Ofiara (za) kapłanów. Z pism Marii Valtorty


Módl się za kapłanów diecezjalnych i za zakonnych. W dniu, w którym na świecie nie byłoby już prawdziwych kapłanów, świat stałby się tak potworny, że nie sposób tego opisać. Nadeszłaby chwila „ohydy spustoszenia".

Fot. VICONA

Im więcej będzie prawdziwych kapłanów, tym krótszy będzie czas Antychrysta

Napisane 14 czerwca 1943.

Mówi Jezus: Módl się, składaj wiele ofiar i cierpień za Moich kapłanów. Wielka ilość soli utraciła smak i dusze cierpią z tego powodu, tracąc smak Mnie i Mojej Nauki.

Mówię ci o tym od jakiegoś czasu, ale ty nie chciałaś tego słuchać. Nie chciałaś też pisać o tym. Zaniechałaś tego. Rozumiem, dlaczego. Jednak inni przed tobą mówili o tym, z Mojego natchnienia, i byli świętymi. I to daremne chcieć zamknąć oczy i uszy, aby nie widzieć i nie słyszeć. Prawda woła nawet milcząc. Woła wydarzeniami, które są mocniejsze od słów. Dlaczego już nie odmawiasz modlitwy Magdaleny de Pazzi? Dawniej stale ją odmawiałaś. Dlaczego nie ofiarowujesz części twoich codziennych cierpień za cały stan duchowny? Modlisz się i cierpisz za mojego Wikariusza. To dobrze. Modlisz się i cierpisz za każdego kapłana i zakonnicę, którzy są ci polecani lub za tych, którym szczególnie winna jesteś wdzięczność. To dobrze. Ale to nie wystarcza. Co robisz dla innych? Podjęłaś intencję cierpienia za stan kapłański w środy. To nie dość. Musisz we wszystkie dni modlić się za moich kapłanów i ofiarować za nich część twoich cierpień. Nigdy nie ustawaj w modlitwie za nich, bo oni są najbardziej odpowiedzialni za życie duchowe katolików. Jeśli osobie świeckiej wystarczy starać się dziesięciokrotnie, żeby nie wywoływać zgorszenia, to Moi kapłani powinni starać się sto i tysiąc razy bardziej. Powinni być podobni do Nauczyciela w czystości, w miłości, w oderwaniu od spraw tego świata, w pokorze, we wspaniałomyślności. Tymczasem to samo rozluźnienie życia chrześcijańskiego, co u świeckich, dotknęło Moich kapłanów i w ogóle każdej osoby poświęconej szczególnymi ślubami. Ale o tym powiem potem.

Teraz mówię o kapłanach, którzy mają wzniosły zaszczyt uwieczniać na ołtarzu moją Ofiarę, dotykać Mnie i powtarzać Moją Ewangelię. Powinni być płomieniem. Tymczasem są dymem. Ociężale czynią to, co mają czynić. Nie kochają się wzajemnie i nie kochają was jako pasterze, którzy powinni być gotowi oddać dla swoich owiec samych siebie, aż po ofiarę z własnego życia. Podchodzą do mojego ołtarza z sercem napełnionym ziemskimi troskami. Konsekrują Mnie w roztargnieniu i nawet moja Komunia nie rozpala ich ducha miłością, która powinna być żywa we wszystkich, lecz u Moich kapłanów powinna być najżywsza. Kiedy myślę o diakonach, o kapłanach Kościoła w katakumbach i kiedy ich porównam z obecnymi, odczuwam nieskończoną litość nad wami, tłumem, który albo jest pozbawiony pokarmu mojego Słowa, albo cierpi jego wielki niedostatek. Tamci diakoni, tamci kapłani mieli przeciw sobie całe nieprzychylne społeczeństwo, mieli przeciw sobie ustanowioną władzę.

Tamci diakoni, tamci kapłani musieli pełnić swą posługę pośród tysięcy trudności. Jeden nierozważny ruch mógł sprawić, że wpadliby w ręce tyranów i zostali skazani na śmierć w mękach. A jednak, jaka była w nich wierność, jaka miłość, jaka czystość, jaki heroizm! Swą krwią i miłością scementowali rodzący się Kościół i każde z ich serc stało się ołtarzem. Teraz jaśnieją w niebiańskim Jeruzalem jako jednakowe wieczne ołtarze, na których Ja, Baranek, odpoczywam, ciesząc się nimi, moimi mężnymi wyznawcami, czystymi, którzy potrafili zmyć brudy pogaństwa, przenikające ich przez całe lata, zanim się nawrócili na Wiarę. Ono opadało na nich swym błotem, także po ich nawróceniu, ale było jak ocean szlamu wobec niewzruszonych skał.

W mojej Krwi się obmyli i przyszli do Mnie w białych szatach, które zdobiła ich wspaniałomyślna krew i silna miłość. Nie mieli zewnętrznych szat ani materialnych znaków swej kapłańskiej służby. Lecz byli Kapłanami w duszy. Teraz mają zewnętrzny strój, ale ich serca już nie są moje.

Żal Mi was, trzódko pozbawiona pasterzy. Dlatego powstrzymuję jeszcze Moje gromy: bo żal Mi was. Wiem, że wiele z tego, czym jesteście, wynika z braku opieki.

Zbyt mało jest prawdziwych kapłanów, którzy poświęcają samych siebie, by hojnie udzielać się swym synom! Nigdy, tak jak teraz, nie było trzeba prosić Pana żniwa, żeby posłał prawdziwych robotników na Swoje żniwo. Ono upada marnując się, gdyż zbyt mało jest prawdziwych niestrudzonych robotników, na których Moje oczy spoczywają z nieskończonymi i wdzięcznymi błogosławieństwami i miłością. Chciałbym móc powiedzieć wszystkim moim Kapłanom: „Pójdźcie, słudzy dobrzy i wierni, wejdźcie do radości waszego Pana!"

Módl się za kapłanów diecezjalnych i za zakonnych. W dniu, w którym na świecie nie byłoby już prawdziwych kapłanów, świat stałby się tak potworny, że nie sposób tego opisać. Nadeszłaby chwila „ohydy spustoszenia". Ale nadeszłaby z gwałtownością tak straszliwą, jakby piekło zostało przeniesione na ziemie. Módl się i mów, żeby się modlono o to, aby cała sól nie zwietrzała we wszystkich lub choć w Jednym, w ostatnim Męczenniku, który odprawi ostatnią Mszę, aby do ostatniego dnia mój Kościół walczący przetrwał i aby Ofiara została dopełniona. Im więcej będzie na świecie prawdziwych kapłanów, gdy czasy będą się dopełniać, tym krótszy i mniej okrutny będzie czas trwania Antychrysta i ostatnich konwulsji rodzaju ludzkiego. 'Sprawiedliwi' bowiem, o których mówię, kiedy ogłaszam koniec świata, to prawdziwi kapłani, prawdziwi konsekrowani w klasztorach rozsianych po świecie, to dusze-ofiary, nieznany zastęp męczenników, których znają jedynie Moje oczy. Świat zaś ich nie widzi. Oni działają z prawdziwą czystością wiary. Oni, nawet o tym nie wiedząc, są składającymi ofiarę i ofiarami.

Mieliście być światłem świata...

Napisane 27 stycznia 1944.

Mówi Jezus: Muszę podyktować stronicę bolesną do napisania i do czytania. Ale to prawda, którą trzeba powiedzieć. Pisz. Dla duchownych.

Wiernych oskarża się bardzo o to, że są mało wierzący i bardzo letni. Oskarża się bardzo ludzi, że nie ma w nich miłosierdzia, czystości, że są przywiązani do bogactw i nie mają ducha wiary. Ale jak dzieci, z rzadkimi wyjątkami, są takie, jakimi ich ukształtowali rodzice – nie tyle represjami, co przykładem – tak samo wierzący są, z zawsze istniejącymi wyjątkami, tacy, jakimi ich kształtują duchowni, nie tyle słowami, co przykładem. Kościoły, rozsiane pośród domów [zamieszkałych przez ludzi], powinny być jak latarnia morska i miejsce oczyszczenia. Powinno się z nich wydobywać światło łagodne i potężne, przenikliwe i przyciągające, które – na podobieństwo światła dziennego – wnikałoby w głębiny serc, pomimo wszystkich zamknięć.

Spójrzcie na piękny letni dzień. Słońce rozsiewa ogarniające ziemię wspaniałe światło – tak zwycięskie i potężne, że nawet w najbardziej zamkniętym pokoju ciemność nigdy nie jest zupełna. Choćby był tam tylko promień cienki jak włos dziecka, punkt drżący na ścianie, złoty pyłek tańczący w powietrzu, to jednak byłby w tym pokoju znak światła, który pozwalałby poznać, że na zewnątrz jaśnieje olśniewające słońce Boga. Tak samo jest z najbardziej zamkniętymi sercami. Gdyby od kościołów porozrzucanych między domami wylewało się "światło" takie jak to, które wam dałem jako znak, o kapłani, których nazwałem "światłem świata" – tak was nazwałem, kiedy was stworzyłem – nić, punkt, pyłek świetlny wniknąłby w nie. To by wystarczyło, żeby przypomnieć, że istnieje na świecie "Światło", i żeby wlać w serca głód światła: "tego Światła". A ile jest dusz w kościołach, waszych dusz – proboszczów i opiekunów, kapłanów i braci, wszystkich, których Ja powołałem, abyście Mnie wnosili w serca – tak rozpalonych Miłosierdziem, by pokonać mróz dusz i zanieść do serc ludzi miłość Bożą i miłość do Boga, do Boga, który jest Miłosierdziem?

Ludzie przeżywają cierpienia i tylko Ja wiem jak one są liczne. Cierpienia te różnią się od waszych, a przynajmniej wasze powinny różnić się od ich cierpień. Waszymi cierpieniami bowiem powinny być tylko utrapienia z powodu gorliwości dla waszego Pana Boga niedostatecznie kochanego; z powodu wierzących, którzy błądzą; z powodu grzeszników, którzy się nie nawracają. Takie, a nie inne powinny być wasze boleści. Ja, powołując was, nie wskazałem wam palcem królewskiego pałacu, stołu, sakiewki, rodziny, ale krzyż, mój Krzyż. Na nim umarłem nagi, na nim oddałem ducha w samotności, na niego się wspiąłem po oderwaniu się od wszystkiego i pozbawieniu się wszystkiego, nawet mojego ubóstwa, któremu już nie pozostało nic poza szubienicą – wykonaną z niewielkiej ilości drewna i trzech gwoździ – i garści cierni, z których uwito koronę. Wszystko to [uczyniłem], aby powiedzieć wam wszystkim – a wam w szczególności – że dusze ocala ofiara, wspaniałomyślność w ofierze prowadzącej aż do całkowitego i absolutnego wyzbycia się tego, co drogie, wygody, tego, co potrzebne, życia.

Ludzie w swoich boleściach powinni móc patrzeć na swój kościół jak na mamę, na której kolana idzie się po to, by się wypłakać i posłuchać słów pociechy, po opowiedzeniu własnych strapień – i jest się pewnym wysłuchania i zrozumienia. Ludzie – w swoich ciemnościach wywołanych wieloma przyczynami, nie zawsze mającymi źródło w ich woli, lecz spowodowanymi wolą bliźniego albo przez zespół okoliczności, które ich nakłaniają do uwierzenia w błąd lub do zwątpienia w Boga – powinni znaleźć was, niosących światło, moje światło. [Powinni znajdować] was, litościwych jak Samarytanin, was – mistrzów jak wasz Nauczyciel, was – ojców jak Ojciec wasz.

Ziemia, zepsuta na różne sposoby, fermentuje jak ciało, które gnije i zakaża dusze zwierzęcym odorem grzechu. Serca zostałyby oczyszczone, gdyby kościoły porozrzucane między domami były kadzielnicami, w których kapłan żyje, paląc się, i spala się, kochając. Wtedy zwierzęcy odór świata zostałby zrównoważony przez zapach Boga. Wydobywałby się on z serc kapłanów, żyjących w całkowitym "stopieniu się" z Bogiem, unicestwionych w Bogu do tego stopnia, że są podobni tylko do Mnie, który przebywam w Sakramencie (Eucharystii) do dyspozycji człowieka w każdej chwili – Ja, Bóg, który się nie nuży, pozbawiony pychy i nie opierający się.

Tacy kapłani, doskonali, są jak słońce. Wciągają dusze do Nieba jak krople wody, oczyszczają je w atmosferze Nieba. Są oni też jak chmury, które rozpływają się delikatnie w postaci dobroczynnej rosy, w nocy, w ukryciu, przynosząc ulgę ranom i ukojenie płonącemu pragnieniu dusz – tym biednym kwiatom zranionym przez tyle czynników. Wciągają [oni dusze]. Aby wciągnąć trzeba mieć wielką siłę. Tylko żywa miłość do Pana i do braci może wam ją dać. Wpatrzeni w Boga, w górę, wysoko w górę, ponad ziemię, możecie – jeśli tylko chcecie – przyciągnąć dusze do was, czyli do Boga, w którym żyjecie. To jest działanie, które wymaga wspaniałomyślności i stałości. Najmniejsze poruszenie rzęs powinno służyć temu celowi. Wszystkie wasze działania muszą zmierzać do tego najwyższego celu. Nawet spojrzenia mogą przeistaczać serca, jeśli z owego spojrzenia przeziera Bóg.

[Rozpływają się]. Rozpływać się – to poświęcać się na wszelkie sposoby, w ukryciu, niosąc spalonym duszom niebiańskie odświeżenie, które spływa tak delikatnie, że one nie wiedzą, kiedy się [na nie] wylewa, a jednak pokrywają się rosą. Tak jest z rosą. Ona, milcząca i wstydliwa, zstępuje wtedy, gdy wszystko odpoczywa: ludzie, zwierzęta i kwiaty; oczyszcza powietrze od nieczystości dnia, gasi pragnienie i przyozdabia perłami łodygi i liście. Ofiary, ofiary, ofiary, o kapłani! Modlitwy, modlitwy, modlitwy, o pasterze! Ja nazwałem was "pasterzami". Nie nazwałem was "samotnikami" ani "kapitanami". Samotnik żyje dla siebie, kapitan natomiast kroczy na czele swoich [podwładnych].

"Pasterz" zaś stoi pośród swej trzody i dogląda jej. Nie izoluje się, gdyż trzoda by się rozproszyła. Nie idzie na przedzie, gdyż roztargnione owce zeszłyby z drogi, stałyby się łupem wilków i rozbójników.

Pasterz – jeśli nie jest głupcem – żyje pośród swej trzody. Nawołuje ją, gromadzi. Niezmordowanie chodzi tam i z powrotem przez całą drogę, wyprzedza trzodę w trudnościach, bada jako pierwszy i wyrównuje. Swoim wysiłkiem sprawia, na ile może, że stają się bezpieczniejsze miejsca groźne. Potem [pasterz] staje w miejscu niebezpiecznym, aby doglądać przejścia swoich owieczek. Kiedy zobaczy jakąś zalęknioną albo słabą, bierze ją na swe ramiona i przenosi ponad miejscem niebezpiecznym.

Jeśli nadchodzi wilk, nie ucieka, lecz rzuca się na niego, na przedzie swych owiec, i broni ich, nawet za cenę swego życia, aby je uratować. Poświęca się dla nich, sycąc sobą głód dzikiego zwierzęcia, tak iż ono nie czuje już potrzeby rozszarpania [owiec]. Ileż dzikich zwierząt [znajduje się] naprzeciw dusz! Pasterz nie traci czasu na niepożyteczne pogawędki z przechodniami, nie rozprasza się sprawami, które nie mają związku z jego zadaniem.Troszczy się o swoją trzodę i to wszystko.

Teraz spójrzcie. Czy nie wydaje się wam, że czytacie 8 rozdział Ezechiela?

Pierwszy bożek: Zazdrość. Powinniście być miłosierdziem, prawda? Miłosierdziem, aby innych skłonić do miłosierdzia. A jacy jesteście? Zazdrośni jeden o drugiego. Obrażacie się, gdy was świecki krytykuje. A czy wy nie krytykujecie się wzajemnie i to – często niesłusznie? Przełożony krytykuje podwładnych. Podwładni krytykują przełożonych. Jesteście zazdrośni, gdy ktoś z was jest zauważany, gdy odnosi większy sukces, gdy się bardziej bogaci. To powinno was przerażać, a wy, przeciwnie – najbardziej tego pragniecie. Czy byłem bogaty Ja, odwieczny Kapłan? Bądźcie doskonali, a zostaniecie zauważeni i pochwaleni, gdyż jedynie na pochwale waszego Boga powinno wam zależeć. Bądźcie doskonali, a odniesiecie sukces w jedynym celu godnym waszej sutanny: doprowadzeniu dusz do Boga.

Drugi bożek, raczej wiele bożyszcz, to różne herezje, które zastępują w was kult, jaki powinniście oddawać [Bogu]. Także wy, jak siedemdziesięciu starców wymienionych przez Ezechiela, nieustannie palicie kadzidło bożkowi, którego wolicie [bardziej niż Boga]. Czynicie to w ciemnościach, mając nadzieję, że oko człowieka tego nie dostrzega. Jednak widzi. I gorszycie go. Wierzący bowiem – i w ogóle ludzie – są jak dzieci: wydaje się, że nie dostrzegają, ale zawsze patrzą z wielką uwagą i zawsze słuchają z wytężonym słuchem.

Zresztą, czyż nie wiecie, że nawet gdyby człowiek was nie widział, to Bóg was widzi? Dlaczego zatem rozsypujecie wasze kadzidło przed potęgą złota lub człowieka? Czy Ja nie dostrzegam z wysokości mojego tronu tak wielu moich duchownych, poświęcających czas – czas dawany im przeze Mnie dla wykorzystania go do kapłańskich zadań – na ludzki handel, powiększający dobrobyt? Tak, Ja to widzę. Czyż nie dostrzegam i nie mam mdłości z powodu tylu moich duchownych, którzy – w nadziei zaszczytów i zysku – wyrzekają się mojego Prawa, aby okazywać posłuszeństwo prawu nieszczęsnych ludzi? Tak, widzę to. O, kapłani politykujący! Współcześni członkowie Sanhedrynu! Przypomnijcie sobie los Sanhedrynu, zgotowany mu ręką tych, do których stóp rzucał on na ziemię sumienia i gwałcił moje Prawo. Nie mówię nic więcej. To od ludzi, reszta przyjdzie potem – od Sędziego, wiecznego i sprawiedliwego.

Trzeci bożek: zmysłowość. Tak, jest i to. I nie mówię więcej z szacunku dla mojej rzeczniczki. Niech jednak każdy zbada siebie, aby zobaczyć, czy pogańska bogini nie zajmuje miejsca jedynych kobiecych istot, jakie kapłan może wspominać z miłością: moją Matkę i swoją matkę. Myślcie o tym, że Mnie dotykacie, że Mnie przyjmujecie. To wystarczy. Nie sprawiajcie, że Najczystszy będzie się stykał z ciałem brudnym od rozwiązłości.

Czwarty bożek: uwielbienie wschodu. Sekty. Tak, również i to. Czyż nie mam patrzeć na wielu z was z pogardą i strofować wielu, jak faryzeuszy i doktorów mojego czasu? Czyż nie mam wzbudzać "świateł" pośród świeckich, którzy Mnie kochają tak bardzo, jak bardzo wielu z was Mnie nie kocha? Czyż nie mam tego czynić z litości do dusz, które wy pozostawiacie na mrozie, w ciemności, w nieczystości; [z litości] do dusz, dla których nie jesteście drogą wiodącą do Boga, lecz ścieżką, która prowadzi w dół? Jak śmiecie powtarzać moje Słowo i głosić moje Prawo, kiedy potępiacie Słowo i Prawo? Niechaj ten, kto jest czysty, staje się takim jeszcze bardziej, a kto nie jest czysty, niechaj się oczyści.

Ludzkość znajduje się na wielkim rozstaju dróg. Od niego wychodzą dwie drogi: jedna wspina się w górę, ku Bogu, a druga prowadzi w dół, do szatana. Na tym rozdrożu stoi też skała, którą wy jesteście. Jeśli uczynicie z siebie bastion i będziecie nakłaniać do wejścia na pierwszą drogę, wtedy szatan nie wtargnie i dusze będą się wspinać ku Bogu. Jeśli jednak wy jako pierwsi zaczniecie się staczać ku drodze złej, prowadzącej do szatana, pociągniecie ludzkość ku okropności Antychrysta, przyśpieszając jego godzinę. Chociaż bowiem on musi przyjść, to jednak biada tym, którzy przyśpieszają jego przyjście i przedłużają je. On bowiem przestanie istnieć w godzinie od wieków ustalonej, a im dłuższy będzie czas jego pobytu, tym więcej będzie dusz, które się zatracą. Pamiętajcie, że ani jedna z nich nie pozostanie nie pomszczona. Skoro bowiem wasz Bóg widzi wróbla, który ginie, to jak może nie zobaczyć umierającej duszy? Od jej zabójców zażądam wyjaśnienia i wydam wyrok skazujący.

Opracowanie: Dorota Porzucek

Źródło: Koniec czasów, Maria Valtorta, wyd. Vox Domini

Fot. VICONA / CC BY-NC-ND 4.0

71 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg