O konieczności ograniczania klik homoseksualnych w Kościele. Ks. Dariusz Oko




Fragment artykułu ks. Dariusza Oko opublikowanego w naukowym czasopiśmie „Thelogisches”, który stał się przyczyną skazania kapłana w lipcu 2021 r. przez sąd w Kolonii na grzywnę w wysokości 4800 euro lub 120 dni aresztu za rzekomą "mowę nienawiści". Prawnicy kapłana złożyli apelację od wyroku. Rozprawa, która odbyła się 20 maja br. zakończyła się ugodą – sąd w Koloni zawiesił postępowanie, ale ks. Oko musiał przeprosić za niektóre zbyt mocno brzmiące sformułowania (wynikające z błędnego tłumaczenia na język niemiecki) oraz zapłacić tzw. nawiązkę na rzecz organizacji charytatywnej w kwocie 3150 euro.



Skąd tylu homoseksualistów pośród duchownych?


To pytanie można postawić na początku omawiania problemu homo-klik w Kościele, bo też zadaje go wiele osób, które dowiadują się o jego rozmiarach. Przecież zgodnie z nauczaniem Kościoła i jego prawem, w ogóle nie powinno ich być, a już na pewno od czasów jasnej watykańskiej instrukcji z roku 2005 kategorycznie zakazującej święcenia mężczyzn o skłonnościach homoseksualnych oraz następnych tego rodzaju dokumentów. Otóż tak wielka liczba homoseksualistów w seminariach wielu krajów i każdego kontynentu wynika szczególnie z tego, że długo były one miejscem ucieczki i schronienia dla mężczyzn ze środowisk religijnych, którzy odkrywali w sobie skłonności homoseksualne. Dobrze wiedzieli, że w swoim środowisku, szczególnie na terenach wiejskich i prowincjalnych (ale także długo wielkomiejskich), nie będzie to w ich otoczeniu akceptowane, albo przynajmniej nie będzie wzbudzać entuzjazmu, a w każdym razie będzie w życiu poważnym utrudnieniem. W tej sytuacji dla wielu najlepszym wyjściem wydawało się pójście do seminarium kapłańskiego albo nowicjatu zakonnego. Wtedy ich zasadnicza niezdolność do małżeństwa nagle w oczach otoczenia stawała się wielką ofiarą dla Królestwa Niebieskiego. Jednak w ten sposób już na początku duchowej drogi znajdowało się jakieś oszustwo i zafałszowanie – zwłaszcza jeśli to była ich zasadnicza motywacja. To jest bardzo dwuznaczna i krucha, ponieważ fałszywa podstawa życia – kapłaństwo jako sposób na ukrycie problemów ze swoimi skłonnościami seksualnymi, kapłaństwo bardziej jako poddanie się pokusie całożyciowego oszukiwania w nadziei bardziej wygodnego życia, niż pójście za głosem autentycznego powołania.


Jednak kiedy tacy mężczyźni wybierali kapłaństwo czy zakon, mieli na ogół zagwarantowaną przynależność do społecznego establishmentu oraz przeróżne związane z tym prestiżowe i materialne korzyści. Jednak nawet, kiedy mieli szczere, autentyczne postanowienie zachowania ślubu czystości i celibatu, o wiele rzadziej im się to udawało i udaje. Przecież z jednej strony od początku mieli podejrzaną i słabszą albo wprost fałszywą, niesłuszną motywację, a z drugiej strony w seminarium natrafiali na podobnych do siebie kandydatów, którzy mieli podobne seksualne pragnienia. Ale to jest tak, jakby w jednym nowicjacie w sąsiednich celach albo nawet tych samych pokojach umieścić razem młodych nowicjuszy zakonnych i młode nowicjuszki zakonne, młodych mężczyzn i młode kobiety, śpiące na sąsiednich łóżkach. Czegoś takiego nie robi się nawet w świeckich akademikach. Kościół, znając dobrze ludzką naturę, nigdy tego nie dopuszczał, na takie wymieszanie się nie godził, obowiązywała i obowiązuje klauzura, rozdział płci.


Młodym mężczyźnie i kobiecie, mieszkającym razem bez ślubu, zasadniczo nie udziela się rozgrzeszenia, bo traktuje się to jako życie w bliskiej okazji do ciężkiego grzechu, do którego prawie na pewno w tej sytuacji prędzej czy później, wielokrotnie dojdzie. Jednak w przypadku kandydatów o takich skłonnościach to jest właśnie jakby zniesienie klauzury i całkowite wymieszanie płci. Jest to nawet sytuacja dużo gorsza, ponieważ kobiety nawet w takich sytuacjach bardziej, niż mężczyźni, rozumieją i cenią duchowy oraz uczuciowy wymiar miłości i dlatego są zwykle bardziej powściągliwe i hamują mężczyzn. Natomiast tutaj mamy naprzeciw siebie dwóch mężczyzn pragnących się męską pożądliwością, czyli na ogół bardziej nastawioną na zmysłowość i trudniejszą do opanowania. Dlatego trzeba sobie zdawać sprawę, że jeśli dwóch młodych gejów będzie mieszkać i nocować w jednym pokoju, to prawdopodobieństwo, iż dojdzie między nimi do współżycia seksualnego, jest jeszcze o wiele większe, niż w przypadku młodego mężczyzny i młodej kobiety w takiej samej sytuacji.


Tak to wygląda i jest oczywiste, do czego w wielu wypadkach musi to łatwo prowadzić i jakie konsekwencje musi to mieć dla całego zakonnego czy kapłańskiego życia. Jeżeli zasadniczą przyczyną pójścia do seminarium czy nowicjatu jest chęć ukrycia swojej skłonności homoseksualnej, to, po pierwsze, można bardzo wątpić, ile w ogóle jest warte takie powołanie oraz, po drugie, należy oczekiwać, że w otoczeniu ludzi o takich samych skłonnościach te inklinacje raczej tylko jeszcze się wzmocnią i doprowadzą do czynów. Tym gorzej jest oczywiście, gdy członkami takich klik są także sami przełożeni seminarium oraz wykładowcy. To jeszcze bardziej wzmacnia procesy degradacji. W dodatku, kiedy tacy mężczyźni zostaną wyświęceni na kapłanów (a nieraz potem także na biskupów i nawet staną się kardynałami), będą w takie życie nieraz wciągać młodzieńców, a potem, jako swoich partnerów wysyłać ich do seminariów, promować i chronić, aby nie spotkały ich możliwie żadne trudności czy nieprzyjemności. To są ludzkie zależności, to jest mechanizm, który musi prowadzić do wielu wykroczeń i grzechów, do wielu ludzkich krzywd, a potem do wielu skandali i kompromitacji Kościoła. Nie trzeba znać nawet aktualnych doniesień medialnych, wystarczy znać ten mechanizm, by z góry wiedzieć, co musi się dziać w Kościele, jakie niegodziwości i tragedie muszą mieć w nim miejsce, gdy homoseksualiści zaczynają być masowo przyjmowani do seminariów i nowicjatów, a co gorsza, gdy zaczynają w nich dominować, a potem, w konsekwencji, dominować w całym Kościele.


Droga homoseksualnej degradacji


Jednak trudno, żeby duchowo normalnie rozwijali się ludzie, którzy już w seminarium permanentnie żyją w grzechach śmiertelnych, którzy już w tym czasie szczycą się na przykład tym, że zdążyli mieć kilkudziesięciu partnerów seksualnych. Dla takich ludzi chrześcijaństwo, łaska i wyższe wartości stają się raczej jakąś abstrakcją, jakąś oficjalną ideologią Kościoła, którą oni, jako jego funkcjonariusze muszą głosić, ale w którą sami nie bardzo wierzą (jak choćby funkcjonariusze późnego komunizmu w Europie Wschodniej). (,…)


Cóż zresztą miałoby jeszcze takim duchownym pomóc, co miałoby ich nawrócić i uratować, skoro codziennie obcują z rzeczami najświętszymi – przede wszystkim z łaską, z sakramentami oraz Słowem Bożym, a zarazem depczą ich sens i wartość, tak bardzo deprawując i zatwardzając swoje sumienia, tak nieustannie pławiąc się w najcięższych grzechach? Zamiast starać się o nawrócenie będą raczej coraz bardziej starać się o zamaskowanie swoich grzechów, a także o wciągnięcie w nie innych. Wobec jednych będą to czynić przy pomocy pokusy, wobec innych przy pomocy groźby, także dopuszczając się oczywistych przestępstw, za które według prawa świeckiego wiele lat powinni spędzić w więzieniu. To właśnie z powodu takiej postawy duchowej oni z reguły nigdy za nic nie przepraszają, nie przyznają się do winy, nie pokutują. Uciekają raczej nawet w jakiejś absurdalne usprawiedliwienia. Nawet jeżeli te winy staną się najbardziej oczywiste i publiczne znane. Widać, że ich serca należą do najbardziej skamieniałych i zatwardziałych, najtrudniejszych do nawrócenia, nie powinno tu się żywić jakichś złudzeń.


Problem jest naprawdę ogromny, ponieważ na podstawie opublikowanej literatury oraz innych dostępnych mi danych, między innymi z kręgów tajnych służb, można szacować, że na przykład w Stanach Zjednoczonych około 40 proc. księży i do 50 proc. biskupów ma takie skłonności, z czego nawet połowa z nich w pewnych okresach swojego życia jest aktywna homoseksualnie – podobnie, jak to czynił ich wielki patron, „wzór”, promotor i obrońca, kardynał Theodore McCarrick czy arcybiskup Rembert Weakland, OSB. Kapłaństwo katolickie coraz bardziej zasłużenie zyskuje tam miano gay profession, a wszyscy duchowni geje znani ze skandali, które wywołali, stanowią jedynie wierzchołek góry lodowej. Jest to tym łatwiejsze do ustalenia, że w Stanach Zjednoczonych Federalne Biuro Śledcze (w skrócie FBI), czyli najpotężniejsza agencja wywiadowcza państwa, rutynowo zajmuje się obserwacją osób duchownych ze względu na ich aktualne lub potencjalne znaczenie społeczne.


W Ameryce Południowej, w Watykanie, a także w szeregu innych krajów Europy bywa niestety bardzo podobnie, a nawet jeszcze gorzej. Natomiast najgorszą opinię pod tym względem mają służby dyplomatyczne Watykanu. Jest tak zwłaszcza dlatego, że praca w nuncjaturach rozrzuconych w różnych krajach świata daje szczególne okazje łatwiejszego do ukrycia swobodnego życia homoseksualnego. Tak było w przypadku choćby włoskiego księdza Battisty Ricciego, który podczas swojej pracy w nuncjaturze w Urugwaju stał się znany z niesłychanie rozpustnego, orgiastycznego życia homoseksualnego, doprowadzając nim do niesłychanego skandalu. (…)


Gdy tego rodzaju dyplomata obejmuje nową placówkę uczciwi biskupi mówią: „musimy chronić przed nim chłopców i kleryków.” To bardzo smutne świadectwo, w ten sposób Kościół zamienia się w swoje przeciwieństwo, a największy wpływ na pracę Episkopatu oraz na mianowanie nowych biskupów zaczynają mieć osoby, które działają wbrew podstawowemu nauczaniu oraz normom antropologicznymi i moralnym Kościoła. Jednak umieszczanie tego typu ludzi na kluczowych miejscach w Kościele powoduje, że homomafia może się tym bardziej łatwo multiplikować, odnawiać i ekspandować. Może biskupstwa i inne odpowiedzialne funkcje traktować jak łup, który tylko im albo przede wszystkim im się należy. To oznacza, że na najwyższe stanowiska w Kościele zostają promowani ludzie, którzy właśnie najmniej do tego się nadają. Wtedy im wyżej w Kościele, tym może być gorzej, wtedy w wielu jego wysokich kręgach tacy duchowni mogą stanowić nawet większość. Wtedy na samych szczytach Kościoła zaczynają panować potworna obłuda i zakłamanie, wtedy Kościół zaczynać gnić od samej głowy, samego swojego „mózgu”. To dlatego nawet jeśli jakiś przypadek homoseksualnych nadużyć zostanie zgłoszony do nuncjusza lub Watykanu, to jego wyjaśnienia nie powinno się oczekiwać przed upływem stu lat, czyli nigdy. (Chyba że za sprawę zabiorą się dziennikarze czy prokuratorzy świeccy). Materiały dowodowe „zaginą” albo zostaną wprost zniszczone, w razie czego jeszcze nastąpi zasłonięcie „tajemnicą papieską”, nadużywaną do zakrycia poważnych przestępstw. Trudno o większe samo-zaprzeczenie i samozniszczenie Kościoła. Nie tylko w wymiarze doczesnym, ale przede wszystkim wiecznym. Tacy najwyżej postawieni duchowni zaczynają zagrażać sprawie najświętszej, najważniejszej – zbawieniu wiecznemu siebie samych oraz całych rzesz ludzi im powierzonych oraz wszystkich innych, na których mają jakikolwiek wpływ. Zaiste prawdziwe dzieło Judasza i dzieło Kaina. (…)


Pasożytowanie na Kościele


Tak Kościół paraliżuje jego wewnętrzna homomafia, która jak kolonia pasożytów dba przede wszystkim o siebie, a nie o nosiciela, kosztem którego żyje. Tylko jej istnienie może wyjaśnić, dlaczego tacy duchowni mogą dochodzić aż tak wysoko i prawie zawsze pozostawać aż tak bezkarni. A takich ludzi jest w Kościele cały legion.


Trzeba jednak dobrze rozumieć, co oznacza to dla nich samych oraz dla całego Kościoła, jakie procesy zaczynają w nich i w nim zachodzić. To jest niezwykle ważne, a dotąd nie było wystarczająco przedmiotem namysłu ani teologów, ani duszpasterzy. Dla nich samych oznacza to postępujący proces duchowego samozniszczenia, proces coraz większej moralnej degrengolady. Życie w zanurzeniu w grzechu staje się dla nich normą, a zwykła przyzwoitość najwyżej naiwnością i głupotą. Każdy człowiek, także kapłan, jeśli chce, może sobie zracjonalizować każde zło, może dorobić usprawiedliwiającą teorię do każdego swojego grzechu. Jednak w ten sposób jeszcze bardziej zmniejsza swoje szanse na nawrócenie, bo wtedy w ogóle, u samego korzenia neguje jego potrzebę. Niezależnie od tego rodzaju teorii tacy duchowni ciągle dobrze zdają sobie sprawę, jak bardzo ich postępowanie jest sprzeczne z nauczaniem Kościoła oraz z tym, co sami głoszą lub przynajmniej powinni głosić. Wiedzą, że nawet częściowe ujawnienie rozmiaru tego rozdźwięku grozi im utratą ich pozycji oraz rozmaitych korzyści z nich płynących. Dlatego za wszelką cenę starają się ukryć prawdę o sobie pod maską pobożnych mów i gestów – jakkolwiek w ich przypadku byłyby one sztuczne i martwe. Zapadają na typową chorobę zawodową duchownych – hipokryzję, coraz bardziej żyją jak typowi, wzorcowi obłudnicy i faryzeusze. Z tego powodu łatwo stają się też „ślepymi przewodnikami ślepych” (Mt 115, 14), bo wiedząc, ile im samym można wypomnieć i zarzucić, unikają jasnego przedstawiania wiernym wymagań Ewangelii i nauczania Kościoła. Stają się tak prawdziwą duszpasterską katastrofą, w ich osobach dochodzi do zwrotnego sprzężenia zła, do spirali degronadolaty, w której upadli księża i upadli świeccy ściągają się nawzajem coraz niżej. Jest to degradacja nie tylko moralna, ale i doktrynalna, ponieważ zaiste wydaje się, że zwłaszcza współcześnie szereg herezji jest skutkiem zaślepienia i zniewolenia zarówno duchownych, jak świeckich przez nasze żądzę, zwłaszcza te seksualne.


Szczególnie trafnie mówił o tym papież Franciszek 22 grudnia 2014 r., surowo upominając i karcąc pracowników Stolicy Apostolskiej jak żaden papież przed nim. Wymienił przy tym szereg chorób duchowych, na które wielu z nich cierpi, stwierdził między innymi, że udają i „sami prowadzą zaś często rozwiązłe życie”. Ksiądz Luigi Capozzi, osobisty sekretarz kardynała Francesco Coccopalmerio, który w środku Watykanu regularnie i bezkarnie urządza narkotyczno-homoseksualne orgie, jest dobrą ilustracją dla tego przemówienia papieża. Charakterystyczne jest, że kres tym orgiom położyła nie jakaś reakcja innych pracowników Watykanu, ale oczywiście znowu dopiero interwencja policji.


Tak ci duchowni sami sobie najbardziej szkodzą, bo jest bardzo prawdopodobne, że niszczą to, co dla każdego człowieka jest najważniejsze – swoją wspólnotę z Bogiem i ludźmi. Jako duchowni i wykształceni teologowie najlepiej wiedzą, jak ich postępowanie jest dogłębnie sprzeczne z prawdą i dobrem, z wolą Boga. Niezależnie od tego, jak sami by się oszukiwali, jak bardzo wyrafinowane intelektualnie samousprawiedliwienia by tworzyli, nie są w stanie uciec od odpowiedzialności za swoje grzechy, bo nie są w stanie zupełnie zniszczyć własnego rozumu i zabić własnego sumienia. Grzechy nas, duchownych są przecież zwykle jakby grzechami wyższego stopnia. Po pierwsze zaciągamy winę jak każdy człowiek popełniający dany grzech, po drugie nasze wina jest o wiele większa z powodu zwykle lepszej świadomości, że dany czyn jest grzechem (przecież to jest przedmiotem naszych studiów filozoficznych i teologicznych) oraz, po trzecie, ta wina zwiększa się jeszcze bardziej z powodu ogromnego zgorszenia, kiedy nasz grzech staje się publicznie znany.


Jednak grzechy, które w przypadku wyjątkowo wielu homoduchownych stają się dla nich nałogami, które seryjnie popełniają przez całe swoje życie, zamieniają się nieraz jakby w ich „drugą”, zepsutą naturą. W ten sposób szkodzą też często niepomiernie innym osobom. (…)


(...) prawie wszystkie najgorsze skandale Kościoła, które wydarzyły się w ostatnich dziesięcioleciach i które najbardziej go kompromitują, zostały wywołane przez duchownych, którzy ulegali swoim homoseksualnym skłonnościom. To oni też są najbardziej odpowiedzialni za długą praktyczną bezkarność wielu duchownych efebofilów i pedofilów Trzeba tutaj tylko podkreślić, że w mediach fałszywie mówi się prawie wyłącznie o przestępstwach pedofilii duchownych, czyli o wykorzystywaniu dzieci przed okresem dojrzewania płciowego. Tymczasem najbardziej rzetelne badania pokazują, że w około 80 procentach chodzi o wykorzystywanie seksualne młodzieńców w zaawansowanym okresie dojrzewania, czyli o homoseksualną efebofilię (albo pederastię), a na drugim dopiero miejscu o wykorzystywanie chłopców, czyli o homoseksualną pedofilię. Przy tym na homoseksualną efebofilię w tej grupie duchownych znowu przypada około 80 procent wszystkich przypadków, czyli w około 64 procentach wszystkich przypadków rzekomej „pedofilii” trzeba zdecydowanie mówić o gejach efebofilach w sutannach i habitach. Trzeba też wiedzieć, że około 20 procent gejów ma skłonności efebofilskie, czyli pederastyczne, jest to jedno z ich typowych zaburzeń. Główne media jednak z reguły skrzętnie pomijają te fakty, mówią o dzieciach tam, gdzie powinny mówić o młodzieńcach i chłopcach, bo tak bardzo chcą ukryć prawdę o winie gejów również w Kościele. Bardzo chętnie mówią o najgorszych księżach, ale milczą jak grób o tym, że około 80 procent z nich to geje, którzy ukryli się pod strojem duchownym. Tak też pokazują, że o wiele bardzie zależy im na interesach homo- mafii, niż na ochronie młodzieży i dzieci przed seksualnymi zbrodniarzami.


Podobnie, jak przez media, ci najgorsi przestępcy byli i są chronieni w Kościele przed homomafię jako „swoi”, „nasi”, „z klubu”. Nie dlatego przede wszystkim, że są efebofilami i pedofilami, ale dlatego, że są homoseksualistami pozostającym w bliskich relacjach z innymi członkami ich lokalnego homoklanu (także erotyczne natury). Dla ich kolegów i przełożonych, także homoseksualistów, o wiele ważniejszy od losu chłopców, będących ich ofiarami, był i jest los ich „przyjaciół z klubu”. Mówimy przy tym prawie wyłącznie o osobach, których przestępstwa zostały ujawnione przez ich ofiary, media lub wymiar sprawiedliwości, a wiadomo choćby z kryminologii, że na tej drodze zostaje ujawniona jedynie mniejszość takich przypadków, ciemna liczba pozostaje o wiele większa. To oni najbardziej sprawiają, że szereg obszarów Kościoła z miejsc zbawienia obraca się w swoje przeciwieństwo, stają się one miejscami piekielnymi.


To do takich miejsc można przede wszystkim odnieść słowa papieża Pawła VI: „poprzez szczeliny dym Szatana wtargnął do świątyni Boga” oraz o „procesie autodestrukcji” Kościoła, który „jest uderzany także przez tych, którzy są jego częścią”. Do nich też zwłaszcza można odnieść słowa Kardynała Ratzingera z Drogi Krzyżowej w Rzymskim Koloseum w roku 2005, który niejako w przededniu swojego wyboru na papieża mówił: „Ile brudu jest w Kościele, i to właśnie wśród tych, którzy poprzez kapłaństwo powinni należeć całkowicie do Niego! Ileż pychy i samouwielbienia! (...) Panie, tak często Twój Kościół przypomina tonącą łódź, łódź, która nabiera wody ze wszystkich stron. Także na Twoim polu widzimy więcej kąkolu niż zboża. Przeraża nas brud na szacie i obliczu Twego Kościoła.


Trzeba niestety stwierdzić, że tak jest szczególnie dlatego, iż nie tylko w samym Watykanie, ale i w całym Kościele światowym coraz bardziej zaczyna panować i obowiązywać prawdziwy „system Sodomy”, powszechna „struktura zła”. Na jego szczycie stoją tacy ludzie, jak kardynał Theodore McCarrick, którzy najpierw z niego wyrastają, a potem go chronią, organizują i nim kierują. Jest bardzo prawdopodobne, że zwłaszcza o tego rodzaju duchownych nasz Pan Jezus Chrystus powiedział:


„Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia; lecz biada temu, przez którego przychodzą. Byłoby lepiej dla niego, gdyby kamień młyński zawieszono mu u szyi i wrzucono go w morze, niż żeby miał być powodem grzechu jednego z tych małych. Uważajcie na siebie!” (Łk 17, 1n)


„Biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził.” (Mk 14, 21)


„Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy! Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości.” (Mt 23, 27n)


„Węże, plemię żmijowe, jak wy możecie ujść potępienia w piekle?” (Mt 23, 33)


Właśnie, problem nas, duchownych, wydaje się często polegać na tym, że nie bierzemy tych słów dostatecznie poważnie, a przecież do nas przede wszystkim się one odnoszą. Wtedy rzeczywiście, jak możemy ujść potępienia w piekle?


Paraliż Kościoła


(…) Znamiennym przykładem potęgi homoklanów w Kościele był Watykański Synod poświęcony wykorzystywaniu nieletnich w lutym 2019 roku. Chociaż sprawcami przestępstw efebofilskich i pedofilskich wśród duchownych przynajmniej w około 80 proc. są ci o skłonnościach homoseksualnych, którzy dlatego też wyłącznie dokonują ich na młodzieńcach i chłopcach, zabronione było wskazywanie na ten oczywisty związek, na olbrzymią nadreprezentację homoseksualistów wśród duchownych i świeckich efebofilów i pedofilów. To swoista bezczelność, to podobnie, jakby zorganizować konferencję poświęconą gwałtom na dorosłych i zabronić mówić na niej, że ogromną większość spośród nich dokonują mężczyźni, a nie kobiety – żeby nie stygmatyzować mężczyzn. To urąga rozumowi i elementarnemu poczuciu sprawiedliwości, to kolejna kompromitacja Kościoła na oczach całego świata. Kolejny „wyczyn” homolobby, kolejny jego „triumf”, kolejny dowód, że o wiele bardziej, niż o chronienie nieletnich, chodzi mu o chronienie samego siebie. Zresztą tego właściwie należało się spodziewać. Jeżeli ktoś dopuszcza się złych czynów, to zwykle też kłamie, by to ukryć, tym bardziej, że kłamstwo jest zwykle łatwiejsze, niż zły czyn, który ma ukryć. Dlatego członkowie tego lobby skoro nie cofają się przed ciężkimi przestępstwami, to tym bardziej nie cofają się przed nieustannym okłamywaniem Kościoła i świata, w tym także samych papieży, jak było to chociażby w przypadku kardynała McCarricka, arcybiskupa Paetza, biskupów Barrosa i Zanchetty czy prałata Ricciego. Stając nawet twarzą w twarz z papieżem wielokrotnie, bez końca, oszukiwali go i okłamywali. Dopiero inni musieli doprowadzić do końca ten teatr zakłamania.


Obrona jak przed efebofilami i pedofilami


Tymczasem Kościół potrzebuje teraz nie przemilczania prawdy o homoseksualizmie wielu swoich duchownych, także tych najwyżej postawionych, ale raczej właśnie Synodu poświęconego kwestii homoseksualizmu swoich liderów. Sprawy zaszły tak daleko, że tej prawdy już nie da się ukryć. Do chociażby częściowego uzdrowienia sytuacji potrzeba szczególnie mocnych środków. W dobie mediów elektronicznych, w czasach, gdy powszechnie są dostępne informacje, chowanie głowy w piasek, zamykanie oczu na rzeczywistość, usiłowanie zbywania nawet najbardziej kompromitujących faktów mianem „plotki”, tylko pogłębia kompromitację. Naprawdę, Kościół to coś o wiele więcej, niż rak homomafii, który go toczy i chodzi w nim o coś o wiele, wiele więcej, niż o jej błogostan. A brak reakcji, choćby w formie Synodu, będzie oznaczał, że ten rak dalej będzie się rozwijał bez wystarczającej reakcji obronnej. Może być jeszcze dużo gorzej, niż na Sycylii, bo tam przynajmniej jest policja i tajne służby, które chociaż trochę ograniczają potęgę mafii, chociaż trochę z nią walczą. Natomiast w Kościele praktycznie nie ma żadnej poważnej siły, żadnej instytucji, która poważnie przeciwstawiałaby się potędze homoklanów. To raczej one coraz bardziej opanowują i kontrolują jego kluczowe instytucje. Dlatego zasadniczo homoklany robią, co chcą, biorą, co chcą i cofają się jedynie wtedy, gdy czują się zagrożone przez świeckie media albo państwowy wymiar sprawiedliwości.


Już niedługo to lobby może usiłować całkowicie zmienić nauczanie Kościoła na temat homoseksualizmu, może sprawić, że Kościół zasadniczo podporządkuje się gejowskiej międzynarodówce, a raczej marksistom kulturowym, którzy teorię gender i homoideologię używają jako narzędzia do zdobycia władzy. Takie starania widać już przecież wyraźnie w Niemczech, zwłaszcza w ramach tak zwanej Drogi Synodalnej. To jest tym bardziej możliwe, że nawet całe episkopaty krajowe mogą być zdominowane przez homoseksualistów, jak widać to na przykładzie Episkopatu Chile. To będzie jednak tak, jakby Kościół całkowicie podporządkował się lewicowej międzynarodówce, ale stopniowe przygotowania do tego są już aż nadto widoczne.


Wtedy jednak Kościół sam zniszczy swój autorytet, bo wielu zacznie pytać, po co w ogóle go jeszcze słuchać, skoro on i tak prędzej czy później przyzna rację światu, prędzej czy później całkowicie podda się ateistycznej rewolucji seksualnej? Będzie tylko żebrał, żeby obok wielkiego ołtarza seksu pozwolono mu postawić chociaż jakiś malutki, jakiś choćby najmniejszy ołtarzyk chrześcijaństwa? To już może lepiej wprost, od razu słuchać świat? Poza tym większość wiernych będzie sądzić (a już są wyraźne oznaki takiej reakcji), że skoro Kościół błogosławi relacje homoseksualne, to w seksualności można właściwie prawie wszystko, a szóste i dziewiąte przykazanie przestały obowiązywać, bo były tylko jakimś etapem, albo raczej pomyłką historii. Jakbyśmy my dzisiaj w Kościele byli lepsi i mądrzejsi od wszystkich – także od Mistrza z Nazaretu? Jakkolwiek brzmi to absurdalnie, to zaślepienie i zniewolenie własnymi żądzami może doprowadzić i do takiej sytuacji.


Trzeba jednak pamiętać, że niektórzy purpuraci i świeccy mogą dążyć do takiej zmiany nauczania Kościoła nie dlatego, że sami mają skłonności homoseksualne, ale dlatego, że w istocie tak mało wiedzą na temat homoseksualizmu, nigdy nie zadali sobie trudy rzetelnego zgłębiania tej tematyki i dlatego łatwo ulegają propagandzie homoseksualnej. To, co sądzą i mówią na ten temat, w dużej mierze wtłoczyły im do głów ateistyczno-lewackie media, oni tylko bezmyślnie powtarzają te kłamstwa. Najpierw sami stają się ich ofiarami, a potem, przez nich, ich ofiarą staje się sam Kościół. Poznawać homoseksualizm pod dyktando homoseksualistów to podobnie, jak poznawać komunizm pod dyktando komunistów. My, obywatele Europy Wschodniej dobrze wiemy, co to oznacza i ze zgrozą obserwujemy, jak zakłamanie mediów Zachodu staje się jeszcze bardziej groźne, niż zakłamanie mediów komunistycznych, bo jest jeszcze bardziej inteligentne i wyrafinowane. Jednak naiwni duchowni państw zachodnich często nie zdają sobie z tego sprawy oraz z olbrzymich konsekwencji swoich decyzji. Zapewne jeszcze nie rozumieją, że ulec, poddać się rewolucji seksualnej to podobnie, jak poddać się rewolucji komunistycznej. Obie rewolucje niezwykle dużo zmieniają, obie rewolucje są bramą do powszechnej ateizacji i zniszczenia chrześcijaństwa. (…)


Źródła nadziei


Te postulaty zmiany mogą się wydawać nierealne same w sobie i nierealne zwłaszcza w zmierzeniu się z całą potęgą kościelnej homomafii. Zaiste, jej potęga jest ogromna, jak jej imienniczki na Sycylii, w Neapolu czy Kalabrii. Po ludzku chociażby ograniczenie jej władzy (nie mówiąc już nawet o zakończeniu jej działania) może wydawać się niemożliwe. Po ludzku rzeczywiście nie. Ale nie po Bożemu. Przecież Pan Jezus – wbrew twierdzeniom tego lobby – nie założył Kościoła jako klubu gejowskiego. On, który tyle mówił o czystości i pięknie miłości, na pewno nie chciał, żeby miłość redukować tylko do prymitywizmu, do zmysłowości, do nieustannej rozpusty, tak typowych dla tego środowiska. Na pewno nie chciał, żeby jego Kościół stawał się miejscem homo-orgiastycznym, żeby z najważniejszego miejsca zbawienia stawał się w wielu rejonach tylko kolejnym miejscem piekielnym tej Ziemi. I to On jest naszym najważniejszym sojusznikiem w zmaganiach o Jego i nasz Kościół. A On jest naprawdę potężniejszy, niż cała potęga homolobby w Kościele i poza nim; potężniejszy, niż cała potęga zła. Właśnie teraz, kiedy w takiej sytuacji może cisnąć się nam na usta pytanie: „Nauczycielu, nic Cię nie obchodzi, że giniemy?”, On może uratować sytuację i odpowiedzieć nam: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?” (por. Mk 4, 35-41.)


Po naszej stronie jest też Jego Najświętsza i Najczystsza Matka, Maryja oraz nieprzeliczona rzesza świętych, w tym szczególnie świętych kapłanów. Zwłaszcza, gdy patrzymy na Niepokalaną, tym bardziej rozumiemy, jak życie i działanie klik homoseksualnych jest dogłębnie sprzeczne z chrześcijaństwem, z jego fundamentalną moralnością. One są raczej jak biblijny smok o wielu głowach, który chce pożreć jej dziecko i nią samą (por. Ap 12.13). Dlatego obrona i ratunek Kościoła są zawsze możliwe, nawet, jeśli jest on teraz jak nasza najlepsza Matka, ale poważnie chora, chora na raka homomafii.


Także jako chora Matka na zawsze pozostaje Kościół naszą jedyną Matką, innej nie mamy i to ją za wszelką cenę trzeba ratować i bronić. Wierzymy przecież, że to ludzie święci, albo chociaż przyzwoici, są najbardziej w centrum Kościoła (a przede wszystkim Aniołowie z Michałem Archaniołem na czele), a nie choćby nawet najwyżej postawieni duchowni, którzy jednak brukają siebie i wspólnotę wierzących najgorszymi grzechami. Kościół przeżył już gorsze rzeczy, jak rozłam Reformacji i następująca po nim epoka wojen religijnych, jak podział na Kościół Rzymu i Konstantynopola, jak herezja ariańska, która swego czasu zdominowała go aż po same jego szczyty. Kościół jest najważniejszą wspólnotą, jest jedną z najwyższych rzeczywistości i jego wartości nie przekreśla nawet całapotę ga homomafii, podobnie jak wartości milionów mieszkańców Sycylii, wartości jej kultury i natury nie przekreśla cała potęga mafii, która niestety ma tam tak wiele do powiedzenia. Można powiedzieć, że podobnie wartości państw Europy Wschodniej nie przekreślało panowanie w niej narzuconej im brutalnej, nieludzkiej sowieckiej władzy, tylko bardzo utrudniało i ograniczało ich egzystencję oraz rozwój. W końcu jednak tym krajom udało się wyzwolić spod panowania tej dyktatury – głównie dlatego, że to ona aż tak bardzo osłabła pod wpływem wpisanych w samą jej naturę nieuchronnych procesów autodestrukcji. Jak kolos na glinianych nogach, musi się w końcu zapaść.


Potęgę homomafii i homolobby w Kościele można rzeczywiście porównywać do potęgi, jaką swego czasu posiadali w nim arianie. Katolicy byli w mniejszości i defensywie, zdominowani przez swoich przeciwników. Jednak siły prawdy i łaski, wytrwałość w długich zmaganiach takich świętych, jak św. Atanazy, św. Ambroży, św. Ewagriusz oraz wielu innych katoliczek i katolików w końcu przechyliła szalę zwycięstwa na rzecz prawdy i dobra. Dzisiaj także potrzebujemy takich świętych i Bóg chce ich nam podarować.


Trzeba tylko modlić się i samemu starać się ze wszystkich sił żyć jak najbardziej po chrześcijańsku. Także, kiedy inni robią z Kościoła Sodomę i Gomorę oraz atakują nas za to, że im w tym przeszkadzamy. Trzeba też z góry wiedzieć, że to nie są łatwe zmagania. Homomafia, jak każda mafia, jest gotowa na wiele, nawet na wszystko, na najgorsze przestępstwa i to zwłaszcza, gdy w grę wchodzi więzienie za homoefebofilię i homopedofilię oraz molestowanie i gwałty „na bezbronnych dorosłych”, a także za rabunek kościelnego mienia. Oni są gotowi nieraz na wszystko, byle nie doszło do ich kompromitacji, byle nie zamienić ich życia w możliwie wielkim luksusie i rozpasaniu na życie w więzieniu. Mają w tym też swoich sojuszników w postaci homolobby świeckiego, zajmującego nieraz kluczowe stanowiska także w świecie, a nawet w policji i wymiarze sprawiedliwości. Tym bardziej potrzeba, by przyzwoici duchowni i świeccy tworzyli w Kościele „lobby prawdy, dobra i odnowy”, aby zawiązywali kontakty, wymieniali się informacjami, podejmowali konkretne działania – dla obrony samych siebie i całego Kościoła. Kościół ma w sobie siły ludzkie, ale też przede wszystkim Boskie, a te są niezniszczalne.


Takie lobby prawdy, dobra i odnowy może odnosić sukcesy, może o tym świadczyć zwłaszcza doświadczenie Kościoła w Stanach Zjednoczonych, gdzie w okresie posoborowym występowanie klanów homoseksualnych w seminariach duchownych było bardzo częste i zwykle wiązało z osłabieniem wiary, z odejściem od doktryny Kościoła. Jednak osłabienie moralności połączone z osłabieniem wiary zwykle prowadziło do ogromnego spadku nie tylko jakości, ale i liczby powołań kapłańskich, bo od pewnego poziomu upadku duchowego trudno już znaleźć jakiś sens w byciu klerykiem i kapłanem. To niejednokrotnie prowadziło do zamknięcia seminariów, w których panowała taka sytuacja. Odwrotnie było natomiast w seminariach przestrzegających zasad wiary i moralności, tam zwykle było o wiele więcej dobrych powołań. W ten sposób, trochę jakby na zasadzie doboru naturalnego, w wielu rejonach na placu duchowych zmagań pozostawały przede wszystkim porządne seminaria i uczciwi seminarzyści, często szczególnie zafascynowani osobą i duszpasterskim stylem św. Jana Pawła II. I to oni właśnie w niemałej części stali się najlepszą cząstką i nadzieją Kościoła w Stanach Zjednoczonych.


Są też naturalne czynniki, które mogą nam pomóc. Teraz, po zmianie świadomości społecznej w krajach kultury Zachodu pod wpływem ideologii gender i homoideologii, mężczyźni o skłonnościach homoseksualnych, także pochodzący z prowincji, nie muszą już specjalnie ukrywać się ze swoimi skłonnościami (zwłaszcza po przeniesieniu się do dużych miast) i mają dużo więcej innych możliwości zawodowych oraz życiowych. Mają coraz mniej powodów, żeby ukrywać prawdę o sobie pod sutanną lub habitem. Także wzrastająca świadomość ogromu zła i zgorszenia, jaka ta grupa duchownych spowodowała i powoduje w Kościele, może prowadzić do tym bardziej zdecydowanego ograniczenia ich wpływu. Prawda ma swoją własną siłę – pomimo całej światowej i kościelnej propagandy pro-homoseksualnej, pomimo ciągłego usiłowania tuszowania gorzkiej prawdy o tej grupie społeczeństwa i duchownych. Często choroba rozwija się tylko do pewnego stopnia i kiedy organizm dostatecznie zmobilizuje się do obrony przed nią, następuje przesilenie i powrót do zdrowia. Nawet bardzo złośliwy nowotwór nie zawsze zabija. Także organizm Kościoła ma w sobie dość sił, żeby przezwyciężyć raka homomafii, który go trawi.


W końcu trzeba też pamiętać, że przy całej słabości ludzi przyzwoitych w Kościele, przy całym ich zbyt małym wpływem na jego władze, sama powszechna świadomość obecności i działania w nim homomafii już ją jakoś ogranicza, już jest jakąś formą obrony przed jej działaniami. Powoduje wyczulenie opinii publicznej na ten temat, sprawia, że osoby mówiące o kolejnych niegodziwościach jej członków, stają się bardziej wiarygodne, spotykają się z większą skłonnością innych do wierzenia im i bronienia ich. Jest tu podobnie, jak było z narastaniem w Kościele świadomości, jak wielkie jest w nim zło efebofilii i pedofilii oraz z rozwojem adekwatnych środków obronnych przeciw nim skierowanych. Podobnie teraz powinno się stać z rozwojem świadomości zła kościelnych homoklanów. (…)


Zasady działania


(…) W dłuższej perspektywie zawsze zwycięża prawda i dobro, sprawiedliwość i uczciwość, rozum i wiara, bo w dłuższej perspektywie zawsze zwycięża Najwyższy. Jak dobrze być po Jego stronie, tym samym także po stronie Jezusa i Niepokalanej Matki Kościoła – niezależnie od tego, ile by to miało nas tutaj, na Ziemi, kosztować. Także, jeśliby by miała to być wysoka czy najwyższa cena, wobec wiecznego bycia z Bogiem warto tę cenę zapłacić. Odważne i konsekwentne sprzeciwianie się homo-mafii w Kościele wynika nie tylko z troski o ludzi krzywdzonych, dręczonych i upokarzanych przez lobby homoseksualnych duchownych. Wynika nie tylko z troski o Kościół jako wspólnotę uczniów Jezusa, która ma być miejscem prawdy, miłości i sprawiedliwości. Wynika także z obowiązku sumienia do stanowczego upominania tych, którzy ciężko grzeszą i okrutnie krzywdzą. Każdy, kto ma jakąkolwiek wiedzę o działaniu poszczególnych duchownych, uwikłanych w homoseksualizm, albo o działaniu klik homoseksualnych w Kościele, a także ma możliwości przeciwstawienia się im, a nie demaskuje tychże duchownych czy tychże klik, może zaciągać poważną winę moralną i przyczyniać się do dewastacji Kościoła przez ludzi, którzy niszczą Kościół w najbardziej drastyczny z wyobrażalnych sposobów.




Źródło: bronmyksiedzaoko.pl/wp-content/uploads/2021/07/polski_artykul-pl.pdf