Co łączy Komańczę, Wyszyńskiego, Bobolę i Śluby Jasnogórskie?




30 listopada 2021 r. uczestniczyłam na Bobolówce w uroczystościach z okazji 430. rocznicy urodzin św. Andrzeja Boboli. Ale przyjechałam do Strachociny kilka dni wcześniej, aby w Sanktuarium wziąć też udział w kończącej się Nowennie za Ojczyznę do św. Andrzeja Boboli, i aby pozwiedzać trochę okolice.


Jako że w tej części Polski zwiedziłam już wcześniej dość dużo różnych miejsc, wodząc przysłowiowym palcem po mapie, zastanawiałam się, gdzie mogłabym jeszcze pojechać. I nagle mogą uwagę przykuła Komańcza. Coś mi ta nazwa mówiła. Sprawdziłam ‒ to tam, w Klasztorze Sióstr Nazaretanek, od 29 października 1955 r. do 28 października 1956 r. internowany był Prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński. W Komańczy powstały teksty Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego i Wielkiej Nowenny Tysiąclecia, przygotowujące Polskę do obchodów 1000-lecia chrztu w 1966 roku. Bardzo się ucieszyłam, że znalazłam to miejsce! Od Strachociny to tylko 40 km. Miała to być dobra okazja nie tylko do ciekawej wycieczki, ale też do bliższego poznania Kardynała, z którym nie byłam jeszcze bardzo zaprzyjaźniona, ale którego podziwiałam za miłość do Maryi i do Polski. I tylko tyle. Wtedy jeszcze w ogóle nie łączyłam św. Andrzeja i kard. Wyszyńskiego.


Do Komańczy dotarłam w niedzielę 28 listopada, choć pogoda była mało sprzyjająca wycieczkom. Potem okazało się, że dzień 28 każdego miesiąca (dzień śmierci Prymasa), to dzień wyjątkowy w klasztorze, o czym nie wiedziałam. Był to zawsze dzień szczególnej modlitwy o beatyfikację kard. Wyszyńskiego i odprawiana była Eucharystia za wszystkich nawiedzających to miejsce. Wspaniale!



Zaczęłam od zwiedzenia izby pamięci, gdzie mogłam obejrzeć pamiątki po Prymasie Tysiąclecia. Jest tam m.in. stolik, wiklinowy fotel, szafka nocna, lampa naftowa oraz używane przez niego szaty liturgiczne – ornat, sutanna, biret i piuska kardynalska. Jest też kostur podróżny, nieodłączny towarzysz jego wędrówek po okolicznych lasach.



Tuż obok, na parterze, znajduje się kaplica, gdzie podczas internowania Prymas Polski sprawował Najświętszą Ofiarę. 30 października 1955 r. zanotował w Zapiskach więziennych:

“Msza święta przy „normalnym” ołtarzu, z prawdziwym portatylem, wśród normalnych ludzi…”.

Mogłam też wejść na „chórek prymasowski” ‒ ulubione miejsce modlitwy Księdza Prymasa. Tutaj całymi godzinami, zwłaszcza rankiem i wieczorem oraz podczas nabożeństw odprawianych przez księdza proboszcza i kapelana klasztoru – Prymas trwał na modlitwie. Siostra wskazała mi też drzwi pokoju, gdzie mieszkał, jednak nie było można wejść do środka.



Potem przespacerowałam się po leśnych ścieżkach, które podczas pobytu w Komańczy, z kosturem i różańcem w ręku, codziennie przemierzał Kardynał. Trafiłam też na jego ulubione miejsce wędrówek ‒ pod figurę Matki Bożej Leśnej.



Chodząc tak i trochę medytując, cały czas miałam z tyłu głowy Andrzeja Bobolę, myślałam o uroczystościach, które miały się odbyć za dwa dni. Zaczęłam zastanawiać się, czy kard. Wyszyński znał św. Andrzeja? Na pewno znał jako świętego, ale czy miał do niego jakieś szczególne nabożeństwo? To mnie nagle zaczęło bardzo nurtować. Nawet pytałam o to jedną siostrę, ale nie potrafiła powiedzieć.


Po powrocie na kwaterę te myśli jeszcze się nasiliły. I nagle ‒ eureka! Przecież jak głosi tradycja, to św. Andrzej Bobola miał napisać treść Ślubów Lwowskich, a w ich trzechsetlecie, w pobliżu miejsca urodzenia św. Andrzeja (Kardynał nie mógł jeszcze wtedy o tym wiedzieć), Prymas Polski pisze tekst, który jest odnowieniem ślubów króla Jana Kazimierza z 1656 r. Niemożliwe, aby to mogło być obojętne św. Andrzejowi! Czyżby tak jak 300 lat temu bardzo dyskretnie „złożył swój podpis” pod Ślubami Lwowskimi (dyskretnie, bo nie jest to potwierdzony fakt historyczny, ale bardzo wiele przesłanek na to wskazuje), również teraz subtelnie udzielił natchnień Kardynałowi, aby ten napisał Śluby oraz Wielką Nowennę ‒ cały ten program religijnej i moralnej odnowy Narodu, który uczyniłby Polskę rzeczywistym Królestwem Maryi?



I znowu ‒ udział św. Andrzeja Boboli jest subtelny, jakby ukryty, bo Kardynał przyznał, że pomysł zrodził się pod wpływem powieści Potop Henryka Sienkiewicza. A potem, gdy go przewożono z innego miejsca uwięzienia – z Prudnika na południowy wschód Polski do Komańczy – miał świadomość, że jedzie tym samym szlakiem, którym przed 300 laty jechał do Lwowa król Jan Kazimierz z Prymasem Leszczyńskim, aby tam złożyć swe Królewskie Śluby (1 kwietnia 1656 r.) i ogłosić Maryję, Matkę Chrystusa, Królową Polski.

Czytając „Potop” Sienkiewicza, uświadomiłem sobie właśnie w Prudniku, że trzeba pomyśleć o tej wielkiej dacie. Byłem przecież więziony tak blisko miejsca, gdzie król Jan Kazimierz i prymas Leszczyński radzili, jak ratować Polskę z odmętów. Pojechali obydwaj na południowy wschód, do Lwowa: drogę torowali im górale, jak to pięknie opisuje Henryk Sienkiewicz. Gdy z kolei i mnie przewieziono tym samym niemal szlakiem, z Prudnika na południowy wschód, do czwartego miejsca mego odosobnienia, w góry, jechałem z myślą: musi powstać akt Ślubowań odnowionych!

Szukałam z napięciem dalej, przeszukując Internet. I w końcu trafiłam na ostatecznie potwierdzenie, które spowodowało szybsze bicie mojego serca. Na pewno znawcy tematu to wiedzą, ale dla mnie było to odkrycie ‒ pod tekstem Ślubów Jasnogórskich, które Prymas Wyszyński napisał w ciągu jednego dnia przebywając w Komańczy, widnieje data 16 maja, czyli dzień wspomnienia św. Andrzeja Boboli!




Na koniec, jakby tego było mało, będąc już zupełnie przekonana o tym, że św. Andrzej musiał mieć tu swój udział, znalazłam artykuł ks. Józefa Niżnika z 2006 r.: „Związek św. Andrzeja Boboli ze Ślubami Jasnogórskimi”, w którym ksiądz prałat pisze m.in.:


Komańcza jest znaną miejscowością w Bieszczadach. W tej miejscowości znajduje się klasztor Sióstr Nazaretanek, w którym przebywał jako więzień, Stefan kard. Wyszyński. Tutaj napisał on słynne Śluby Jasnogórskie i tutaj także powstał program duszpasterski, zwany Wielką Nowenną Narodu dla Kościoła w Polsce. (...)
Kard. Wyszyński za słynne „non possumus” zostaje uwięziony. Opatrzność Boża sprawia, że ostatnim miejscem „uwięzienia” jest miejscowość oddalona kilkadziesiąt kilometrów od Strachociny. I to w dniu św. Andrzeja Boboli, 16 maja wczesnym rankiem, Prymas Wyszyński pisze słynne Śluby Jasnogórskie. (…)
Św. Andrzej jest jakby w cieniu tego, co stało się w Komańczy. Jednak trzeba wziąć pod uwagę fakt, że Święty podczas pracy duszpasterskiej prowadził ludzi do Maryi i zakładając Sodalicję Mariańską łączył ludzi z Matką Bożą. Ona w życiu św. Andrzeja Boboli była szczególnie czczona, gdyż w latach nowicjatu Jej się zawierzył i jak sam przez swoje życie wyznawał, Ona ocaliła jego powołanie zakonne. Dlatego w duchu wdzięczności, innym ludziom wskazywał na Maryję, która spełnia niezastąpioną rolę w jednoczeniu ludzi z Bogiem. W świetle tego, tym bardziej możemy przypuszczać, że w tym, co się stało w Komańczy swój udział ma św. Andrzej.


Następnego dnia około południa pojechałam najpierw do Sanktuarium, a potem na Bobolówkę. W nocy spadł pierwszy śnieg w tamtym roku, bardzo mokry. Zimne i wilgotne powietrze przenikało mnie do szpiku kości. Zrobiłam trochę zdjęć – m.in. figurze Kardynała, która znajduje się na Bobolówce – a potem usiadłam w kaplicy i modliłam się. Byłam sama, nie licząc kilku mężczyzn robiących chyba ostatnie przygotowania przed mającą się odbyć następnego dnia uroczystością. Akurat montowali jakąś figurkę pod stropem kaplicy. Był też jeden starszy od nich mężczyzna w czapce, który wszystkiego doglądał. Dopiero po chwili go rozpoznałam, to był ks. Niżnik. "Pani Honorata?" ‒ zapytał, gdy też mnie zauważył. "Dorota" ‒ poprawiłam, uśmiechając się pod nosem, bo to przekręcenie imienia w jego wydaniu było nawet urocze. Zaraz też podzieliłam się z księdzem moimi „odkryciami” na temat związków św. Andrzeja i kard. Wyszyńskiego i powiedziałam, że natrafiłam też na jego artykuł na ten temat. Wszystko potwierdził.


Oddałam całą sprawę św. Andrzejowi, dziękując, że mnie zaprowadził do Komańczy. Zrozumiałam, że nie był to przypadek, że tam akurat zapragnęłam pojechać i to przy okazji pobytu w Strachocinie.




Autor: Dorota Porzucek

Fot. VICONA