstyd i zażenowanie. Ale może Bogu bardziej zależało, aby ten raczej egzamin, polegający na pogrzebaniu własnych ambicji i przyjęciu na siebie upokorzenia, zdał celująco?".



Źródło: "Św. Andrzej Bobola. Bohater Chrystusowy”, ks. Józef Niżnik. wyd. Esprit

 

1 maja

O intronizacji


Fragmenty książki: "Serviam. Duchowa misja Polaków", Anna Dąmbska


18 XI 2002 r.

Pan mówi:


− Witajcie, dzieci. Dzisiaj chciałbym wam powiedzieć o intronizacji, żeby tę sprawę ostatecznie wyjaśnić.

Ziemia jest moją własnością. Ofiarowałem ją ludzkości, aby czyniła ją sobie poddaną − czyli dałem wam pełnię wolności w działaniu − ale wy nie zrozumieliście mojego życzenia. Ziemia powinna być poddana wam i stanie się tak, ale wtedy, kiedy wy poddacie się Mnie i staniecie się takimi, jakimi pragnąłem was mieć − moimi kapłanami.


Wtedy kiedy wy, rozumiejąc to, co robicie, dobrowolnie zwrócicie się do Mnie jako do swojego Odkupiciela i zapragniecie poddać się mojemu królewskiemu panowaniu − co lepiej brzmi, jeżeli użyje się wyrazu „prowadzeniu” czy „przewodzeniu” − wtedy sami zechcecie żyć wedle moich praw, które dla was dawno ustanowiłem.


Aby się podnieść z tego stanu nikczemności i podłości, w jaki się wprowadziliście, musicie dotrzeć do krawędzi waszego istnienia. Już nie ma odwrotu, bo ogromna część ludzkości nie tylko odrzuciła prawa moje, ale występuje wrogo wobec Mnie.


− Prawodawcy. Świadomie niszczycie wszelkie dobra duchowe, jakie wytworzył Kościół mój w ciągu dwóch tysięcy lat, czerpiąc obficie z mojego nauczania, którym przez wieki kształtowałem lud Izraela.


Chciałem mieć swój naród kapłański, który rozszerzy moją naukę na cały świat. Ponieważ lzraeł Mnie zawiódł, zbudowałem na mojej ofierze krzyżowej nowy naród kapłański, rozszerzając go na cały świat − bez granic i podziałów. Ale przeciwko niemu walczą teraz siły nieprzyjaciela potężniejące z waszej woli i wyboru.


Wasza pycha i zarozumiałość z powodu waszych dokonań, zwłaszcza technicznych, powodują, że siebie samych ustanawiacie bogami − decydującymi o tym, co dobre, a co złe − i panami ziemi. Staliście się wrogami prawdy, zakłamaliście swoje sumienia i umysły, wskutek czego oślepliście do tego stopnia, że droga wasza wiedzie ku samounicestwieniu. Ludzkość nigdy jeszcze nie odeszła tak daleko ode Mnie i nie oddała się tak masowo i gorliwie w ręce swojego nieprzyjaciela.


Niestety, taki jest wasz wybór, dzieci.


Jednakże Ja, wasz rzeczywisty Ojciec, Dawca waszego istnienia, nie pozostawię was na zgubę. Wystąpię w obronie waszej − lecz jeśli wy tego zapragniecie. Tylko wasza wola może zadecydować o waszej przyszłości.


Co to oznacza? Rozumiecie, że puste słowa nic tu nie znaczą. Świadczyć o waszej woli wezwania Mnie ku ratunkowi mogą tylko wasze czyny, będące wyrazem przemiany waszych dusz.


Teraz mówię do was, mój polski narodzie. Wam pragnę dać pierwszeństwo w walce z nieprzyjacielem i w pokonywaniu go − z moją pomocą; inaczej byłoby to niemożliwe (Pan może mówić „mój” o każdym narodzie, gdyż każdy do Niego należy; każdemu też może postawić zadanie). Jeszcze jesteście zdolni do dawania odporu złu, jeszcze doceniacie wartość moich praw i rozumiecie, że tylko one mogą stać się gwarantem waszego prawidłowego rozwoju. Niektórzy z was pojmują nawet to, że największym szczęściem człowieka jest dobrowolna współpraca ze Mną.


Dlatego jeśli powierzycie się Mnie i zapragniecie tego, zostanę waszym Królem − ale nie wcześniej niż zwyciężymy zło, które teraz jak rak przeżera tkankę waszego narodu.


Obrońcą waszym mogę być tylko Ja, a Ja jestem Zwycięzcą


(Zwycięzca śmierci, piekła i Szatana...). Proszę, mówcie Mi codziennie w imieniu całego narodu: „Twoją jesteśmy własnością i do Ciebie należeć chcemy” (z aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa) i okazujcie to słowem, czynem i orędownictwem, bo na tym polega wasza służba.


Pamiętajcie, że Ja nie przebieram: przyjmuję każdego, kto tego zapragnie, i wspomagam go wedle jego słabości. Jednakże mam tak wielki szacunek dla wolności wyboru, którą wam dałem, że oczekuję od każdego z was jego propozycji służenia. Wasze wysiłki i starania odpowiedzą Mi, czy dostatecznie Mi ufacie, wierzycie Mi i kochacie Mnie, aby podjąć taką współpracę.


Błogosławię was, moje polskie dzieci. Nadzieję moją umieszczam w was, bo i Ja byłem kamieniem odrzuconym przez budujących, który stał się kamieniem węgielnym (Ps 118, 22). Teraz zamierzyłem położyć wasz naród jako kamień węgielny przyszłej rodziny narodów całej ziemi współżyjących ze sobą w miłości i pokoju pod moim berłem − Króla narodów, Ojca ludzkości i Zbawiciela waszego.

Idźcie, dzieci, i plon obfity Mi przynoście.


Przejęci, gorąco dziękujemy Panu. Jedna z osób mówi:


− Zdumiewa nas Twoja wiara w nas.


Pan odpowiada:


− Bo wy widzicie wyłącznie słabość waszą, a Ja wiem, ile wam mogę dać siły, męstwa, roztropności, umiejętności − słowem wszystkich darów Ducha Świętego.


Pamiętajcie, że zawsze i wszystko czynimy razem, że każdy z was ma pomoc całego nieba, i to wreszcie, że nie wymagam od was niczego, czego byście nie potrafili dokonać, każdy wedle otrzymanych darów. A Ja zawsze mogę dodać wam więcej.


Anna pyta:


− Czy moglibyśmy Cię, Panie, prosić teraz, żebyś poszerzył nasze serca, abyśmy mogli więcej osób kochać, dostrzegać, rozumieć i wspomagać?


− Powiedziałem: „Proście, a otrzymacie . Jeśli odczuwacie potrzebę poszerzenia swoich serc, to w tym jest już moje działanie w was.


Udzielam wam teraz odrobinę mojej miłości. Niechaj rozwija Się w was.


Źródło: "Serviam. Duchowa misja Polaków", Anna Dąmbska, wyd. Fronda, Instytut św. Jakuba

 

Fot. VICONA