Cierpienia oczyszczające duszę. Noc ciemna

Kiedy czytamy opisy typów udręk oraz głębi oczyszczenia opisywanych przez św. Jana od Krzyża i innych mistyków, to warto pamiętać, że musimy je przejść, by móc w pełni zjednoczyć się z Bogiem, że to oczyszczenie nie jest nieobowiązkowe. Jest konieczne. Nie jest to kwestia „jeśli”, ale „kiedy”. Gdy do tego oczyszczenia nie dojdzie w tym życiu, to będzie musiało do niego dojść w czyśćcu, jeśli mamy mieć możliwość oglądania Boga. Powinniśmy także pamiętać, że im szybciej dojdzie do tego oczyszczenia, tym lepiej dla nas i dla każdego innego człowieka w naszym życiu. Korzeń całego naszego nieszczęścia tkwi w grzechu i jego skutkach. Im wcześniej zostaniemy uwolnieni od zniekształceń i okaleczeń grzechu, tym szybciej doświadczymy pełniejszej radości i wolności jako synowie i córki Boga oraz tym większym będziemy błogosławieństwem dla innych.

Św. Jan mówi: Oczyszczenie to bowiem jest takie samo; przez które musiałyby [dusze] przechodzić w otchłani. Stąd też dusza, która przeszła to cierpienie, albo do tego miejsca nie pójdzie, albo zatrzyma się tam bardzo krótko, gdyż większą ma wartość jedna godzina cierpienia w tym życiu, niż wiele godzin w przyszłym.

Poniższy tekst jest częścią cyklu artykułów traktujących o oczyszczających cierpieniach dotykających duszę. Linki do pozostałych części znajdują się na dole strony.



Ciemna noc ducha: działanie Boga


Nawet jeśli początkowe oczyszczenie (noc zmysłów), opisane przez św. Jana, św. Katarzynę, św. Franciszka i św. Teresę z Avila, wydaje się wszechstronne, to w istocie takie nie jest. Chociaż noc zmysłów wywołuje rozsądne uporządkowanie naszych żądz, to jednak nie może wyrwać z nas najgłębszych korzeni naszych grzesznych nawyków.


(...) najlepsze oczyszczenie zmysłów dokonuje się wtedy, gdy zaczyna się naprawdę oczyszczenie ducha. Toteż noc zmysłów powinno się określić raczej jako uporządkowanie i opanowanie pożądań niż jako oczyszczenie. Przyczyna tkwi w tym, że wszystkie niedoskonałości i wszelki nieład części zmysłowej mają korzenie i siłę w duchu. Tam mają oparcie wszystkie nawyki, zarówno dobre, jak i złe. Dopóki więc te korzenie nie będą oczyszczone, nie może być mowy o doskonałym oczyszczeniu zmysłów z buntów i zgubnych właściwości.

Jednakże dusza może trwać latami w tym względnie stabilnym, spokojnym stanie, korzystając w pewnej mierze z modlitwy kontemplacyjnej, ze stabilnej cnoty i zaangażowania w posługę, doświadczając oczyszczenia, jednak z przerwami – ale nie przeżywa niczego nieprzerwanego i trwałego. Ci, którzy znajdują się na tej „drodze oświecenia” – albo etapie zaawansowanym – są określani przez św. Jana jako „postępujący”. Dusza wie, choć być może w sposób intuicyjny, że konieczne są oczyszczenia na głębszym poziomie i że nie uporano się jeszcze ze wszystkim, z czym należało się uporać.


Duszę, którą Bóg chce podnieść wyżej, Jego Majestat wprowadza w tę noc ducha nie zaraz po przejściu oschłości i trudów pierwszego oczyszczenia i nocy zmysłów. Upływa nieraz dłuższy czas, nawet całe lata, w których dusza, wyszedłszy ze stanu początkujących, ćwiczy się w stanie postępujących. W tym stanie postępuje w rzeczach Bożych z o wiele większą swobodą i zadowoleniem, podobnie jak ten, co wyszedł z ciasnego więzienia na wolność. Doznaje też rozkoszy wewnętrznej o wiele większej niż w początkach, zanim jeszcze weszła w tę noc. Nie mając już wyobraźni i władz skrępowanych rozważaniem dyskursywnym i trudnościami duchowymi, znajduje zaraz i z wielką łatwością bardzo pogodną i miłosną kontemplację w swym duchu, oraz smak duchowy bez wysiłku rozważań.
Ponieważ jednak oczyszczenie duszy nie jest jeszcze dostateczne, często nie brak jej pewnych doświadczeń, oschłości, ciemności i przykrości. (W dotychczasowym oczyszczeniu duszy brak jeszcze głównej części, czyli oczyszczenia ducha. [...]). Bywają one czasem gwałtowniejsze niż tamte poprzednie, gdyż są niejako poprzednikami i zwiastunami przyszłej nocy ducha. Nie trwają jednak tak długo jak sama noc ducha. Przechodzi chwila dłuższa lub krótsza, lub kilka dni wśród tej nocy i burzy, a znowu powraca zwykła pogoda.

Początkowe oczyszczenie, jak mówi św. Jan, przypomina odcięcie góry chwastu, ale pozostaje wciąż korzeń. Nowa plama zostaje starta, ale zostają starsze plamy, znajdujące się pod spodem. Potrzebne jest głębsze oczyszczenie – takie, które jest w stanie wyplenić korzenie grzechu i zmazać także stare, uporczywe plamy. Na jeszcze głębszym poziomie jakakolwiek apatia ducha albo rozproszenie musi ulec przemianie w uwagę ducha.


