Trudna prawda o duchowieństwie


Jak więc mówić prawdę, aby ktoś ją uznał? Tylko z miłością. Z miłością autentyczną, a nie tylko deklarowaną, o co już każdy musi sam siebie zapytać w sumieniu. A to nie jest proste. A nawet jest bardzo trudne, kiedy jesteśmy na kogoś wściekli, zawiedzeni, rozgoryczeni…


Temu, że w Kościele dzieje się źle, nie da się już zaprzeczyć. Sprawę nadużyć duchownych nagłaśniają już zarówno wysoko postawieni hierarchowie Kościoła, jak i ateistyczni reżyserzy, protestanccy scenarzyści, nie mówiąc o całej masie dziennikarzy, felietonistów oraz mniej lub bardziej anonimowych internautów, zabierających głos w dyskusji na temat stanu Kościoła katolickiego w Polsce i na świecie. Nie ukrywam, że i mnie ostatnio temat ten bardzo poruszył i zmusił, poprzez różne dyskusje, które prowadziłam z innymi, do zadania sobie trzech pytań (jest ich o wiele więcej, ale w tym miejscu skupię się tylko na tych paru) a momentami nawet, do uderzenia się w pierś.

Pytanie nr 1 - Jak mówić prawdę o grzechach księży?

Osią wielu polemik na temat przewinień duchownych jest twierdzenie (parafrazując wiele podobnych wypowiedzi) że „Kościół powinien stanąć w prawdzie o grzechach swoich księży, a nie zamiatać niewygodne sprawy pod dywan”. Pojawia się tu wiele wątków np. kwestia tuszowania afer pedofilskich przez Kościół, kwestia odpowiedzialności karnej księdza, kwestia traktowania ofiar przestępstw seksualnych, kwestia odszkodowań itd. Z rozmysłem nie podejmuję wszystkich tych wątków, a jedynie zaznaczam, ponieważ po pierwsze – z odrobiną dobrej woli można samemu łatwo dotrzeć do rzetelnych danych na ten temat, po drugie – tutaj wolę skupić się na swoich osobistych obserwacjach i wnioskach, traktując temat bardziej od strony duchowej niż statystycznej czy prawnej, co jest mi znacznie bliższe.

Ci, którzy najgłośniej domagają się „ujawnienia prawdy o Kościele i księżach”, najczęściej (choć nie zawsze) dorzucają do swojej wypowiedzi wiązankę antykościelnych lub antyklerykalnych haseł, zwykle stereotypowych lub/i obraźliwych.

Jak przyjąć prawdę od kogoś takiego? No trudno…

No ale przecież prawda jest zawsze prawdą, bez względu na to, kto ją wypowiada. Sam Pan Jezus powiedział, że prawda nas wyzwoli. Prawda oczywiście przyjęta w duchu pokory przez samego winnego, a nie po prostu prawda wykrzyczana mu w twarz. Kluczowe w uzdrowieniu duchowym jest więc wewnętrzne uznanie prawdy o sobie samym i o swoim grzechu, a nie tylko jej usłyszenie. „Prawda boli”, powiadają. Tak, ale żeby prawda służyła uzdrowieniu, musi boleć nie uderzenie nią kogoś po gębie (choć to może, ale nie musi, być pierwszym impulsem do uzdrowienia), ale boleć powinno to, że umiera we mnie moja pycha i kłamstwo o mnie samym, które do tej pory pielęgnowałem w sobie.

Jak więc mówić prawdę, aby ktoś ją uznał? Tylko z miłością. Z miłością autentyczną, a nie tylko deklarowaną, o co już każdy musi sam siebie zapytać w sumieniu. A to nie jest proste. A nawet jest bardzo trudne, kiedy jesteśmy na kogoś wściekli, zawiedzeni, rozgoryczeni… Lepiej wtedy zamilknąć.

Z taką miłością o grzechach kapłanów mówił do wielu świętych i mistyków Pan Jezus. I to wcale nie znaczy, że tylko w gładkich słowach, a nawet w bardzo ostrych. Ale od Niego, o którym wiemy, że jest samą Miłością, łatwiej przyjąć nawet bardzo trudne słowa.

Oto niektóre tylko wypowiedzi Pana Jezusa o grzechach Jego kapłanów, które to wypowiedzi Kościół nie zamiótł pod dywan, ale uznał, nadając tym pismom Imprimatur, czyli pozwolenie na druk. Można je nabyć w wielu katolickich księgarniach.

Pan Jezus do Marii Valtory: „ (...) to daremne chcieć zamknąć oczy i uszy, aby nie widzieć i nie słyszeć. Prawda woła nawet milcząc. Woła wydarzeniami, które są mocniejsze od słów.” „Ja, powołując was, nie wskazałem wam palcem królewskiego pałacu, stołu, sakiewki, rodziny, ale krzyż, mój Krzyż.”„Powinniście być miłosierdziem, prawda? Miłosierdziem, aby innych skłonić do miłosierdzia. A jacy jesteście? Zazdrośni jeden o drugiego. Obrażacie się, gdy was świecki krytykuje. A czy wy nie krytykujecie się wzajemnie i to – często niesłusznie?”

Pan Jezus do św. Katarzyny ze Sieny: „W zaślepieniu swym obierają sobie za cel tylko zaszczyty i chwałę, zabiegając o wysokie urzędy, poszukując przepychu i rozkoszy cielesnych.”„Nadęci pychą, nie mogą się nasycić, pożerając ziemię bogactw i rozkoszy światowych. Są chciwi, pożądliwi i skąpi w stosunku do ubogich.”„Lubią mieć piękne konie, liczne złote i srebrne naczynia dla ozdoby domu, wkładając w posiadanie tego, czego posiadać nie powinni, całą próżność serca, która objawia się w ich pustych i niepowściągliwych rozmowach”.

Gdyby zatrzymać się tylko na tym, byłby to bardzo jednostronny i krzywdzący obraz duchowieństwa. Jednak w każdej z wymienionych pozycji, obok wykazania grzechów, Pan Jezus mówi o cnotach prawdziwych i świętych księży, którzy przez ofiarną służbę i miłość, wyniszczając siebie, przyczyniają się do zbawienia wielu dusz.

A jeśli jest mowa o grzechach to nie „dla uciechy gawiedzi”, nie po to, aby zaspokoić naszą ciekawość, ale aby tym bardziej uwrażliwić nas i zmobilizować do modlitwy i ofiary za kapłanów. Jeśli Pan Bóg pokazuje nam jakieś zło, to czyni nas też odpowiedzialnymi za to, co z tym zrobimy, jak się zachowamy.

Pytanie nr 2 - Czy księża są hipokrytami, ponieważ mówią nam jedno, a robią drugie?

Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, postanowiłam przyjrzeć się dwóm przypadkom jawnej, na pierwszy rzut oka, ludzkiej hipokryzji.

Przypadek pierwszy: ktoś udostępnia często na fejsbuku apele o pomoc dla chorych dzieci, maltretowanych zwierząt, albo sprzeciw przeciwko prześladowaniu kogoś, wzywa o poszanowanie innych, tolerancję, nie osądzanie… itp. Ale kiedy z nią/z nim rozmawiam, zdarza się, że zaczyna od plotkowania, obgadywania wszystkich wokoło, lub szydzi (popiera żarty) z polityków partii rządzącej, duchownych, którzy nie są po jej/jego myśli… „Och, to przecież tak tylko dla żartu. A poza tym przecież mówię prawdę” – argumentuje.

Czy to nie jest przejaw hipokryzji z jej/jego strony?

Przypadek drugi: wiele osób w moim środowisku wie, że prowadzę katolicki blog i ogólnie jestem zaangażowana w Kościół. Zamieszczam w Internecie różne religijne i pobożne treści, mądre cytaty świętych, czasem ustami takiego świętego napiętnuję jakiś grzech… Tymczasem zdarza się, że chcąc powiedzieć „prawdę” o kimś, znowu zacznę plotkować, znowu komuś odpowiem bez miłości, sprzeciwię się, pokażę pazurki, odmówię pomocy, skrytykuję w słowie lub myśli... Patrząc na mnie z boku, niektórzy może myślą: niby taka religijna, ale wcale nie taka „święta” za jaką chce uchodzić.

Czy to nie jest przejaw hipokryzji z mojej strony?

Na każde z postawionych pytań odpowiem: NIE. Nie jest zawsze hipokryzją to, że ktoś w jednej sytuacji mówi coś, czemu za chwilę zaprzecza swoim innym zachowaniem. W znacznej większości przypadków jest to po prostu – jakbym to nazwała – niedorastaniem do ideałów, które się głosi (chyba że jest to już hipokryzja w czystej postaci, ale to już Bóg sam osądzi…) i nie ukrywajmy, mało kto z nas do nich dorasta. I im bardziej ja sama to w sobie dostrzegam, im bardziej upokarzają mnie moje własne upadki i to, że ktoś je zauważa, tym bardziej jestem skłonna rozumieć upadki innych.

Staram się więc wierzyć, że kiedy ktoś mówi o szacunku dla innych, to tak właśnie myśli i do tego dąży u innych i u siebie. Staram się wierzyć, że jest to szczere, że w głębi serca chce też sam taki być. A że nie zawsze wychodzi? Znowu patrzę na siebie i na swoje ideały, których nie udaje mi się osiągnąć, mimo dążeń. Może nigdy się nie uda, może tylko z czasem uda się do nich bardziej zbliżyć, ale przecież najważniejsze jest samo dążenie.

Czy mówienie innym o dobrych moralnie postawach, mimo, że samemu nie jest się jeszcze idealnym, jest zawsze faryzeizmem? Myślę, że nie zawsze, choć będą przypadki, że tak. Ale, gdy czyni się to z dobrą wolą, jest to też lekcja powtarzana samemu sobie, aby zacząć lepiej żyć tym, co się głosi.

Co z księżmi? Przecież oni, jak nikt inni powinni żyć tym, co mówią. Cóż, myślę, że należy zastosować do nich podobną zasadę, co do nas wszystkich. „Kapłan z ludu wzięty” i nie będzie dla nikogo chyba odkryciem to, że jest takim samym grzesznikiem jak inni ludzie. Nie szukając daleko: św. Piotr, pierwszy papież, zaparł się swojego Mistrza, Judasz go zdradził. I mimo, że jako Bóg, Jezus od początku wiedział, że tak się stanie, obu nazywał mianem przyjaciela i obu tak samo posyłał do ludzi, aby ich nauczali… A to, jak na końcu każdy z nich przyjął prawdę o swoim grzechu i co z nią zrobił, to już inna historia. Oboje na pewno zostali sprawiedliwie rozliczeni.

Poza tym, jeśli chodzi o kapłaństwo, jest również ten wymiar nadprzyrodzony, duchowy, który trzeba brać bardzo pod uwagę. Pan Jezus powiedział: „Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie”. Oznacza to, że nawet kapłan grzeszny i błądzący ma moc przeistoczenia chleba i wina w Ciało i Krew Pańską, ma moc rozgrzeszania. Może nam także taki ksiądz przekazać prawdę Ewangelii, ponieważ zwłaszcza kiedy naucza w imieniu Kościoła, czyni to (powinien czynić) z natchnienia Ducha Świętego. Czy tak jest zawsze? Pewnie też nie. Ale nie należy zapominać, że kapłan jest drugim Chrystusem, przez którego w sposób szczególny działa Duch Boży.

Pytanie nr 3 – Czy z ujawniania prawdy o grzechach kapłanów przez przeciwników Kościoła może w ogóle wyniknąć coś dobrego?

Zdumiewają mnie katolicy, którzy dziękują panu Smarzowskiemu za film „Kler”, który miałby de facto „zrobić Kościołowi w Polsce przysługę”, bo bez niego ludzie by się nie dowiedzieli, że księża też są słabymi ludźmi i jak my wszyscy grzeszą. Dzięki niemu mogą oni w końcu stanąć w prawdzie, przestać udawać, że są wśród nich tacy, którzy mają problem z uczciwością, czystością, alkoholem… Czy naprawdę nie wiemy tego wszystkiego bez takich produkcji?

Trudno mi też uwierzyć, że reżyser, który jawnie deklaruje się jako ateista – i to ateista, któremu Kościół katolicki nie jest „obojętny”, gdyż w udzielonym publicznie wywiadzie stwierdza, że „Kościół pierze mózgi dzieciom” – kieruje się dobrem Kościoła, tworząc taki film.

Próbując zrozumieć jednak tych, którzy widzą w filmie jakąś dobrą okazję do nawrócenia błądzących kapłanów, wydaje mi się, że ich argumentacja jest mocno podszyta przekonaniem, że Bóg nawet ze zła potrafi wyciągnąć dobro. I tu mają rację. Jest też prawdą, czego sama doświadczam, że Pan Bóg powie do nas jakąś prawdę nawet przez ludzi, którzy są nam nieprzychylni, lub pozornie nieprzychylni, którzy postępują nieraz jeszcze gorzej niż my, a sami nas pouczają... I trzeba potrafić i ten głos Pana Boga w nich usłyszeć i taką lekcję pokory przyjąć, skoro On to na nas dopuszcza.

Bóg dopuścił z jakiegoś powodu także film "Kler", ale nie znaczy to, że tego chciał. Miejmy jednak nadzieję, że znów sam w jakiś cudowny, tylko dla Niego znany sposób, posłuży się tym co złe, aby przemienić na dobre. Wszystkie upokorzenia, których teraz doświadczają księża ze strony środowisk im nieprzychylnych, posłużą być może do ich oczyszczenia. Bóg tak bowiem niekiedy boleśnie musi leczyć nas z naszych wad, słabości i grzechów.

Pamiętajmy jednak, że ci, którzy, choć są nieświadomymi pomocnikami Pana Boga w tym Jego dziele, nadal ponoszą winę i będą z tego rozliczeni. Przyklaskiwanie im i dziękowanie jest nieporozumieniem. Dziękujemy, ale Bogu, który, nawet jeśli posłużył się innymi ludźmi, którzy nas zranili, to zrobił to, abyśmy dzięki temu zostali uleczeni z jakiejś duchowej choroby.

Św. Augustyn powiedział: Oto zło Judasza zostało odwrócone na dobro. Jeśli więc Bóg potrafi dobrze wykorzystać złe dzieła samego diabła, to zły posługując się złem samemu sobie szkodzi, ale dobroci Boga nie potrafi przeszkodzić. Bóg jak artysta, i to wielki artysta, potrafi z tego wszystkiego skorzystać.

Nikt dziś jednak nie czyli z Judasza pozytywnego bohatera i nie dziękuje mu za jego zdradę.

Autor: Dorota Porzucek / CC BY-NC-ND 4.0

Fot. VICONA / CC BY-NC-ND 4.0

16 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg