Oczami Jezusa

Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które, gdyby je szczegółowo opisać, to sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, które by trzeba napisać. (J 21,25)



Fragmenty książki "Oczami Jezusa" opowieść o życiu Jezusa na podstawie mistycznych objawień C. A. Amesa.


Przy śpiewie i wspólnej modlitwie czas podróży wydał się o wiele krótszy. Nie zauważyliśmy nawet, gdy zapadł zmierzch i nastał czas wieczornego spoczynku. Jakiż to był wspaniały dzień! Moi uczniowie cali pochłonięci modlitwą i uwielbieniem. Byłem bardzo szczęśliwy.

Gdy siadaliśmy przy ognisku, zobaczyłem, że Moi uczniowie są zmęczeni. Sądzili, że zmęczenie to było spowodowane marszem. Nie rozumieli, że ich modlitwa również miała w tym swój udział, bowiem gdy się modlą, biorą udział w walce między dobrem a złem... walce nieustannej. Zmęczenie, które ta walka powoduje, jest zmęczeniem duchowym, zmęczeniem, którego wielu nie rozpoznaje. Często wydaje się, że jest ono wynikiem fizycznego trudu, jaki podejmuje się w ciągu dnia. Bywa, że nie zauważa się zmęczenia ducha!

Tak jak zmęczone ciało potrzebuje odpoczynku, tak też jest i z duchem. Tak jak głodne ciało potrzebuje pożywienia, tak jest i z duszą. Ale ilu jest ludzi, nawet wśród tych pobożnych, którzy tego nie rozumieją. Zwróciłem się do Moich uczniów, mówiąc:

– Zbierzcie się i chwyćcie za ręce, pragnę bowiem modlić się do Ojca, by Duch Święty udzielił wam siły potrzebnej do tego, byście byli Moimi uczniami – uczynili, jak prosiłem, trwając bez słowa w oczekiwaniu.

Ojcze, proszę Cię teraz, byś przez Ducha Świętego umocnił tych, których Mi dałeś, tak by mogli iść drogą wolni od zmęczenia.

Gdy wypowiedziałem te słowa, duch każdego z moich uczniów został dotknięty i odnowiony przez miłość Ducha Świętego. Tak wzmocnieni, spali głęboko aż do rana. Przyglądając się im, widziałem wielu z tych, którzy pójdą... którzy będą trudzić się duchowo i fizycznie, nie wiedząc nawet o tym.

Wiedziałem także, że nie zabraknie pokarmu dla wzmocnienia ich sił, ten bowiem będzie im dany wraz z Moją wieczną ofiarą, która pokrzepi ich ducha i zbawi dusze. Wystarczy tylko, by przyjęli ten dar i by z niego jedli z wiarą… z wiarą, w świetle której ujrzą Mnie obecnego w każdym ofiarowaniu, z wiarą, która otwiera serce na Boga.

Powstaliśmy ze snu i rozpoczęliśmy wspólną modlitwę, ofiarowując nowy dzień Ojcu z dziękczynieniem, prosząc Go, by Jego wola działa się w naszym życiu. Przemówił Jakub:

Panie, dlaczego musimy wciąż i wciąż ofiarowywać nasze życie Bogu?

– Mój przyjacielu, ofiarowujemy Bogu nasze życie każdego dnia, by nie zapomnieć, że żyjemy z i dla woli Bożej. Kiedy byłeś dzieckiem – powiedziałem, gdy Judasz przerwał, wtrącając:

– On wciąż nim jest, wciąż jest, Panie – śmiał się przy tym z własnego żartu, a pozostali milczeli.

Jakub szybko zareagował:

Może i jestem młody, ale przynajmniej bez przerwy nie narzekam ani nie zatrzymuję dla siebie tego, czym należy się dzielić.

– Jakubie, nie wpadaj w gniew – powiedziałem – Boży człowiek powstrzymuje swój gniew i panuje nad sposobem mówienia. A jeśli chodzi o ciebie, Judaszu, nie żartuj sobie z innych, gdyż jest to grzechem. Poczucie humoru nie oznacza, że mamy innych pomniejszać. Humor winien wiązać się z radością i nigdy nie powinien ranić innych.

Judasz, zasmucony, powiedział:

– Przepraszam, Panie. Już tak więcej nie postąpię.

Ale Ja wiedziałem, że się myli. Mówiłem dalej:

– Słuchajcie, nie tylko ty, Jakubie, ale wy wszyscy, słuchajcie. Gdy byliście dziećmi, ileż to razy mówiliście waszym rodzicom, że ich kochacie? Czy za każdym razem w ten sposób ich nie uszczęśliwialiście? Ileż to razy wasi rodzice mówili wam, że was kochają? Bez względu na to, ile razy wam to mówili, pragnęliście słyszeć te słowa, bo niosły wam radość i bezpieczeństwo. I tak samo jest z Ojcem. On czeka na każde słowo miłości i każdego wysłuchuje. Nieważne, ile razy mówicie Mu, że Go kochacie, On słucha i raduje się. Wtedy Ojciec odwzajemnia się, dając wam Swoją miłość, w której odnajdujecie pokój i bezpieczeństwo. Wtedy poznajecie, że w miłości Bożej nic złego wam się stać nie może. Zrozumcie więc, że dobrze jest każdy dzień ofiarować Ojcu z miłością, bo jest to dla Niego samą radością. Przynosi to także wam ukojenie i bezpieczeństwo, gdy wiecie, że każda chwila należy do Boga i że On jest z wami przez cały dzień.

Chwalmy więc Boga – powiedział Mateusz, wyraźnie podekscytowany.

– Otwórzmy nasze serca dla Pana – wtórował Jan. Szymon rozpoczął głośną modlitwę:

– Ojcze, kocham Cię, kocham Cię.

Po chwili każdy chwalił Boga z radością; każdy z wyjątkiem Judasza, który sprawiał wrażenie, że chciałby być gdzie indziej.

– Czasem – powiedziałem – dobrze jest zdyscyplinować swoje ciało. Gdy pościsz, łatwiej jest wznieść ducha do modlitwy. Czasem taka dyscyplina jest konieczna jako przygotowanie na czas próby, bo gdy dyscyplinujesz ciało, ćwiczysz zarazem umysł. Gdy umysł jest w ten sposób wzmocniony i gdy masz nad nim kontrolę, łatwiej jest pokonać zło, gdy stanie na twej drodze. Łatwiej jest wtedy przetrzymać czas próby i łatwiej jest zdobyć się na poświęcenie dla innych, gdy zajdzie taka konieczność. Spójrz na post jak na dar łaski, a nie jak na karę. Gdy tak postąpisz, dni będą mijać pośród radości, a nie będą torturą; w ten sposób post będzie stanowił jeszcze jedną okazję do ofiarowania twojej modlitwy Ojcu.

Moi uczniowie spojrzeli na Mnie, zgadzając się z tym, co powiedziałem. Judasz nawet zdobył się na uśmiech, ale widziałem, ze ukradkiem przeżuwa kawałek chleba, który ukrył pod płaszczem. Tak trudno Judaszowi było zrozumieć wartość dyscypliny.



Gdy wstałem następnego ranka, czułem w Sobie dość siły na podjęcie trudów nadchodzącego dnia. Wiedziałem, że to będzie ciężki dzień. Moi uczniowie zjedli już obfite śniadanie. Wyglądało na to, że Judasz nigdy nie zaspokoi swego apetytu. Ja zjadłem kawałek chleba i niczego więcej już nie było Mi potrzeba. Naraz Judasz z ustami pełnymi jedzenia powiedział:

– Jezusie, nie zjadłeś zbyt dużo, będziesz później głodny – ostrzegał Mnie.

– Najadłem się już – odparłem, lecz zanim skończyłem mówić, Judasz zdążył Mi przerwać, a gdy mówił, opluł Mnie kawałkami jedzenia ze swoich ust.

– Teraz Ci się tak wydaje, ale zaczekaj trochę. Włożył sobie jeszcze więcej jedzenia do ust i napił się wody.

Ja zawsze pilnuję, żeby się najeść.

Ile w tych słowach prawdy, pomyślałem, i jest tak nawet kosztem innych.

Po posiłku udaliśmy się do pobliskiej studni, aby się umyć. Były tam dwie kobiety z pobliskiego gospodarstwa. Gdy podeszliśmy do nich, jedna z nich, młoda dziewczyna, powiedziała:

– Czy mogę wam pomóc? Proszę, pozwólcie mi nabrać dla was wody.

Wzięła nasze pojemniki i zaczęła je napełniać wodą.

– Dziękuję ci za twoją życzliwość – powiedziałem, odbierając od niej pojemnik.

Tak, dziękujemy – mówili Moi uczniowie, gdy każdy z nich odbierał od niej swoje naczynie.

Dokąd podróżujecie? – spytała druga kobieta.

Do Jerozolimy – odparł Piotr.

– To długa droga – powiedział młoda kobieta, która dała nam wodę. – Zajmie wam jakiś czas.

– Nie ma znaczenia, jak długo będziemy podróżować – powiedziałem – tyle możemy zrobić po drodze.

Starsza kobieta spojrzała na Mnie, mówiąc:

Jeśli nic was nie goni, może zaszlibyście do naszego gospodarstwa? Byłaby tam dla was praca. Ojciec jest już stary i nasz brat sam nie daje rady. Już jest spóźniony z zasiewem, nawet przy naszej pomocy. Dalibyśmy wam jedzenie i zapłacilibyśmy wam – proponowała.

Odezwał się Piotr:

– Chcielibyśmy pomóc, ale musimy iść do Jerozolimy.

– Ale to zajęłoby zaledwie dwa lub trzy dni, może nawet mniej, gdybyście wszyscy pomogli – powiedziała młodsza z kobiet błagalnym głosem.

– Sądzę, że możemy się tu zatrzymać – powiedziałem – ale tylko na dwa dni i nie dłużej, bo mamy wiele do zrobienia.

– Dziękujemy Ci, dziękujemy Ci – mówiły na raz obydwie kobiety, wyraźnie uszczęśliwione.

Wróćcie po wasze rzeczy i idźcie za nami – powiedziała starsza.

Wróciliśmy na miejsce naszego postoju. W czasie drogi Piotr spytał:

Czy to mądre, Panie?

Piotrze, oni potrzebują naszej pomocy. Nie wolno nam nikomu odmawiać pomocy – odpowiedziałem.

– Tak, Panie – powiedział posłusznie Piotr.

Zebrawszy nasze rzeczy, wróciliśmy do kobiet. Gdy dotarliśmy na miejsce, właśnie rozmawiały. Starsza z nich zwróciła się do nas słowami:

Dobrze będzie mieć towarzystwo. Nie widujemy zbyt wielu ludzi w naszym gospodarstwie, bo wciąż jesteśmy zajęte pracą.

– Tak – przytaknęła młodsza kobieta – nawet do miasta nie chodzimy za często.

Jakub podszedł do młodszej z kobiet, która była mniej więcej w jego wieku.

Wyglądasz na osobę, która ciężko pracuje. Czasem jednak dobrze jest trochę odpocząć, bo jeśli się tylko pracuje, życie może stać się ciężarem – powiedział.

Uśmiechnąłem się, bo zobaczyłem w Jakubie człowieka, który zaczynał rozumieć prawdziwy sens życia.

Dziewczyna zareagowała na słowa Jakuba uśmiechem.

Łatwo powiedzieć, ale gdy ma się chorego ojca i brata kalekę, który niewiele może zrobić, życie bywa ciężarem.

Jakub zaczerwienił się, nie wiedząc, co powiedzieć.

Nie bądź zmieszany. Życie nie jest łatwe – powiedziała bez wyrzutu starsza kobieta i zaczęła prowadzić nas do gospodarstwa.

Szliśmy w milczeniu. Jakub zdawał się zbyt przejęty, by ponownie odezwać się po poprzedniej rozmowie.

– Pomódlmy się – powiedziałem, po czym wszyscy rozpoczęliśmy modlitwę do Ojca. Do modlitwy włączyły się nawet kobiety. Po skończonej modlitwie, dziewczyna spytała Jakuba:

Jesteście świętymi?

Nasz Pan jest – odparł, spoglądając w Moją stronę. – My staramy się zostać świętymi.

Skąd zatem przybywacie? Z jednej tych wielkich synagog? – spytała.

Nie – powiedział Jakub – pochodzimy z różnych stron i odwiedzamy wiele różnych synagog. Nasz Pan jest Rabbim – rzekł z dumą.

– Rabbi – powiedziała starsza kobieta. – Może pomodlisz się z moim ojcem i bratem? Już dawno nie widzieli żadnego rabbiego. Choroba ojca i kalectwo Michała, mojego brata, nie pozwalają im chodzić do synagogi. Wiem, że bardzo lubią modlić się. Może później wszyscy się z nimi pomodlicie? – spytała.

– Oczywiście, że tak – powiedziałem – to będzie dla nas wielka radość.

Gdy dotarliśmy na miejsce, na spotkanie siostrom wyszedł ich brat, Michał. Szedł, utykając. Wiedziałem, że obie jego nogi były chore od urodzenia, choć miał dość siły, by chodzić.

– Siostry – zawołał – prowadzicie gości. Witajcie, witajcie – mówił pogodnie.

Pomimo bólu zachowywał serce radosne i jasną duszę.

– Mam na imię Michał, pomogę Ci nieść Twoją torbę – powiedział, pochylając się, by ją podnieść.

– Dziękuję ci, Michale – powiedziałem, uśmiechając się do niego. – Przychodzimy pomóc wam przy zasiewie.

Zatem jesteście darem od Boga – powiedział radośnie. – Bóg jest dobry. Pomyśleć tylko, że modliłem się o pomoc i oto proszę, zjawiacie się. Chwała Bogu Izraela – był tak szczęśliwy, że mowa jego przechodziła niemal w śpiew.

Odezwał się Piotr:

– Pokaż nam w takim razie, gdzie mamy zacząć.

– Chodźcie za mną, chodźcie. Dobrze, że macie tyle zapału. Tyle jest do zrobienia – powiedział Michał, prowadząc nas na pole.

Pracowaliśmy cały dzień. W ciągu dnia kobiety przynosiły nam wodę i jedzenie. Michał ciężko pracował, choć nie mógł zrobić zbyt wiele z powodu choroby nóg. Przez cały dzień był pogodny, uśmiechał się – po prostu przepełniała go miłość.

Jakże pragnąłem, by wszyscy byli tacy jak on.

Dostrzegałem w nim czystą duszę pełną miłości, miłości, która skrywała ból spowodowany przez szyderstwa ludzi i cierpienie biorące się stąd, że uważał się za kogoś marniejszego od innych, i w końcu ból nóg, który odczuwał za każdym razem, gdy nimi poruszał. Pomyślałem wtedy o tych, którzy nie cierpiąc wcale lub cierpiąc niewiele, nie potrafili kochać nikogo poza sobą. Jak pięknym przykładem był dla nich Michał. Gdyby tylko zechcieli otworzyć oczy i patrzeć.

Z pola zeszliśmy wieczorem. Nim weszliśmy do domu, obmyliśmy się z brudu, czując, jak bardzo byliśmy zmęczeni. Odezwał się Judasz:

– Widzisz, Panie, mówiłem Ci, byś więcej zjadł.

– Judaszu, dziś rano zjadłem wystarczająco dużo, a w ciągu dnia jedzenie przynosiły nam jeszcze kobiety. To wystarczy – odpowiedziałem.

– Tak, Panie, to było dobre – powiedział Judasz, wspominając to, co zjadł na polu. – Nie mogę się doczekać na wieczorny posiłek.

Patrzyliśmy wszyscy na niego w milczeniu, aż Piotr rzucił w niego mokrym suknem, mówiąc:

Jesteś tak zachłanny.

– Co masz na myśli? – spytał Judasz, wyraźnie urażony. – Mam po prostu dobry apetyt. Nie ma w tym nic złego – mówił, usprawiedliwiając się.

Dobry apetyt to jedno – powiedział Andrzej – a ty jesteś po prostu zachłanny.

– To niesprawiedliwe. Jem po to, by mieć siły do pracy. Dużo pracuję, więcej niż większość z Was – powiedział Judasz.

Do rozmowy wtrącił się Tomasz:

– Tak, liczenie tych wszystkich pieniędzy to rzeczywiście ciężka praca.

Judasz spojrzał na Mnie, wyczekując pomocy, więc odezwałem się:

– Wejdźmy do środka, do naszych gospodarzy. Spróbujcie się nie kłócić. Wiem, że dziś wieczorem Judasz nie zje za dużo, aby pokazać, że nie jest zachłanny.

Czując się pewniej, Judasz powiedział:

– Pan ma rację, zobaczycie sami. Nie jestem zachłanny.

Do domu weszliśmy dopiero po tym, jak cali obmyliśmy się po pracy. Starsza z sióstr podeszła do Mnie i zapytała:

– Rabbi, czy pomodlisz się teraz z moim ojcem i bratem?

– Oczywiście – odparłem. – Gdzie oni są?

Zaprowadziła nas do dużego pokoju, w którego rogu stało łóżko. W łóżku leżał jej ojciec oparty o stos poduszek. Obok łóżka, opierając się o nie, stał Michał. Gdy nas ujrzał, powiedział do ojca:

– Ojcze, to jest Jezus. Jest Rabbim i ze Swoimi uczniami pomagał nam dzisiaj w polu.

Starszy mężczyzna uśmiechnął się słabo do Mnie.

Rabbi – wyszeptał: – Czy to prawda?

Tak, Mój przyjacielu, to prawda – odparłem.

Twarz mężczyzny jakby na chwilę rozpromieniła się. Spróbował podnieść się, by usiąść.

– Czy możemy pomodlić się i poczytać Pismo razem? – spytał. – To już tak dawno i zastanawiam się, czy Bóg o mnie nie zapomniał.

Bóg nigdy o nikim nie zapomina. Bóg zna każdy twój oddech i każde słowo, które wypowiadasz, i każdą twoją myśl. Dla Boga każdy jest wyjątkowy – powiedziałem, a starzec zaczął płakać.

– Ale ja nie jestem w stanie modlić się już od tak dawna i nie bardzo mogę czytać Pismo. Tylko wtedy, gdy Michał mi czyta, słucham słów Bożych, ale nawet wtedy nie mogę Go usłyszeć. Bóg z pewnością się na mnie zawiódł. Spójrz na mego biednego syna. To chłopak o dobrym sercu, ale sam nie daje rady prowadzić gospodarstwa. Moje córki nigdy nie mają czasu, by zachodzić do ludzi, więc nadal nie mają mężów. Moja rodzina i ja sam musimy stanowić przykry widok dla Boga. Wiem, że wkrótce umrę. Żal mi na myśl o niewykorzystanych darach Bożych, którymi Bóg obdarzył mnie, dając mi rodzinę i tę ziemię. Ba, nawet moja żona zmarła z przepracowania. Mam nadzieję, że Bóg wybaczy mi – mówił.

Starcze, Bóg ciebie kocha i wybaczy ci błędy życia. Przez całe twoje życie Bóg widział, że Go kochasz. Słyszał wszystkie twoje modlitwy, nawet wtedy, gdy sądziłeś, że wcale się nie modlisz, twoje myślenie o Bogu było modlitwą. Bóg widzi twoje życie i to, jak nawet w bardzo trudnych i ciężkich chwilach nigdy nie przestawałeś Go kochać. Widział ciebie i żonę dziękujących Mu za cudowny dar narodzin syna, pomimo że ten urodził się kaleką. Bóg widział miłość, którą obdarzałeś swoją żonę i to, że, gdy zmarła, dziękowałeś Mu za jej życie, za miłość, którą ci okazywała przez wszystkie dni waszego wspólnego życia i za miłość, którą ty mogłeś jej ofiarować. Bóg jest blisko was i widzi czystą miłość i radość w sercu twojego syna, szczodrość i życzliwość twoich córek i pokorę ich ojca, który kocha Boga tak mocno, że napełnia się smutkiem z powodu tego, że nie może już chodzić do synagogi. Jesteś prawdziwie mężem Bożym i twoja rodzina jest Bożą rodziną – powiedziałem, a mężczyzna szczerze zapłakał.

O, Adonai, kocham Cię. O Panie, nie każ mi dłużej czekać. Panie, proszę pobłogosław moją rodzinę, by była bezpieczna po mojej śmierci.

Wzniósł osłabione ramiona, modląc się do Ojca. Głos mu drżał, gdy mówił do Mnie:

– Rabbi, proszę módl się z nami i pobłogosław moją rodzinę.

Moi uczniowie, Michał i jego ojciec, i Ja zaczęliśmy modlić się, a córki czekały w drugim pomieszczeniu. Widziałem, jak Jakub płacze na modlitwie, i wiedziałem, że Ojciec Mój wysłucha jego szczerej modlitwy i zaopiekuje się tą rodziną.

Modliliśmy się przez prawie dwie godziny, a gdy skończyliśmy, starzec powiedział:

Rabbi, dziękuję Ci za Twoje modlitwy. Jestem teraz bardzo szczęśliwy. Pobłogosław, proszę, moje córki, zanim udasz się na spoczynek dziś wieczorem.

– Mój przyjacielu, oczywiście, że pobłogosławię – odpowiedziałem.

– Rabbi – powiedział – skąd tyle wiesz o moim życiu?

– Bóg zna całe twoje życie – rzekłem. Spojrzał na Mnie ze zdziwieniem.

– Ale skąd wiesz? – pytał.

– To, co wie Ojciec, wie i Syn – odpowiedziałem. Widziałem, że nie rozumie. Spytał ponownie:

– A kto jest Synem?

– Ja jestem – odpowiedziałem, wychodząc z pokoju.

Starsza z sióstr podeszła do Mnie, mówiąc:

– Wkrótce umrze, prawda?

Tak – odparłem – ale umrze szczęśliwy i zostawi po sobie szczęśliwą rodzinę.

Obie kobiety zaczęły płakać cicho. Położyłem ręce na ich głowach, mówiąc:

– W imię Jahwe, Mego Ojca, błogosławię was.

Słowa te napełniły je pokojem. Kobiety jęły przygotowywać posiłek. Michał podszedł i usiadł obok Mnie przy dużym stole.

– Dziękuję Ci, Rabbi Jezusie, za to, że pomodliłeś się z moim ojcem. Wiem, że bardzo go to ucieszyło – powiedział.

Radością jest być blisko człowieka, który kocha Boga – odrzekłem.

Piotr, który siedział naprzeciw Michała, powiedział:

Zastanawiam się, czy można coś zrobić dla tej dobrej rodziny.

– Zobaczymy – powiedziałem – zobaczymy.

Posiłek był smaczny i przebogaty, biedny Judasz siedział jednak z odrobiną jedzenia na talerzu, skubiąc po trochu. Był wyraźnie zasmucony. Jakub, który siedział obok Andrzeja, pochłaniał właśnie spory kawał mięsa, mówiąc:

– Jedzenie jest pyszne.

Judasz spojrzał na jego porcję mięsa wygłodniałymi oczyma. Młodsza z kobiet, o imieniu Elżbieta, powiedziała do Judasza:

Nie jesz zbyt wiele, proszę, nałóż sobie więcej, jeszcze dużo zostało – po czym postawiła przed nim naczynie z kukurydzą.

– Nie mogę – odpowiedział Judasz – obiecałem dziś, że zjem tylko trochę.

Widziałem, jak w swoim sercu próbuje dojść, jak to się stało, że złożył taką obietnicę.

– Ależ musisz być bardzo głodny po całym dniu ciężkiej pracy na polu – mówiła dalej Elżbieta, wyraźnie o niego zatroskana.

– Nie, obietnica to obietnica – odparł Judasz, a wszyscy zebrani spojrzeli na niego.

Miałem nadzieję, że Judasz zrozumie tę lekcję, ale wiedziałem, że będzie inaczej.

Po posiłku byliśmy tak zmęczeni dniem pracy, że prawie wszyscy od razy zasnęli. Ja jednak leżałem, myśląc o Moim Ojcu. Zobaczyłem wtedy, jak Judasz wyczołguje się spod koca i idzie do kuchni, by wrócić po chwili z kawałkiem mięsa w ręku. Przez następne kilka minut z miejsca, gdzie leżał Judasz, dochodził odgłos przeżuwania, a następnie beknięcie, po którym zasnął. Biedny Judasz nie mógł znaleźć w sobie dość siły, by dotrzymać słowa.

Nazajutrz wstaliśmy wcześnie i spędziliśmy kilka chwil na modlitwie z ojcem rodziny. Następnie udaliśmy się na pole, by dokończyć zasiewu.

– Do wieczora powinniśmy skończyć – powiedział Michał radośnie. – Wszyscy pracujecie tak ciężko. Przez dwa dni zrobiliście to, co ja sam robiłbym przez tygodnie.

Tak, to nasz ostatni dzień tutaj – powiedziałem – dzisiejszy wieczór dla nas wszystkich będzie wyjątkowy.

Gdy skończyliśmy pracę i pole było już obsiane, czuliśmy radość na myśl, że mogliśmy pomóc. Podczas mycia się Judasz nie odzywał się, pozostali natomiast nie ukrywali swojej radości ze skończonej pracy. Wiedziałem, że Judasz bardzo się pilnował, żeby znowu nie musieć czegoś obiecać. Tomasz powiedział:

Milczysz, Judaszu, czy coś się stało?

– Nic – odparł Judasz, nie przerywając mycia. Gdy obie kobiety weszły do domu, od razu spytały Mnie:

Czy pomodlisz się jeszcze z naszym ojcem? Od waszej ostatniej wspólnej modlitwy jest tak szczęśliwy.

Pomodlimy się razem – odpowiedziałem – lecz chciałbym byście obie dziś wieczorem nam towarzyszyły.

– To nie uchodzi – powiedziała Elżbieta. – Wy mężczyźni pomódlcie się razem, a my dołączymy do was później.

Niech tak będzie – zgodziłem się. – Dzisiejszy wieczór będzie wyjątkowy i chciałbym, byście obie były z nami.

Jesteś tego pewien? – upewniała się starsza kobieta.

Tak, jestem – powiedziałem.

Wszyscy poszliśmy razem do dużego pokoju, w którym leżał starzec. I dziś wsparty był o poduszki, a gdy podszedłem do niego, rzekł:

Myślałem nad tym, co mi powiedziałeś wczoraj wieczorem. Czy to prawda?

Tak – odpowiedziałem.

Jego twarz rozpromieniła się w uśmiechu, a on zaczął mówić z entuzjazmem:

– To prawda.

Po jego policzkach spływały łzy.

Teraz umrę szczęśliwy, bo oczy moje Go widziały.

Michał spojrzał na Mnie niepewnie:

Co on ma na myśli, Rabbi?

Michale, czuwaj przy ojcu przez ostatnie chwile jego życia. I wy także – zwróciłem się do obu kobiet.

Stanęli wokół jego łóżka, a on zaczął dotykać ich twarzy, mówiąc:

– Błogosławieństwo stało się naszym udziałem. On jest tu. Głos począł mu słabnąć i po chwili już nie żył. Jego syn i córki zaczęli płakać. Wtedy podszedłem do ich ojca, pobłogosławiłem jego martwe ciało i rozpocząłem modlitwę, w którą włączyli się Moi uczniowie. Gdy skończyliśmy, położyłem ręce na dzieciach zmarłego, mówiąc:

– Przynieście oliwę do namaszczenia ciała. Potem przygotujcie go do pochówku.

Syn i córki przestali płakać i zrobili to, o co prosiłem. Gdy ciało zostało już przygotowane do pogrzebu, powiedziałem:

– Chodźmy do drugiego pokoju, by świętować tę radosną chwilę, gdy duch waszego ojca wyruszy w ostatnią swoją podróż do domu Ojca.

W sąsiednim pokoju czekał już na nas wieczorny posiłek.

Nie mam ochoty jeść – powiedział Michał.

My też nie – powiedziały obie kobiety.

– Czy nie widzieliście, jak szczęśliwy był wasz ojciec, gdy umierał? Ale wy smucicie się. Czy sądzicie, że on chciałby widzieć was takimi? – zapytałem łagodnie.

Nie. Masz rację, był naprawdę szczęśliwy, nieprawdaż? – odezwała się Elżbieta i, starając się uśmiechać, otarła dłonią łzę z policzka.

Po odmówieniu modlitwy, zaczęliśmy wspólny posiłek. Nikt nie spieszył się z jedzeniem z wyjątkiem Judasza, który pochłaniał posiłek, mówiąc:

– Jest pyszne.

– Michale – odezwałem się – ty i twoje siostry winniście dostrzec radosną prawdę o śmierci. Jeśli, tak jak wasz ojciec, wiedliście prawe życie, jeśli żyliście dla Boga, to śmierć jest wtedy błogosławieństwem, gdyż jest przejściem do Ojca i wiecznego szczęścia w Niebie. Nie należy lękać się śmierci, gdyż przez nią przechodzimy do nowego życia w Bogu. W śmierci ufającym Bogu udzielane są owoce Bożej miłości. Śmierć jest wspaniałym darem od Boga.

– Tak, Rabbi, wiem, ale pozostaje smutek – odparł Michał.

Smutek jest wyrazem waszej miłości do ojca, ale możecie ją też wyrazić przez zgodę na szczęście, które dostrzegł w śmierci. – powiedziałem, dzieląc z nimi ich smutek. – Wraz ze śmiercią, Bóg dziś ofiarowuje wam jeszcze więcej. Michale, idź i popatrz przez chwilę na swego ojca.

Michał wstał i, kuśtykając, przeszedł do drugiego pokoju.

Nic nie zauważyłem, Rabbi – powiedział.

Michale! – zawołały obie siostry. – Ty chodzisz. Ty chodzisz.

Michał przypatrzył się swoim nogom i stwierdził, że nie są już pokrzywione. Zaczął biegać po pokoju, wykrzykując:

– Chodzę normalnie! Mogę chodzić! Trójka rodzeństwa nagle ucichła, pytając:

Jakże możemy się tak radować? Przecież tata nie żyje. Odpowiedziałem im:

Czyż ojciec wasz nie radowałby się z wami, widząc swego syna zdrowego?

Tak, na pewno tak – mówili, po czym brali się w objęcia, płacząc ze smutku i z radości zarazem.

Moi uczniowie zaczęli odmawiać psalm, dziękując Bogu za Jego miłosierdzie. Wtem Michał oderwał się od swoich sióstr i z szeroko otwartymi oczyma upadł Mi do nóg, mówiąc:

– Rozumiem teraz, co mówił mój ojciec. Rozumiem. Ty jesteś Nim. To Ty, nieprawdaż?

Położyłem rękę na jego głowie, mówiąc po prostu:

Tak.

Pierwszy Michał, który już rozumiał, zaczął całować Moje stopy, po chwili całowały je również jego siostry.

– Moi przyjaciele, nie ma potrzeby. Dziękujcie Ojcu, cokolwiek czynicie, i okazujcie miłość, która jest w waszych sercach innym ludziom, tak by i oni poznali miłość Boga – rzekłem.

Tak uczynimy, Panie, tak zrobimy! – wołali zgodnie.

Następnego dnia pomogliśmy rodzinie pochować zmarłego, żadne z nich jednak nie smuciło się już. Nieco później, przy pożegnaniu, powiedziałem:

Miejcie ufność w Boga, a życie wasze będzie pełne.

Panie, wrócisz tu jeszcze, prawda? – spytała Elżbieta.

Będę z wami zawsze – rzekłem.

Ale proszę, wróć jeszcze, by zobaczyć się z nami – powiedział Michał.

Zobaczę was jeszcze, obiecuję – odpowiedziałem, wiedząc, że następne nasze spotkanie będzie miało miejsce już po Moim zmartwychwstaniu. Przybędę wtedy do nich, by objawić prawdę o śmierci, prawdę o życiu wiecznym (por. „Odłóż, Jeruzalem, szatę smutku i utrapienia swego, a przywdziej wspaniałe szaty chwały, dane ci na zawsze od Pana” Ba 5,1).



Zbudziło Mnie pukanie do drzwi. Był to służący gospodarza.

– Przyniosłem jedzenie. Jest ciepłe. Powinieneś teraz coś zjeść, bo wczoraj wieczorem nic nie jadłeś – powiedział uprzejmie.

– Dziękuję, zaraz przyjdę – odparłem.

Może tego nie wiesz, ale przed gospodą czekają na Ciebie setki ludzi. Przybyli oni z sąsiednich wsi, ale są też ludzie z miasta. Są tu nawet rzymscy żołnierze – powiedział.

– Posilę się trochę i przyjdę do nich. Jeśli możesz, idź i poproś ich, by siedzieli w ciszy, a czekając, niech pomodlą się – poprosiłem.

– Tak uczynię, ale... ach... zanim pójdę... ja... – mówił powoli, patrząc w stronę drzwi.

– Proś, o co pragniesz, a jeśli to będzie zgodne z wolą Ojca, otrzymasz to – powiedziałem, uśmiechając się do niego.

– Jezu, czy mogę zwracać się do Ciebie po imieniu? – zapytał.

– Oczywiście, że możesz. Imię to niesie w sobie więcej, niż przypuszczasz – powiedziałem, a on spojrzał na Mnie z uśmiechem, niepewny tego, co miałem na myśli.

Dziękuję, Jezusie, ale to bardzo osobista sprawa. Czy mogę zamknąć drzwi? – spytał.

– Co to za sprawa, Mój przyjacielu? – zapytałem.

– Więc, trochę mi głupio o tym mówić, ale skoro Ty jesteś człowiekiem, to z pewnością zrozumiesz – powiedział, podczas gdy Ja siedziałem, nie odzywając się, wiedząc jednak, o co zapyta.

– Jezusie, wciąż pragnę innych kobiet. Mam piękną żonę, która, tak jak ja, jest służącą w gospodzie. Bardzo ją kocham, ale gdy widzę ładną dziewczynę, to pragnę jej. Czy wiesz, o czym mówię? – spytał, czerwieniąc się.

Tak, wiem – odpowiedziałem.

Wiem, że uzdrawiasz ludzi i zastanawiałem się, czy mógłbyś i mnie wyleczyć z tego. Naprawdę kocham moją żonę, ale nie potrafię nie sypiać z innymi kobietami. Nie chcę stracić mojej żony, ale mimo że wiele razy już próbowałem, to nie potrafię nie kochać i innych kobiet. Jeśli moja żona się o tym dowie, poczuje się głęboko zraniona. Czy możesz pomóc? Proszę – powiedział z wyrazem nadziei na twarzy.

– Przyjacielu, to w tobie tkwi siła potrzebna do skończenia z tym. Musisz tylko naprawdę tego chcieć – powiedziałem.

Ale ja bardzo chcę, Jezusie, naprawdę chcę – zapewniał Mnie.

– W takim razie ilekroć widzisz kobietę, która ci się bardzo podoba, pomyśl o bólu, jaki zadasz swojej żonie, jeśli ją zdradzisz. Pomyśl także o karze dla kobiety, która popełnia cudzołóstwo, i o tym, jak twoi ziomkowie ukamienowaliby taką kobietę. Wspomnij także na przykazania dane przez Boga Mojżeszowi i uświadom sobie, jak obrażasz Boga twoimi czynami. Jeśli to wszystko będziesz miał na uwadze wtedy, gdy odczuwasz pożądanie do innych kobiet, to wkrótce uczucia te zanikną – doradziłem mu.

– Ale czasem to dzieje się tak szybko; te myśli i uczucia pojawiają się, zanim człowiek się zorientuje – tłumaczył.

– Przyjacielu, módl się do Boga o siłę potrzebną do zwycięstwa, a gdy Bóg udzieli ci jej, przyjmij ją – powiedziałem.

– Modlitwa. Tego nie próbowałem. Może rzeczywiście warto spróbować – powiedział, pocierając ręką brodę.

– Modlitwa to dar Boga, który daje moc. Jeśli tylko z całego serca wierzysz, że otrzymasz to, o co prosisz Boga na modlitwie, to otrzymasz to, o ile będzie to dla twojego dobra. Ludzie często nie doceniają modlitwy, ale to właśnie poprzez modlitwę otrzymuje się wiele łask i darów. Czas, w którym się modlimy, jest szczególny, bo wtedy, jeśli modlisz się otwartym sercem, Bóg odpowiada. Módl się, a znajdziesz pokój – powiedziałem, kładąc na jego głowie rękę.

– Tak uczynię, tak uczynię – powiedział podekscytowany. – Zacznę od razu.

Rozpoczął recytację psalmu mówiącego o miłości Boga do ludzkości (Psalm 41, Quemadmodum desiderat). Podczas gdy ja wychodziłem do drugiego pokoju, by się posilić, służący wyszedł głównym wejściem; uśmiechając się, wciąż recytował psalm.

Przyszedł Piotr i powiedział do Mnie:

– Wygląda na szczęśliwego.

– Tak, jest szczęśliwy, a dziś jego modlitwy zostaną wysłuchane – powiedziałem.

Siedzieliśmy w ciszy, posilając się, a Ja rozmyślałem nad tym, jak łatwo zło zwodzi takich ludzi, ludzi o dobrym sercu, ale łatwo dających się przekonać, że ciało daje szczęście, a zapominających o prawdziwym szczęściu, które się przeżywa na sposób duchowy.

Jak przebiegły jest Szatan skoro w imię miłości potrafi zdeprawować tak wielu, przyczynić się do tego, że osuwają się w rozwiązłość i że traktują swoje ciała, jak gdyby należały do nich i mogli z nimi robić to, co im się podoba, bez baczenia na wolę Bożą. Jakimże darem od Ojca jest ludzkość! Lecz z jaką łatwością Szatan wykorzystuje ludzkie słabości, by niszczyć ten dar. Czasem ludzie, którzy czują się osamotnieni, szukają pocieszenia w ramionach kochanków, ale nie udaje się im znaleźć tego, czego szukają. Wciąż czują się samotni.

Wielu, idąc tą drogą, nie dostrzega tego, że na niej nie ma rozwiązania problemu osamotnienia. Jedynym rozwiązaniem jest odnaleźć prawdziwą miłość, prawdziwą miłość w Bogu, która przyniesie ukojenie nawet najbardziej osamotnionym sercom.

Bywa, że w poszukiwaniu doznań, szacunku i pozycji, ludzie znajdują sobie wielu tak zwanych kochanków, z którymi się później afiszują przed przyjaciółmi; przyjaciele ich zaś podziwiają ich szczęśliwe podboje. Ci sami przyjaciele mogą z czasem zacząć im zazdrościć, tak że w końcu sami czynią to samo. To właśnie w taki sposób zło często się rozprzestrzenia – a to wszystko w imię miłości.

Prawdziwa miłość sprawia, że człowiek z szacunkiem odnosi się do swego ciała i nie traktuje innych przedmiotowo, ale zgodnie z tym, kim są – Bożym stworzeniem. Prawdziwa miłość sprawia, że osoby miłujące się głęboko przeżywają każdą chwilę spędzoną razem, wtedy gdy oboje są jedno w Bożej miłości. Prawdziwa miłość sprawia, że pozycji nie mierzy się tym, kogo lub co posiadasz, ale tym, czym z miłością dzielisz się z innymi. Prawdziwa miłość jest darem od Boga... fałszywa miłość – pułapką, którą zastawia Szatan i w którą wielu wpada. Tyle słabości nęka ludzkość, lecz wszystkie można pokonać prawdziwą miłością.



Gdy szliśmy ulicą, nagle rozerwał się pasek u sandała Piotra, a ten potknął się i upadł twarzą na ziemię. Judasz śmiał się histerycznie, kiedy Piotr, z zakrwawioną twarzą i dłońmi pokaleczonymi o leżące na drodze kamienie, podnosił się z ziemi. Wszyscy podbiegli, aby mu pomóc, podczas gdy Judasz śmiał się dalej, po czym powiedział:

– To było strasznie śmieszne, Piotrze. Wyglądałeś niezwykle głupio.

Podszedłem do Piotra.

– Piotrze, przyjacielu – rzekłem, ocierając krew z jego twarzy. – Usiądź i pozwól Mi opatrzyć swoje rany.

Piotr usiadł, ale przez cały czas ze złością wpatrywał się w Judasza.

Piotrze, nie bądź zły. Wiem, że to był bolesny upadek, ale nie powinieneś z powodu bólu zapomnieć o miłości i przebaczeniu. Judasz lekceważy innych, bo brakuje mu współczucia. Zrozum, że jest to jego słabość, która jednak nie powinna osłabiać ciebie. Wybacz mu i zrozum, że on rani bardziej siebie niż ciebie; twój ból wkrótce przeminie, ale jego nie – powiedziałem.

Piotr rozpłakał się.

Panie, czy kiedykolwiek się czegoś nauczę? Ciągle Cię zawodzę, pozwalając, aby złość brała nade mną górę, i dopuszczając do siebie złe myśli dotyczące innych. Czy kiedykolwiek nauczę się, jak postępować, abyś był ze mnie zadowolony?

– Nie płacz, przyjacielu. Cały czas się uczysz, jestem z ciebie zadowolony – powiedziałem, obmywając jego rany.

Judasz krzyknął:

To nie bolało aż tak bardzo, Piotrze. Płaczesz jak małe dziecko.

Odwróciłem się do niego i powiedziałem delikatnie:

Lepiej być podobnym do dziecka, niż być człowiekiem, który nie ma miłości w sercu. Dziecko kocha każdego i każdemu daje swoją miłość, ale dorośli często kochają tylko siebie, nie dając nic innym.

Judasz umilkł i spochmurniał, tymczasem Piotr odezwał się do niego:

– Judaszu, już dobrze. Domyślam się, że mój upadek wyglądał śmiesznie. Cieszę się, że mogłem dostarczyć ci nieco rozrywki i poprawić ci dzisiaj humor.

Judasz, podobnie jak inni, spojrzał na niego z niedowierzaniem, a ja, patrząc na Piotra, widziałem, że stopniowo staje się człowiekiem o coraz większym sercu.


Po opatrzeniu Piotra ruszyliśmy w stronę następnego miasta. Kiedy mijaliśmy róg ulicy, zobaczyliśmy grupę zgromadzonych tam ludzi. Podeszliśmy do nich, a Szymon zapytał:

Co się dzieje? Dlaczego tu stoicie?

Jeden z gromady liczącej mniej więcej pięćdziesiąt osób odwrócił się i powiedział:

– Pewien człowiek twierdzi, że jest prorokiem i uzdrowicielem. Codziennie o tej porze przemawia i leczy wszelkiego rodzaju schorzenia. Przychodzi tu wielu ludzi, którzy pragną go zobaczyć. Wkrótce pojawi się tu więcej osób. Często jego słowom przysłuchuje się tłum liczący dwustu–trzystu ludzi.

Kim jest ten człowiek? – zapytał Jakub, patrząc na Mnie niepewnie.

Ma na imię Tomasz. Nazywamy go Tomaszem Mądrym.

Mój uczeń Tomasz spojrzał na Mnie, jak gdyby to o nim mówiono. Uśmiechnąłem się do niego, aby dodać mu otuchy, a tymczasem mężczyzna kontynuował:

Zatrzymajcie się i posłuchajcie sami. To kosztuje tylko szekla od osoby.

Co takiego? Płacicie za to, aby go posłuchać? – krzyknął Judasz Iskariota.

– Tak, to dobry i święty człowiek – odpowiedział mężczyzna.

– Zostaniemy, Panie? – szepnął Piotr.

– Tak, zostańmy chwilę – odpowiedziałem. Wkrótce pojawiło się więcej ludzi, którzy stali, czekając na kazanie Tomasza, podczas gdy dwóch mężczyzn zbierało pieniądze.

Podszedł do Mnie Judasz.

– Być może właśnie to powinniśmy robić, Panie – zaproponował. – Zobacz, ile udało im się zebrać!

Spojrzałem na niego tylko i uśmiechnąłem się łagodnie.

Tomasz Mądry stanął na kamieniu i przemówił: – Przyjaciele, dziękuję za to, że przyszliście. Proszę, abyście po odejściu stąd opowiedzieli o mnie znajomym i rodzinie, aby oni także mogli przyjść tu po błogosławieństwo.

Dziś chciałbym opowiedzieć wam o człowieku, który znalazł sakwę monet, kiedy wracał do domu. Zajrzał do niej i zobaczył, że w środku jest ilość pieniędzy wystarczająca, aby wykarmić jego biedną rodzinę przez co najmniej rok. Zastanawiał się, co powinien zrobić: zatrzymać pieniądze czy też zanieść je do synagogi, aby dowiedzieć się, do kogo należą, a następnie zwrócić je właścicielowi. Toczył wewnętrzną walkę, ponieważ nie wiedział, która decyzja będzie właściwa. W końcu zatrzymał pieniądze, mając na względzie dobro ubogiej rodziny, a przechodząc nieopodal synagogi, wszedł do środka i złożył dziesięcinę. Teraz, zadowolony, że oddał Bogu należną Mu część, wrócił do domu. Pieniądze pomogły podnieść standard życia jego rodziny. Kilka tygodni później zauważył, że dzięki złożonej dziesięcinie otrzymał lepsze miejsce w synagodze. Teraz do jego przyjaciół należeli także kapłani i lewici. Żył coraz lepiej, był szczęśliwy, znalazł uznanie wśród społeczności. A wszystko dzięki temu, że oddał Bogu to, co powinien. Zatem mówię wam: im więcej dajecie tym, którzy służą Bogu, tym więcej otrzymacie w zamian. Bądźcie hojni, a Bóg będzie hojny dla was.

Tłum słuchał jego słów jak zahipnotyzowany. Tomasz dodał jeszcze:

– Jak możecie prosić Boga o uzdrowienie, jeśli nie jesteście hojni przy składaniu datków?

Ludzie zaczęli rzucać w jego kierunku pieniądze, krzycząc:

Uzdrów mnie, to mój dar dla Boga, uzdrów mnie.

Tomasz Mądry podszedł do ludzi, a ci rzucali w niego pieniędzmi lub wręczali mu je. Dotykał ich, mówiąc:

Uzdrawiam cię w imię Boga. Pozbądź się dumy i przyjmij Boską pomoc. Nie odrzucaj Boskiej mocy. Otwórz serce i pozwól, aby Bóg się uleczył. Bądź dla Niego hojny, a poznasz Jego szczodrość.

Tomasz Mądry przechadzał się teraz pośród tłumu, a ludzie niemal odchodzili od zmysłów.

– Panie – odezwał się Piotr. – To z pewnością nie jest dobre.

– To prawda, przyjacielu – odparłem, podchodząc do Tomasza, który zwrócił się do Mnie, krzycząc:

Chcesz wyzdrowieć? Złóż Bogu ofiarę, a zostaniesz uleczony.

Spojrzał Mi w oczy i zamarł. Tłum ucichł, gdy Tomasz zapytał: – Kim jesteś?

– Jestem Prawdą – odpowiedziałem. – Prawdą, która rozrywa łańcuchy fałszu, unicestwia pokłady zła, opiera się każdej niegodziwości.

Co... co masz na myśli? – wyszeptał Tomasz Mądry.

Spójrz w swoje serce, a będziesz wiedział, co mam na myśli. Zobaczysz, kto tobą kieruje i poprzez ciebie sprowadza na manowce dzieci Boga, ucząc je samolubstwa i grzechu.

Zabierzcie Go stąd – krzyknął w stronę tłumu ludzi, którzy patrzyli na nas w ciszy. Skrzywił się i wykrztusił:

– Znam Cię.

Potem zaczął Mi złorzeczyć. Powiedziałem:

Nakazuję ci opuścić ciało tego człowieka. Przepadnij, zły duchu.

Tomasz Mądry z krzykiem upadł na ziemię i począł się na niej zwijać, a na usta wystąpiła mu piana. Wówczas dał się słyszeć głos opuszczającego go ducha: „Oszczędź mnie, oszczędź”. Głos przebrzmiał i zamilkł, a Tomasz odzyskał zmysły.

Przemówiłem do tłumu:

– Człowiekiem tym zawładnął duch nieczysty, który uczył was chciwości i egoizmu. Uczył grzechu, wmawiając wam, że taka jest wola Boska. Jakże niemądrzy byliście, słuchając go. Bóg chce od was tylko miłości, chce, abyście wypełniali Jego przykazania i kochali swoich bliźnich. Bóg nie oczekuje, że zapłacicie za Jego miłość i za cudowne uzdrowienia. Boga nie obchodzi, czy siedzicie na przodzie synagogi, czy z tyłu, ani czy kapłani i lewici są waszymi przyjaciółmi. Liczy się tylko to, czy jesteście przyjaciółmi Boga. Jakże łatwo dajecie się zwieść złu. Zło może nawet przybrać pozory dobra. Uważajcie, gdy słuchacie tych, którzy głoszą słowo Boże. Jeśli chcą za to zapłaty, jeśli uczą was, abyście myśleli o sobie zamiast o innych, jeśli mówią wam, że dla Boga liczy się wasza pozycja w społeczeństwie, i jeśli twierdzą, że Bóg oczekuje od was ofiary, wiedzcie, że nie głoszą oni Jego słów, lecz własne – a może nawet, jak było w przypadku tego człowieka, zło zawładnęło ich duszami... Zło, które może zwieść i oszukać nawet najbardziej bogobojnych mężów. Zapamiętajcie dzisiejszy dzień oraz to, jak łatwo daliście się omamić złu.

Tomasz klęczał teraz przede Mną.

Nie wiem, co się stało. Co ja tutaj robię? – pytał.

Położyłem dłoń na jego głowie i powiedziałem:

– Zostałeś uleczony. A teraz idź do domu, do swojej rodziny.

Tomasz zrobił się teraz niezwykle potulny, w niczym nie przypominał silnego i dumnego człowieka, którym był wcześniej. Opuściło go zło, więc teraz znowu był sobą.

Ale on uleczył tak wielu ludzi – zawołał ktoś z tłumu.

– Zło posiada moc, która pozwala leczyć, ale są to fałszywe uzdrowienia, a uzdrawiająca moc nie trwa długo. Służyły temu, abyście nie zauważyli, że uczy was żyć w grzechu. Wielu zwraca uwagę tylko na tak zwane „cuda”. To nie cud, ale oszustwo, które ma odciągnąć ludzi od Boga. Zło posiada wielką moc i może wiele zdziałać, ale nigdy nie zdoła pokonać Boga ani nie zniszczy duszy, która przepełniona jest Boską miłością – odpowiedziałem.

– Ukamienować go! – krzyczeli ludzie w kierunku Tomasza Mądrego. – Ukamienować go! Jest zły!

Uniosłem ręce i powiedziałem:

– Tak, było w nim zło, ale teraz już go nie ma. Ten człowiek otrzymał wystarczającą karę, kiedy musiał toczyć wewnętrzną walkę. Teraz, kiedy odzyskał wolność, nie odbierajcie mu życia, inaczej skażecie na niewolę samych siebie.

Tłum ponownie zamilkł, a Ja dodałem:

– Idźcie do domów, a w przyszłości uważajcie, czego i kogo słuchacie. Pamiętajcie zawsze, że Bóg was kocha, wybacza wam i chce, abyście wybaczali innym. Jeśli zachowacie tę prawdę w waszych sercach, będziecie potrafili odróżnić dobro od zła.

Tłum rozszedł się, ale Tomasz pozostał na miejscu.

– To było jak sen – powiedział. – Jak koszmar. Dzięki Ci, Boże, że już po wszystkim.

– Idź do domu. Rodzina tęskni za tobą, powinieneś do nich wrócić. Wiem, że cię kochają i czekają na ciebie – pocieszyłem go.

To prawda. Upłynęło wiele czasu, od kiedy ich opuściłem, od kiedy zaczął się ten koszmar. Dziękuję Ci, dziękuję – powtarzał, całując Moją dłoń.

Kiedy odszedł Tomasz, zbliżył się do Mnie Piotr i zapytał:

– Dlaczego ludzie nie widzieli, że są oszukiwani? Przecież on mówił tylko o pieniądzach i bogactwie. A jedyne, co robił, to zbieranie datków. Dlaczego tego nie zauważyli?

Piotrze, to dlatego, że chcieli wierzyć, chcieli zostać uzdrowieni, pragnęli usłyszeć, że sposób, w jaki wielu z nich postępuje, jest właściwy. Ludzie często akceptują zło, ponieważ w ich życiu jest tak wiele chciwości, egoizmu i dumy, że jeśli ktoś im powie, że kierowanie się nimi jest dobre, chcą mu wierzyć. Trudniej jest im natomiast przyjąć prawdę, ponieważ gdy ktoś mówi im prawdę, widzą swoje grzechy oraz to, jak dużo powinni zmienić w życiu. Dla wielu jest to zbyt trudne, zatem akceptują tylko to, co im odpowiada, dzięki czemu mogą czuć się wygodnie. Pragną usłyszeć: „Postępujcie tak jak dotychczas”. Tak właśnie zwodzi was zło – tłumaczyłem uczniom, a oni skinęli głowami na znak zgody. Wszyscy poza Judaszem, który wciąż rozmyślał o tym, ile pieniędzy zebrano od zgromadzonych ludzi.

Judaszu – powiedziałem – chciwość to grzech, który może zniszczyć twoją duszę, jeśli tylko na to pozwolisz.

Tak, Panie – odrzekł Judasz, ale tak naprawdę wcale nie słuchał, co do niego mówiłem.

Po posiłku Rafael poszedł ze Mną do stajni.

Panie, nie wiem, czy o tym wiesz, ale uzdrowiłeś mnie tego dnia, kiedy Cię słuchałem – powiedział.

– Tak, przyjacielu. Wiem o tym.

– Uzdrowiłeś mnie i dziękuję Ci za to z całego serca, Panie. Nie mogę jednak sobie wybaczyć tego, jakim człowiekiem byłem przedtem i jak musiałem obrazić Boga – martwił się Rafael.

– Żyj teraz przykładnie, dziękuj co dzień Bogu i proś Go o wybaczenie, pomagaj innym, wypełniaj Boże przykazania. Wierzę, że czujesz szczery żal w sercu, a dzięki temu Bóg ci wybaczy. Nie bądź dla siebie zbyt surowy – odpowiedziałem.

Panie, jak Bóg może lubić kogoś takiego jak ja, kogoś, kto w tak okropny sposób wykorzystał dar, jakim jest ludzkie ciało. Wiem, że nigdy nie będę już postępował tak jak kiedyś, ale pamiętam moje uczynki – oznajmił i rozpłakał się.

Wielu ludzi popełnia błędy i obraża Boga, nie szanując siebie, ale Bóg kocha ich tak samo jak innych i chce, aby do Niego przyszli, ponieważ pragnie im wybaczyć – pocieszyłem go.

Co takiego? Nawet takim jak ja? – zapytał przez łzy.

– Tak, nawet takim – odpowiedziałem łagodnie. – Zło często zaślepia ludzi, więc nie wiedzą, co czynią. Zło sprawia, że myślą, iż wolno im robić, czego tylko zapragną, bo mają do tego prawo. Przez zło ludziom często wydaje się, że rozpusta i grzech są czymś zwyczajnym. Zło zwodzi słabych ludzi w sieć fałszywej miłości i nieprawdziwego życia. Kobiety i mężczyźni są słabi i łatwo można ich oszukać.

Niektórzy ulegają pokusie, by popełnić grzech nieczystości, inni są zbyt dumni, jeszcze inni chciwi. Zło zwodzi ludzi na wiele różnych sposobów. Bóg zna ludzkie słabości, ale kocha was, więc daje wam szansę na odkupienie win. Bóg kocha wszystkich, bez względu na ich uczynki. Każdy, kto tylko przyjmie Jego miłość i przebaczenie, znajdzie w sobie siły, by pokonać zło, tak jak ty to zrobiłeś.

Pamiętaj, że Bóg kocha cię i jest przy tobie wówczas, gdy szczerze, całym sercem pragniesz Jego przebaczenia. A jeśli będziesz żył zgodnie z Jego przykazaniami i zaniechasz grzechu, tak jak już to zrobiłeś, możesz zapomnieć o swoich winach, wiedząc, że zasłużyłeś na miłość i przebaczenie – wyjaśniłem z czułością.

– Dziękuję, Panie – odpowiedział. Nie płakał już. – Dziękuję. Twoje słowa zawsze są dla mnie zachętą – dodał. Kiedy się oddalił, usiadłem na murku, popatrzyłem w gwiazdy i pomyślałem o tych ludziach, którzy wiedli życie podobne do dawnego życia Rafaela. Widziałem, jak Szatan śmieje się, że tak łatwo zdołał ich zwieść.

(…)

Ruszyliśmy w stronę synagogi, a Rafael szedł obok Mnie i Piotra. Na miejscu zastaliśmy kilku dyskutujących faryzeuszy i saduceuszy.

Kiedy wchodziliśmy do świątyni, jeden z faryzeuszy wskazał na Rafaela i krzyknął:

To grzesznik, nie wolno mu wejść do środka. Jego obecność obrazi Boga.

Rafael zmieszał się i postanowił odejść.

– Zaczekaj, przyjacielu – powiedziałem łagodnie.

– Ale oni mają rację, Panie – odrzekł Rafael.

Czy zapomniałeś już o naszej rozmowie? – zapytałem.

– Nie, Panie – odpowiedział Rafael, który patrzył teraz w ziemię. Wiedziałem jednak, że chce odejść.

Odwróciłem się w stronę faryzeusza.

– Być może ten człowiek zgrzeszył, ale któż tego nie zrobił? Zrozumiał popełnione błędy, przestał grzeszyć i poprosił Boga o wybaczenie. Jak wielu ludzi to potrafi?

– Tak, ale jego grzechy były odrażające – upierał się faryzeusz.

Dla Boga każdy grzech jest odrażający, ale w swej miłości Bóg wybacza wszystkim, którzy o to poproszą, bez względu na to, jakich dopuścili się występków – odparłem.

Ale ten człowiek lubuje się w mężczyznach – wtrącił faryzeusz. – Bóg postąpi z nim tak jak z mieszkańcami Sodomy i Gomory.

Rafael wyglądał teraz bardzo żałośnie. Czekał na potępiające słowa ze strony Moich uczniów, ale nikt się nie odezwał.

– Bóg chciał wybaczyć ludziom z Sodomy i Gomory. Prosił ich, aby się zmienili, ale oni nie chcieli tego zrobić. Nawet wówczas Bóg obiecał, że jeśli znajdzie się kilku prawych, którzy będą gotowi się zmienić, nie zniszczy miast. Nikt jednak nie posłuchał Go, więc zasłużyli na zgotowany im los. Ten człowiek jednak skorzystał z szansy odkupienia grzechów, zmienił się, a Bóg mu wybaczył, ponieważ Bóg wybacza wszystkim, którzy przyjmują Jego pomoc – wyjaśniłem.

– Kim jesteś, by twierdzić, że Bóg mu wybaczył? – zapytał rozzłoszczony faryzeusz.

– Tak napisano w Piśmie Świętym. Bóg powiedział, że wybaczy tym, którzy żałują – wtrącił Piotr.