Do habitualnych (niedoskonałości) należą uczuciowe przywiązania i niedoskonałe nawyki, które jak korzenie pozostały w duchu, gdzie nie mogło jeszcze dojść do oczyszczenia zmysłów. Pomiędzy obydwoma oczyszczeniami taka zachodzi różnica, jak między wycięciem korzenia a odcięciem gałązki, lub usunięciem świeżej plamy a usunięciem plamy dawnej i zastarzałej. (...)
Jest u nich jeszcze również habitudo mentis i naturalna szorstkość, jaką każdy człowiek zaciąga z grzechem, jak również roztargnienie i rozproszenie ducha, które mogą być oświecone, rozjaśnione i skupione przez cierpienia i przykrości tej nocy. (...) Znikają one całkowicie, jak mówiliśmy, dopiero w stanie doskonałego zjednoczenia przez miłość.

Św. Jan zaznacza, że nawet jeśli usiłujemy nie przywiązywać się do duchowych błogosławieństw, jakie możemy otrzymywać, istnieje wielka pokusa, której wiele dusz ulega, kiedy zwiedzie je diabeł, pokusa sprawiająca, że „stają się tak zuchwałe w stosunku do Boga, iż tracą świętą bojaźń (...). Tu szatan zwykł napełniać je pychą i zarozumiałością, (...) próżnością i zuchwałością".


Jak dokonuje się to głębsze oczyszczenie? Bardzo podobnie jak początkowe oczyszczenie, ale w głębszej i bardziej intensywnej formie. Sam stan upadku świata, ciała i diabła zostają zamienione w środki pociągające nas do głębszego zjednoczenia z Bogiem. A sam Bóg działa w duszy bezpośrednio.


Jak już poprzednio zauważyliśmy: „przez wiele ucisków trzeba nam wejść do królestwa Bożego" (Dz 14,22). Jest to podstawowa zasada biblijna. Ziarno pszenicy musi wpaść w ziemię i obumrzeć, by wydać plon (por. J 12,24).


Trudy zaś, jakie ponoszą ci, którzy pragną dojść do tego stanu [zjednoczenia przemieniającego], są potrójne: utrapienia, smutki, lęki i pokusy ze strony świata i to na wiele sposobów. Pokusy, oschłości i utrapienia od części zmysłowej, a udręki, mroki, przykrości, osamotnienia, pokusy i inne utrapienia od części duchowej.

Kiedy czytamy opisy tych typów udręk oraz głębi oczyszczenia, to warto pamiętać, że musimy je przejść, by móc w pełni zjednoczyć się z Bogiem, że to oczyszczenie nie jest nieobowiązkowe. Jest konieczne. Nie jest to kwestia „jeśli”, ale „kiedy". Gdy do tego oczyszczenia nie dojdzie w tym życiu, to będzie musiało do niego dojść w czyśćcu, jeśli mamy mieć możliwość oglądania Boga. Powinniśmy także pamiętać, że im szybciej dojdzie do tego oczyszczenia, tym lepiej – dla nas i dla każdego innego człowieka w naszym życiu. Korzeń całego naszego nieszczęścia tkwi w grzechu i jego skutkach. Im wcześniej zostaniemy uwolnieni od zniekształceń i okaleczeń grzechu, tym szybciej doświadczymy pełniejszej radości i wolności jako synowie i córki Boga oraz tym większym będziemy błogosławieństwem dla innych.


Jak dla zjednoczenia z Bogiem w wiecznej chwale dusze niedostatecznie czyste przechodzą przez męki ognia na tamtym świecie, tak dla zjednoczenia się w doskonałości w tym życiu muszą przejść przez ogień wspomnianych utrapień. Ogień ten jednych silniej, drugich słabiej pali, u jednych przez czas dłuższy, u drugich krótszy, stosownie do stopnia zjednoczenia, do którego ich Bóg chce podnieść i odpowiednio do tego, ile w nich pozostaje niedoskonałości do oczyszczenia.

Ogień jest ważnym obrazem oczyszczającego działania Ducha Bożego, zarówno w Piśmie Świętym, jak i pismach mistyków.


Św. Jan wyjaśnia, jak ta analogia odnosi się do oczyszczenia duszy.


Podobnie działa ów boski ogień miłości w kontemplacji. Zanim zjednoczy i przemieni duszę w siebie, musi najpierw usunąć wszystkie przypadłości sobie przeciwne. Wyrzuca zatem z duszy jej niedoskonałości, czyni ją czarną i ciemną, iż wydaje się gorsza, brzydsza i wstrętniejsza, niż była przedtem. To boskie oczyszczenie usuwa wszystkie złe i zgubne nawyki, których dusza przedtem nie widziała, gdyż były one w nią wkorzenione i zbyt zastarzałe. Nie zdawała sobie ona po prostu sprawy, ile miała w sobie zła. Teraz zaś, celem wydobycia ich na zewnątrz i wyniszczenia, stawia je wszystkie przed jej oczyma to ciemne światło boskiej kontemplacji, a dusza oświecona nim widzi je wszystkie jasno. Oczywiście dusza nie jest przez to mniej doskonała ani sama w sobie, ani przed Bogiem. Widząc w sobie to, czego przedtem nie widziała, czuje się tak nędzną, iż sądzi, że nie tylko nie zasługuje na to, by Bóg na nią wejrzał, lecz godna jest wzgardy i za taką się uważa.

Św. Bernard mówi o tym, co ten oczyszczający ogień Ducha Bożego wywołuje w duszy.


Ponadto, kiedy ten ogień pochłonie już każdą plamę grzechu i rdzę złych nawyków, kiedy sumienie zostanie oczyszczone i uspokojone, wówczas następuje natychmiastowe i niezwykłe poszerzenie umysłu, wlanie światła, które oświetla rozum, by zrozumiał Pismo Święte oraz pojął tajemnice to pierwsze dla naszego zadowolenia, to drugie dla pouczenia naszych bliźnich, a wszystko to bez wątpienia oznacza, że Jego oko cię widzi, pielęgnując, niczym światło, twoją prawość, a niczym światło południa twoją uczciwość.

Przyjrzyjmy się teraz naturze oczyszczającego cierpienia tej „nocy ciemnej” i wspaniałym owocom, jakie ono przynosi.


Cierpienia oczyszczające


Przede wszystkim musimy powiedzieć, iż rzeczywistość „nocy ciemnej” albo głębszego oczyszczenia nie jest wynalazkiem św. Jana od Krzyża. Jest to obserwacja i odkrycie działania Boga w duszy, o którym to działaniu wielu świętych opowiada używając bogactwa rozmaitych terminologii. Jest to rzeczywistość, o której bezpośrednio mówi się w Piśmie Świętym – jak już widzieliśmy i jak jeszcze zobaczymy – którą święci byli w stanie opisać w pewnych szczegółach dzięki swojemu doświadczeniu i darowi nauczania, jaki Bóg dał niektórym z nich, w szczególności doktorom Kościoła, na których tutaj się koncentrujemy.


Wielu świętych, szczególnie św. Jan od Krzyża, stara się wprost nawiązać swoją nauką do Biblii.


Mówiąc o tym głębszym oczyszczeniu, które nazywa „nocą ciemną", św. Jan stwierdza: „Tak wielkie i bolesne są udręki w tej nocy i tyle cytatów z Pisma Świętego można by odnośnie do nich przytoczyć, że nie starczyłoby czasu i sił do ich opisywania". Hiszpański mistyk przeanalizował ten proces oczyszczenia, zaproponował też techniczny i poetycki język do jego opisu, być może lepiej niż ktokolwiek inny, ale istnieją wielorakie świadectwa rzeczywistości i konieczności tego oczyszczenia, nad którym pochylimy się, kontynuując nasze rozważania. Św. Teresa z Avila klasyfikuje cierpienia tego głębszego oczyszczenia – ciemną noc duszy – jako utrapienia zewnętrzne i wewnętrzne. Uczy ona, że gdy zbliżamy się coraz bardziej do Boga, On sposobi duszę do głębszego zjednoczenia, przyspieszając proces tego przygotowania zarówno poprzez dary i łaski, rany miłości – które analizowaliśmy w poprzednim rozdziale, jak również poprzez udręki wszelkiego rodzaju.


Utrapienia zewnętrzne


Św. Teresa z Avila wymienia kilka zewnętrznych utrapień, które przeszła: ostry, osądzający krytycyzm innych, pochwały, złe rady i brak zrozumienia ze strony niezdecydowanych i niedoświadczonych spowiedników, odrzucenie ze strony przyjaciół oraz cierpienia chorób cielesnych. Podobnie św. Paweł Apostoł przytacza długą listę cierpień, które go wypróbowały i oczyściły: utrapienia, ciężkie doświadczenia, ucisk, bicie, więzienie, rozruchy, trudy, czuwania, posty, pohańbienie i zniesławienie (por. 2 Kor 6,4-10).


„Noc ciemna" może być doświadczeniem sporadycznym albo trwającym przez dłuższe okresy czasu i na różnych poziomach intensywności. Św. Teresa z Lisieux mówi o bólu, którym było czekanie trzy dni na zgodę jej wuja na wstąpienie do zakonu, jako o „głębokiej nocy duszy". Głębokie cierpienie związane z pogarszaniem się stanu psychicznego jej ojca, które trwało trzy lata, było jeszcze głębszą i dłużej trwającą „nocą ciemną". Mówi ona o nieznośnym bólu, gdy ogromnemu smutkowi w jej sercu wkrótce zaczęła towarzyszyć przenikliwa oschłość duszy. Jednak mimo bólu tych doświadczeń nie zamieniłaby ona ich na nic innego na świecie. Znała wartość cierpienia. W czasie przyjęcia tego tajemniczego krzyża cierpienia św. Teresa wiedziała, że ona i jej siostry „leciały" ku Bogu. Najgłębsza noc ze wszystkich miała dopiero nadejść w ciągu ostatniego półtora roku jej życia, kiedy cierpiąc z powodu gruźlicy doświadczyła ostrych i długotrwałych pokus, by porzucić samą wiarę. Wkrótce dowiemy się o tym więcej.


Św. Teresa z Avila zauważa, że choroby cielesne, kiedy ból jest ostry, są największymi z zewnętrznych utrapień, gdyż cierpienia ciała „tak gnębią duszę, że nie wie sama, co z sobą zrobić. (...) Wprawdzie w tej najostrzejszej, krańcowej swojej formie trwają one niedługo". Celem tych, mogłoby się wydawać przytłaczająco niemożliwych do zniesienia cierpień, jest oczyszczenie i doprowadzenie nas do głębszej ufności Bogu oraz poddanie się Jego woli – uczynienie nadprzyrodzonymi naszych nadziei i marzeń.


Św. Paweł wspomina o swoich własnych ciężkich doświadczeniach w Azji:


(...) ponad siły byliśmy doświadczani, tak iż zwątpiliśmy, czy uda się nam wyjść cało z życiem. Lecz właśnie w samym sobie znaleźliśmy wyrok śmierci: aby nie ufać sobie samemu, lecz Bogu, który wskrzesza umarłych (2 Kor 1,8-9).

Autorka Twierdzy wewnętrznej jak zwykle dodaje nam otuchy i przypomina, że „Bóg też nie da człowiekowi cierpieć więcej nad to, co może, i w swojej boskiej dobroci użycza mu najpierw łaski cierpliwości" (por. 1 Kor 10,13). Sama wyznaje, że odkąd pierwszy raz zaczęła doświadczać początkowych poruszeń modlitwy zjednoczenia, gdy miała tylko dwadzieścia dwa lata i była zaledwie kilka lat w klasztorze (a miała około sześćdziesięciu dwóch lat, kiedy to napisała), nie przeżyła dnia bez jakiegoś rodzaju cielesnej choroby i innych utrapień wszelkiego rodzaju. Twierdzi, że to z powodu jej własnej nędzy i faktu, że zasługuje na piekło, natomiast inni, którzy nie obrazili Pana tak bardzo, mogą być prowadzeni innymi ścieżkami.


Chociaż utrapienia zewnętrzne mogą być srogie, szczególnie w przypadku poważnej choroby, zarówno św. Teresa, jak i św. Jan wyjaśniają, że wewnętrzne utrapienia tego głębszego oczyszczenia są jeszcze trudniejsze.

Utrapienia wewnętrzne


Najpoważniejsze z wewnętrznych utrapień dotyczy cierpienia, które związane jest z uczuciem, że być może zostało się porzuconym przez Boga albo poważnie zboczyło z właściwego szlaku. Czasami brak uczucia podczas modlitwy oraz w całej relacji z Bogiem (oschłość), powiązany z pokusami diabła, może wywołać piekielne, dręczące doświadczenie porzucenia i niemal beznadziejnego potępienia.


Św. Teresa wyjaśnia, że podobnie jak w przypadku Hioba, Pan czasami dopuszcza, by diabeł sprawdził duszę nawet do takiego stopnia, że myśli ona, iż Bóg ją porzucił. W czasie tych głębokich wewnętrznych utrapień – wyjaśnia hiszpańska mistyczka – obecność łaski jest tak ukryta, że nie widać nawet jej drobnej iskierki.


A łaska (...) tak głęboko gdzieś jest w niej ukryta, że [dusza] nie czuje w sobie ani jednej iskierki miłości Bożej. Jeśli kiedy uczyniła co dobrego albo jakiej z miłosierdzia Boga dostąpiła łaski, wszystko to teraz wydaje się jakby tylko snem i urojeniem; grzechy tylko swoje widzi z pewnością, że je popełniła.

Nic nie przynosi zadowolenia w takich chwilach. Samotność jest nieznośna, ale również i przebywanie z innymi ludźmi. Wszelkiego rodzaju modlitwy, ustne i myślne, wydają się być puste i bezużyteczne. A jeśli nawet dusza usiłuje zachować pozytywne nastawienie w tym czasie, okazuje się, że jest to niemożliwe do wykonania i „nieuleczony nosi w sobie niesmak i ciężkość, które i na zewnątrz bardzo wyraźnie się objawiają". Oprócz tego cierpi jeszcze dodatkowe upokorzenie, bo każdy widzi, jak jest przygnębiona.


W tej sytuacji nic nie wydaje się być w stanie ulżyć duszy w jej bólu. Nawet jeśli kierownik duchowy umiałby wyjaśnić, czego ona doświadcza i dlaczego, tłumacząc jej, czym jest „noc ciemna" i jak w końcu zostanie ona usunięta – prawdopodobnie nie bardzo by to jej pomogło. Powód jest taki, że to utrapienie „pochodzi (...) z nadziemskiego źródła i żadna rzecz ziemska nic na to nie poradzi. Chce ten wielki Bóg przywieść nas tą drogą do uznania nieograniczonej nad nami Jego władzy i naszej własnej nędzy. A podwójne to uznanie bardzo nam potrzebne jest do tego, co Pan dalej w nas zdziałać zamierza".


Św. Teresa wyjaśnia, że ponieważ jest to działanie Boże, nic nie może usunąć tego utrapienia, ale dobrym sposobem zniesienia go jest „zajęcie się uczynkami miłosiernymi i ufanie w miłosierdzie Boga, który nigdy nie opuszcza tych, co w Nim nadzieję swą pokładają". Hiszpańska mistyczka jasno stwierdza, że „żadnej (...) nie ma rady, tylko czekać zmiłowania Bożego".


Przyczyna ogromu tego cierpienia jest taka, że dane nam jest poznać na dużo głębszym poziomie swojej niezdolności do zjednoczenia z Bogiem i niezbędnej potrzeby Jego łaski i miłosierdzia, jeśli mamy być w stanie kochać Go i iść za Nim. A wówczas, gdy ta faza przygotowania zostanie wypełniona, „kiedy dusza najmniej się tego spodziewa, jednym swoim słowem lub jakim zewnętrznym, jakby przypadkiem" Bóg sprawi, że ta wielka udręka się skończy. Dusza wyłoni się w głębokiej pokorze i z wielką radością, zadowoleniem, oddając cześć i dziękczynienie, gotowa, by wejść do mieszkania siódmego.


Św. Jan od Krzyża wyjaśnia, że to, co przechodzimy, nie jest tylko utrapieniem, cierpieniem albo pokusą, ale faktycznym działaniem Boga głęboko w duszy. Wyjaśnia on, że w tej biernej nocy ducha Bóg wlewa czyste światło i miłość w duszę („ciemna kontemplacja"). Tego, co samo z siebie jest wyłącznie zachwycające, w naszym upadłym stanie doświadczamy jako czegoś bolesnego i przygnębiającego, tylko z powodu naszych ograniczeń i grzeszności.


Czyny i zachowanie się względem Boga tych dusz postępujących, przed przejściem przez noc ducha, są jeszcze bardzo nieudolne i zbyt naturalne. (...) Teraz zaś Pan Bóg, pragnąc rzeczywiście zdjąć z nich starego człowieka, a przyoblec w nowego, który wedle Boga stworzony jest w nowości zmysłów, jak mówi Apostoł (por. Ef 4,22-24; Kol 3,9-10), ogałaca ich władze, odczucia i uczucia zarówno duchowe, jak i zmysłowe, zewnętrzne i wewnętrzne. Pozostawia umysł w ciemności, wolę w oschłości, pamięć w próżni, a uczucia duszy w największym utrapieniu, goryczy i przykrości. Pozbawia ją odczucia i smaku, jaki przedtem miała z dóbr duchowych. (...)
Dzieła tego dokonuje Pan w duszy za pośrednictwem czystej i ciemnej kontemplacji (...).

Św. Jan chętnie, jak zawsze, pokazuje biblijne fundamenty tego, czego naucza. Usiłuje on „wydobyć" gęste pokłady znaczeń zawarte w tym, co Pismo Święte opisuje w zwięźlejszej terminologii. Oprócz fragmentów Nowego Testamentu, mówiących o całkowitej przemianie, które św. Jan często cytuje, dostrzega on tę samą „bierną noc ducha" w przenikliwych udrękach i utrapieniach, które przeszły wielkie postaci Starego Testamentu. W tym sensie często przytacza doświadczenie Hioba, Jonasza, Dawida, Józefa, Abrahama i Jeremiasza, jako rzucające światło na to, co w swoim poetyckim języku nazywa „nocą ciemną".


Hiob jest oczywiście niemal prototypem ciemnej nocy oczyszczenia. Św. Jan pokazuje, że Hiob, oprócz doświadczenia porzucenia przez Boga, odczuwał także brak zrozumienia i odrzucenie ze strony ludzi mu bliskich, gdyż człowiek w takim położeniu „podobne opuszczenie i wzgardę odczuwa ze strony wszystkich stworzeń, a szczególnie przyjaciół".


Podobnie jak historia Hioba, również Psalm 88 dostarcza uderzającego opisu wielu elementów nocy ciemnej. Mówi on o widocznym porzuceniu przez Boga, odrzuceniu przez przyjaciół, cierpieniu duszy i ciała, mroku zrozumienia, pokusach przeciwko wierze i zaufaniu. Słusznie można nazywać go „psalmem nocy ciemnej".


A jak wymowne dla tego oczyszczenia są słowa proroka Malachiasza:


Albowiem On jest jak ogień złotnika i jak ług farbiarzy. Usiądzie więc, jakby miał przetapiać i oczyszczać srebro, i oczyści synów Lewiego, i przecedzi ich jak złoto i srebro, a wtedy będą składać Panu ofiary sprawiedliwe (M1 3,2-3).

Ten motyw przemożnego nieszczęścia i doświadczanej nieobecności Boga pojawia się w wielu fragmentach Pisma Świętego, w szczególności w przywołaniu przez Jezusa Psalmu 22 w trakcie Jego agonii na krzyżu. Nieważne, jak głęboka może wydawać się ciemność i agonia, rozpacz nigdy nie wygrywa; wiara i ufność pośród ciemności pozostają jedynym światłem i ostatecznie prowadzą do chwały Zmartwychwstania i wizji uszczęśliwiającej. Jezus nas prowadzi, a my musimy tylko iść za Nim przez ciemność.


Noc ciemna wzywa nas w najgłębszej części naszej istoty do głębszej i czystszej wiary, nadziei i miłości. W nocy ciemnej Bóg daje nam łaskę, by wierzyć (por. Ps 116,10), nawet gdy jesteśmy doświadczani. Prowadzi nas z miłością po naszej drodze, nawet jeśli nie dostrzegamy Jego obecności. Nawet jeśli jesteśmy w ciemności, nie mamy się na niej skupiać, jak być może niektóre niechrześcijańskie formy medytacji mogą sugerować, ale musimy skupić się na Jezusie, „który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala” (Hbr 12,2). Jeśli to zrobimy, ciemność w końcu zamieni się w strumienie światła.


Chociaż „postępujemy naprzód w płaczu", to „z powrotem przyjdziemy wśród radości” z powodu owocności, która zostaje objawiona, gdy trwamy w wierze, nadziei i miłości (Ps 126,6).


Św. Jan od Krzyża wyraźnie daje do zrozumienia, że wszystko, co pochodzi od Boga jest dobre; tę „ciemną kontemplację", która przychodzi do duszy, doświadczamy jako bolesną tylko z powodu naszego nieczystego, nieprzemienionego stanu.


Udręczenie duszy z powodu jej nieczystości jest bardzo wielkie, gdy ją to światło Boże zalewa. Jasna światłość przenika ją bowiem w tym celu, by usunąć wszystkie jej nieczystości. Zatem dusza czuje się tak zabrudzona i nędzna, iż sądzi, że Bóg ją odrzucił i że ona we wszystkim sprzeciwia się Bogu. (...) Z pomocą jasnego światła, a równocześnie w ciemności, poznaje dusza swoją nieczystość i widzi wyraziście, że jest niegodna Boga, jak również żadnego stworzenia. Najboleśniejszym zaś zmartwieniem jest to, iż się jej zdaje, że nie dźwignie się nigdy i że wszelkie jej dobra już się skończyły. (...) To ciemne boskie światło ukazuje jej naocznie wszystkie te nędze w takim stopniu, iż widzi jasno, że sama z siebie nic uczynić nie może. (...)
Drugą przyczyną zmartwienia duszy jest jej słabość naturalna, moralna i duchowa. Ponieważ zaś boska kontemplacja spływa na duszę z pewną gwałtownością, a to dlatego, by ją wzmocnić i opanować, dusza ta, będąc słaba, taką mękę odczuwa, że niemal omdlewa. Zdarza się to zwłaszcza w pewnych okresach, gdy owa kontemplacja udziela się jej ze szczególną mocą. Zmysły i duch czują się wtedy jak gdyby przygniecione jakimś ogromnym ciemnym ciężarem. Męka i konanie są wtedy tak bolesne, że śmierć byłaby ulgą i wyzwoleniem.

Św. Teresa z Avila wspomina, że to pragnienie, by umrzeć i mieć to już za sobą – charakteryzujące tę fazę oczyszczenia – w mieszkaniu siódmym ustępuje przepełnionemu pokojem umiłowaniu woli Bożej. I to do takiego stopnia, że gdyby nawet Bóg chciał, byśmy spędzili kolejne tysiąc lat na ziemi, doświadczając niezwykłych cierpień, wówczas z zachwytem bylibyśmy gotowi tak postąpić z miłości do Niego i Jego woli. W międzyczasie jednakże dusza przechodzi głębokie oczyszczenie i św. Jan obrazowo opisuje uczucia, jakie temu towarzyszą.


Dusza ogołocona z pojmowań i pozbawiona naturalnego oparcia cierpi w niej próżnię, co jest bardzo bolesne dla niej; to tak, jakby komuś wstrzymano powietrze i pozbawiono go oddechu. Nadto doznaje oczyszczenia, które niszczy, opróżnia i niweczy w niej wszystkie przywiązania uczuciowe i niedoskonałe nawyki, jakie zaciągnęła w całym życiu, tak jak ogień wypala zaśniedziałość i rdzę metalu. Ponieważ zaś te niedoskonałości tkwią korzeniami w samej substancji duszy, odczuwa ona wewnętrzne wyniszczenie i męczarnie. (...)
Mówi prorok [Ezechiel], że dla oczyszczenia leżącej na dnie duszy śniedzi odczuć potrzeba, aby ona sama wyniszczyła się niemal i unicestwiła. Tak głęboko bowiem wrosły w nią te namiętności i niedoskonałości.

Ten język i idea „wyniszczenia" są bardzo mocne. Czy jest to „biblijne"? W istocie, biblijnym ekwiwalentem dla tego wyniszczenia byłoby, jak sądzę, „ukrzyżowanie”. W rzeczy samej, zostać „ukrzyżowanym z Chrystusem" oznacza: „świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata" i jest to śmierć radykalna, całkowita i nieodwołalna.


A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami (Ga 5,24).
To wiedzcie, że dla zniszczenia grzesznego ciała dawny nasz człowiek został razem z Nim ukrzyżowany po to, byśmy już więcej nie byli w niewoli grzechu (Rz 6,6).

Czy nie jest to gwałt, o którym Jezus mówi jako wymaganym, by „zdobyć" królestwo niebieskie (por. Mt 11,12)? Św. Wincenty à Paulo wspomina o gwałcie, jaki zadaje rzeźbiarz, odłupując marmur nienależący do pięknej postaci, którą swą sztuką odsłania.


Sama istota bycia chrześcijaninem, wyrażona w liturgii chrztu i liturgii wielkanocnej, mówi o śmierci i ukrzyżowaniu.


Jezus używa obrazu ziarna wpadającego w ziemię i obumierającego (J 12,24). Jest to obraz bardzo zbliżony do obrazu gąsieniczki jedwabnika u św. Teresy z Avila. Wszystko to, co nieczyste, musi odejść. Wszystko poskręcane i skrzywione w wyniku grzechu musi zostać wyprostowane. Wszystko, co kalekie i chore w głębinach naszej duszy, musi zostać uzdrowione, a wszystko to, co pozbawione jest swojego właściwego porządku, musi zostać uporządkowane. Każde przywiązanie, które nie jest przywiązaniem do Pana i w Panu, musi zostać zerwane. Choroba, na którą cierpimy, jest śmiertelna i groźna dla życia; lekarstwo, które uzdrowi tę „chorobę zmierzającą ku śmierci” samo musi być bardzo mocne, by było skuteczne.


To, co musi „umrzeć”, zostać „ukrzyżowane" albo, posługując się językiem św. Jana od Krzyża, „zniszczone", to nie ludzka osobowość czy nawet ciało, ale zniekształcenia, które grzech wywołał w głębi ludzkiej osoby. Musi się to stać, aby każdy z nas ciałem i duchem prawdziwie żył tak, jak zostaliśmy stworzeni. Chodzi o to by naprawdę żyć, zaczynając to życie na tej ziemi i kontynuując je w pełni, kiedy będziemy żyć w zmartwychwstałym ciele. O, błogosławiona śmierci! O, błogosławione ukrzyżowanie! O, błogosławione zniszczenie!


Św. Katarzyna ze Sieny również mówi o intensywności tego oczyszczenia, nie stosując terminologii „nocy ciemnej”. Mówiąc o próbach, pokusach i oschłości w modlitwie, które może napotkać dusza starająca się robić postępy, Bóg Ojciec daje św. Katarzynie odpowiedź na pytanie, które z pewnością wszyscy z nas zadali: dlaczego musimy przechodzić te udręki? Odpowiedź jest zgodna z objaśnieniami podanymi przez św. Teresę z Avila, św. Bernarda i św. Jana.


Dlaczego wystawiam na tyle męki i przygnębienia tę duszę otoczoną tyloma nieprzyjaciółmi? Nie aby uległa i utraciła skarb mej łaski, lecz aby jej dać wyższe pojęcie o mojej Opatrzności, aby zaufała Mi, nie sobie, aby podźwignęła się z niedbałości i gorliwie uciekała się do Mnie, który jestem jej obrońcą. Jestem jej czułym Ojcem, dbam o jej zbawienie, przeto chcę, aby była pokorna i uznała, że nie istnieje dzięki sobie, ale że istnienie i łaski ponad istnieniem zawdzięcza Mnie, który jestem jej życiem. Dusza uczy się poznawać to życie i odkrywać Opatrzność moją w tych walkach poprzez wielkie wyzwolenie. Bo nie każę jej trwać bez przerwy wśród tych prób: przychodzą one i mijają, wedle tego, co uznam za korzystne. Niekiedy duszy zdaje się, że jest w piekle, i nagle, bez żadnego wysiłku, bez żadnego czynu ze swej strony, czuje się uwolniona i ma przedsmak życia wiecznego. Spływa na nią wielka pogoda: Zdaje się duszy, że Bóg rozpalony ogniem miłości woła, gdy rozważa ona moją Opatrzność. Widzi, że uszła wielkiej burzy, bez własnego przyczynienia się. Światło zeszło na nią niespodziewanie, gdy nie myślała o nim, tylko dzięki mej niewymownej miłości, która sama przyszła jej z pomocą w potrzebie, gdy nie miała już sił.

Słyszymy to samo przesłanie: to oczyszczenie jest konieczne dla pogłębienia pokory i poznania naszej całkowitej zależności od Boga. Nie jest ono celem samym w sobie, ale unosi nas na wyższy poziom zjednoczenia z Bogiem. Bóg nie pozwoli na próbę przekraczającą nasze siły, nawet jeśli czasami będzie się nam wydawać, że tak właśnie jest. Wyjawienie naszych słabości, błędów, grzechów oraz porażek w naszych relacjach albo pracy może w całości być środkiem, który Bóg stosuje, by przyciągnąć nas bardziej radykalnie do siebie. Św. Jan od Krzyża również zauważa, że to oczyszczenie różni się pod względem intensywności i nie trwa na zawsze. W zależności od tego, co Bóg uzna za najlepsze w przypadku każdej indywidualnej duszy, może to oczyszczenie zdarzać się sporadycznie, na przemian z pociechami.


W tym stanie Bóg bardzo upokarza duszę, by ją tym wyżej później podnieść. Gdyby Bóg nie kierował tymi uczuciami, zwłaszcza wtedy, gdy się potęgują w duszy, i gdyby ich nie uśmierzał szybko, w niedługim czasie przyprawiłyby ją one o śmierć. Toteż rzadkie są chwile, w których odczuwa się całą gwałtowność tych bolesnych uczuć. Czasem jednak tak przejmują one duszę, iż zdaje się jej, że widzi otchłań otwartą i zgubę. I takie dusze prawdziwie „żywcem zstępują do otchłani” (Ps 54,16) i oczyszczają się męką otchłani.

Św. Jan mówi tutaj o oczyszczającym procesie „czyśćca”, a nie wiecznym potępieniu piekła. Następnie pada to niezwykłe stwierdzenie, którego echo odnajdujemy u wielu świętych, że im więcej oczyszczenia, które można przejść tutaj na ziemi, tym lepiej.


Oczyszczenie to bowiem jest takie samo; przez które musiałyby przechodzić w otchłani. Stąd też dusza, która przeszła to cierpienie, albo do tego miejsca nie pójdzie, albo zatrzyma się tam bardzo krótko, gdyż większą ma wartość jedna godzina cierpienia w tym życiu, niż wiele godzin w przyszłym.

Im szybciej oczyszczenie może się wydarzyć i im bardziej będzie zaawansowane, tym lepiej dla nas i dla wszystkich innych. Jak już poprzednio zauważyliśmy – i jak jeszcze zobaczymy! – im mocniej będziemy oczyszczeni i bardziej dostosowani do woli Bożej i Bożego obrazu, tym będziemy szczęśliwsi i bardziej zdolni naprawdę kochać Boga i każdego innego w naszym życiu oraz przeżywać nasze życie w sposób, który będzie błogosławieństwem dla innych.


Jak wyjaśnia św. Jan, to, czego dana osoba faktycznie doświadczy w tym oczyszczeniu, będzie się znacznie różnić w zależności od tego, jak wiele trzeba będzie oczyścić i do jakiego stopnia zjednoczenia Bóg prowadzi tę osobę. Zarówno św. Teresa z Avila, jak i św. Jan starają się uwzględnić w swoich opisach wszystkie możliwe doświadczenia, a jednocześnie zdają sobie sprawę z tego, że to, czego inna osoba faktycznie doświadczy, będzie się znacząco różnić od ich doświadczeń i że bardzo niewielu, jeśli w ogóle, doświadczy tego wszystkiego, o czym mówią.


Św. Franciszek Salezy także mówi o tym głębokim oczyszczeniu. Opisuje on, jak św. Franciszek z Asyżu przeszedł taki okres natężonego oczyszczenia:


Tenże chwalebny Ojciec sam zresztą doznał tak głębokiego a burzliwego zasmucenia ducha, że nie mógł ani zwalczyć, ani ukryć swojego smutku. Bo kiedy chciał być w towarzystwie swoich zakonników, nie mógł się do tego zmusić, a kiedy się od nich usuwał, jeszcze ciężej robiło mu się na sercu; posty i trapienia ciała nadmiernie go męczyły, a modlitwa wcale go nie rozweselała. I był w tym stanie dwa lata, tak iż wydawało się, że Bóg odstąpił od niego. W końcu jednak, gdy z pokorą wytrzymał tak wielką burzę, Zbawiciel w jednej chwili przywrócił mu szczęsny spokój.

Wniosek, który św. Franciszek Salezy z tego wysnuwa jest taki, że jeśli nawet największy ze świętych musiał przejść takie oczyszczenie, to my również nie powinniśmy być zdumieni, że również pomniejsi słudzy muszą w jakimś stopniu je przechodzić.


Komentując oczyszczenie Hioba i Apostołów, św. Franciszek łączy takie oczyszczenia z wyjątkowymi i tajemniczymi cierpieniami Jezusa:


Boski nasz Zbawiciel znosił niepojęte udręczenia w swoim życiu społecznym. Został skazany jako zbrodniarz za zniewagę Majestatu Bożego i godności ludzkiej, biczowany, wzgardzony i umęczony w sposób niezwykle obelżywy. W życiu fizycznym poniósł śmierć wśród okrutnych męczarni nie do opisania. W życiu duchowym cierpiał smutek, bojaźń, trwogę, udręczenia, opuszczenie i tak wielkie uciski wewnętrzne, że nie ma i nigdy nie będzie podobnych. (...) Podobnie, w morzu cierpień, jakie przytłoczyły Zbawiciela, wszystkie władze Jego duszy były jakby pochłonięte i zatopione w nawałnicy tych utrapień z wyjątkiem najwyższej części ducha, która, wolna od wszelkiego ucisku, jaśniała i błyszczała światłem chwały i szczęścia.

Podobnie jak Jezus w „najwyższej części ducha" zachował doświadczenie wizji uszczęśliwiającej, chociaż wszystko inne było ciemnością, tak, według św. Franciszka, również my, przechodząc przez szczególnie intensywne oczyszczenie, „na szczycie” naszego ducha zachowamy jakieś postrzeganie – chociaż niejasne – powiązania z Bogiem.


Św. Jan od Krzyża zauważa to samo, kiedy mówi o doświadczeniu porzucenia, odczuwanym przez Jezusa na Krzyżu. Mimo że całą swoją istotą doświadczył On osamotnienia ukrzyżowania we wszystkich zmysłowych i duchowych wymiarach, to „wyższa” część Jego duszy pozostawała w pokoju wizji uszczęśliwiającej.


Św. Teresa z Lisieux daje świadectwo tej samej prawdzie:


(...) ostatecznie wszystko było smutne i zaprawione goryczą... Mimo to pokój, nieustanny pokój panował na dnie kielicha...

Ogołocenie, by dostąpić napełnienia


Udręki, pokusy, cierpienia i oczyszczenia nie są celami samymi w sobie. Są one środkami do pozytywnego celu. Przygotowują one nas na zjednoczenie. Są one poszerzaniem możliwości naszej duszy, „abyście – jak mówi św. Paweł – (...) zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą”. (Ef 3,18-19).


Z perspektywy czasu można dostrzec wielką łaskę tego głębszego oczyszczenia. Tak w imieniu duszy mówi św. Jan od Krzyża:


(...) wyszłam z siebie samej, tj. z mojego niskiego sposobu pojmowania, z nieudolnego miłowania, oraz z biednego i niedostatecznego sposobu odczuwania Boga. (...)
Przejście przez tę noc było dla mnie wzniosłą, szczęśliwością. Albowiem przez unicestwienie i uciszenie władz, namiętności pożądań i moich odczuć, którymi nieudolnie odczuwałam i kosztowałam Boga, wyszłam z mojego sposobu obcowania i działania ludzkiego, a weszłam w Boży sposób działania i obcowania. (...) mój rozum wyszedł z siebie, zmieniając się z ludzkiego i naturalnego w boski. Złączywszy się przez owo oczyszczenie z Bogiem, nie rozumuje już swym własnym światłem naturalnym, lecz przez mądrość Bożą, z którą jest zjednoczony.
Moja wola wyszła z siebie, zamieniwszy się w boską, gdyż złączona z boską miłością, już nie miłuję nieudolnie swą własną siłą naturalną, lecz siłą i czystością Ducha Świętego. (...) Również i pamięć została przeobrażona w wieczne pojmowania chwały.
Wreszcie wszystkie siły i uczucia duszy odnawiają się pod wpływem tej nocy i oczyszczenia starego człowieka wśród łagodności i rozkoszy Bożych.

Św. Teresa z Lisieux, patrząc wstecz na swoje życie, widziała to samo: „moja dusza dojrzewała w tyglu doświadczeń zewnętrznych i wewnętrznych”. Jak kwiatek po burzy, mogła w końcu podnieść głowę i ujrzeć obietnice Pisma Świętego spełnione w niej samej. Wiedząc, na głębszym poziomie, że Pan jest jej pasterzem, wyzbyła się lęku.


Snując refleksje na temat swojego powołania do Karmelu, by ratować dusze i modlić się za kapłanów, św. Teresa z Lisieux zauważa, że trzeba stosować właściwe środki; środkiem, z pomocą którego Jezus zbawił świat, była posłuszna miłość znosząca cierpienie ze względu na dobro dusz. Jak pisze święta:


Tak, cierpienie wyciągało do mnie ramiona, a ja rzuciłam się w nie z miłością. (...) Przez pięć lat było ono moją osobistą drogą; nic jednak nie zdradzało go na zewnątrz, choć było tym boleśniejsze, że tylko mnie znane. Ach! jakież będzie nasze zdziwienie przy końcu świata, gdy danym nam będzie czytać dzieje dusz!...

Cierpienie to oczyszczało autorkę Dziejów duszy z „uporu", z miłości własnej, mieszanej do rozmów duchowych, tej „wielkiej miłości własnej", która chwilami powodowała, że ludzie nazywali ją „roztrzepańcem” albo „smarkaczem". Święta zastanawiała się nad zmianami, jakie Bóg zdołał w niej uczynić dzięki temu, że przyjęła cierpienie.


Ale zmiany wywołała u św. Teresy z Lisieux nie tylko stabilność i dojrzałość cnoty i charakteru – świętość – ale również utożsamienie się z Chrystusem, co umożliwiło jej uczestnictwo w Jego odkupieńczym cierpieniu i Jego miłości dla zbawienia dusz. Mogła, jak wyraził to św. Paweł, „dopełnić braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół" (Kol 1,24).


Każdy aspekt oczyszczenia jest wyrazem wielkiej łaski Bożej. Każdy bolesny aspekt przemiany jest zakorzeniony w niezmiernym pragnieniu Boga, by uczynić nas zdolnymi do brania udziału w pełni Jego radości. Każde cierpienie jest tymczasowe, sprawiając, że stajemy się gotowi do uczestnictwa w wiecznej chwale.


Ten proces wyzwalania się z nadmiernych przywiązań (tego przywierania do rzeczy i ludzi tego świata z lęku lub chciwości), gdy tylko oczyszczenie zostanie ukończone, paradoksalnie prowadzi do zdolności kochania rzeczy i ludzi tego świata i cieszenia się nimi z dużo większą miłością i w wielkiej wolności ducha.


Podsumowując, św. Jan modli się:


Lecz ty, o boskie życie, nigdy nie zabijasz, jak tylko po to, by dać życie i nigdy nie ranisz, jak tylko po to, by uzdrowić! Gdy karzesz, tylko lekko dotykasz, a to już wystarczy, by zniszczyć świat; (...). Zraniłaś mnie, by uleczyć, o boska ręko! Wyniszczyłaś we mnie wszystko, co mnie czyniło umarłą z braku życia Bożego, w którym teraz żyję! (...) I ten Jednorodzony Syn Twój, o ręko wszechmogąca Ojca, jest tym dotknięciem miłym, którym mnie dotknęłaś i zraniłaś w mocy Twego upalenia.


Artykuły z cyklu "Cierpienia oczyszczające duszę":


  1. Wczesne etapy podróży

  2. Oderwanie się od nieuporządkowanych przywiązań

  3. Oderwanie się od siebie

  4. Pokusy

  5. Oschłość w modlitwie

  6. Głębsze oczyszczenie

  7. Noc ciemna



Artykuł powstał na podstawie książki Spełnienie wszystkich pragnień, Ralph Martin, wyd. AA, Kraków 2013

Opracowanie: Dorota Porzucek / CC BY-NC-ND 4.0

Grafika: VICONA (unsplash, pixabay) / CC BY-NC-ND 4.0

652 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg