Cierpienia oczyszczające duszę. Oderwanie się od siebie

Kiedy czytamy opisy typów udręk oraz głębi oczyszczenia opisywanych przez św. Jana od Krzyża i innych mistyków, to warto pamiętać, że musimy je przejść, by móc w pełni zjednoczyć się z Bogiem, że to oczyszczenie nie jest nieobowiązkowe. Jest konieczne. Nie jest to kwestia „jeśli”, ale „kiedy”. Gdy do tego oczyszczenia nie dojdzie w tym życiu, to będzie musiało do niego dojść w czyśćcu, jeśli mamy mieć możliwość oglądania Boga. Powinniśmy także pamiętać, że im szybciej dojdzie do tego oczyszczenia, tym lepiej dla nas i dla każdego innego człowieka w naszym życiu. Korzeń całego naszego nieszczęścia tkwi w grzechu i jego skutkach. Im wcześniej zostaniemy uwolnieni od zniekształceń i okaleczeń grzechu, tym szybciej doświadczymy pełniejszej radości i wolności jako synowie i córki Boga oraz tym większym będziemy błogosławieństwem dla innych.

Św. Jan mówi: Oczyszczenie to bowiem jest takie samo; przez które musiałyby [dusze] przechodzić w otchłani. Stąd też dusza, która przeszła to cierpienie, albo do tego miejsca nie pójdzie, albo zatrzyma się tam bardzo krótko, gdyż większą ma wartość jedna godzina cierpienia w tym życiu, niż wiele godzin w przyszłym.

Poniższy tekst jest częścią cyklu artykułów traktujących o oczyszczających cierpieniach dotykających duszę. Linki do pozostałych części znajdują się na dole strony.



Mała droga św. Teresy z Lisieux: codzienne wyrzeczenie w służbie Miłości


Św. Teresa z Lisieux bardzo dobrze wiedziała, że nie była ani wystarczająco zdolna, ani szczególnie powołana do „wielkich czynów" publicznego świadka wiary czy ofiarnej służby. Ale postanowiła być nie mniej hojną w podejmowaniu małych wyzwań i spraw codziennego życia, by zaprzeć się samej siebie i wziąć swój krzyż na ramiona – z miłości do Boga i innych ludzi. Jej małe „umartwienia” – śmierć miłości własnej i egoistycznych upodobań – są dostępne również każdemu z nas w naszym codziennym życiu. Nazwała to swoją „małą drogą", gdyż jest to ścieżka do świętości otwarta dla każdego. Święta wyjaśnia, że „nie pociągały” ją wielkie umartwienia świętych i że „nigdy" nie czyniła aktów pokuty z powodu swojego „tchórzostwa”. Przyznaje, że rozpieszczano ją na różne sposoby, ale dostrzega specjalny sposób umartwienia, ukazany jej przez Pana.


Umartwienia moje polegały na przełamywaniu własnej woli przez ustawiczną gotowość do uległości, na powstrzymywaniu się od ostrych odpowiedzi, na spełnianiu małych usług w ukryciu, na siedzeniu bez opierania się plecami itd..., itd... Przez praktykę owych nic przygotowywałam się do zostania oblubienicą Jezusa (...).

Życie św. Teresy od Dzieciątka Jezus w klasztorze przebiegało w taki właśnie sposób: korzystała ze sposobności, by zaprzeć się swojego uporu i samolubstwa w małych wyzwaniach codziennego życia z innymi. Podaje nam wiele przykładów tego, jak praktykowała te wyrzeczenia w okolicznościach swego codziennego życia zakonnego.


Ktoś przez pomyłkę wziął jej lampkę po wieczornej modlitwie, kiedy siostrom nie wolno już było rozmawiać. „Zamiast odczuć smutek z powodu jej braku, byłam bardzo szczęśliwa, mając świadomość, że ubóstwo polega na tym, by brakowało nam rzeczy nie tylko przyjemnych, ale i koniecznych; tak to w ciemnościach zewnętrznych otrzymałam światło wewnętrzne...".


Opowiada też o radości, jakiej doświadczyła, gdy jej piękny mały dzbanek znajdujący się w jej celi został zamieniony na duży, brzydki i „poobijany".


Jednak najwięcej trudności przysparzało św. Teresie unikanie usprawiedliwień, kiedy winiono ją za coś, co nie było jej winą. Niesprawiedliwie posądzona za stłuczenie wazonika postanowiła zachować milczenie i przyjąć karę bez usprawiedliwiania się, ale wymagało to sporo wysiłku.


Ze względu na moją małą cnotę te drobne praktyki bardzo mnie kosztowały; aż musiałam ratować się myślą, że na sądzie ostatecznym wszystko wyjdzie na jaw.

Swój przydział do obowiązków kuchennych święta Teresa traktowała jako dobry środek dający jej „niejedną okazję, by miłość własną umieścić na właściwym miejscu, to znaczy pod stopami”. Doświadczała też zwykłych przykrości związanych z pracą z innymi przy wykonywaniu wspólnego zadania. Gdy jedną z jej sióstr przydzielono do tej samej pracy, musiała przeciwstawić się, ze względu na regułę milczenia, swojemu wielkiemu pragnieniu swobodnej pogawędki, jak miała to w zwyczaju w domu rodzinnym. Opowiada o niezliczonych innych sposobnościach dla małych umartwień: o próbie sprawienia przyjemności starszej zakonnicy, do której ją przydzielono, a której praktycznie nie można było w żaden sposób zadowolić; o brudnej wodzie z pralni, którą ją ochlapywano i o tym, jak starała się na to nie reagować; o tym, jak zastawała swoje farby do malowania w nieporządku; o cierpliwym znoszeniu szmerów robionych przez pewną siostrę w trakcie wspólnej modlitwy, co w końcu ofiarowała Panu, wspominając, że modlitwa ofiarowania nie była „modlitwą odpocznienia"; o powstrzymywaniu się podczas rozmowy z nowicjuszkami od zadawania pytań, które miały jedynie zaspokoić jej ciekawość, nie mającą związku z jej obowiązkami i o nie podejmowaniu prób „pozyskania ich serc dla siebie”. Wszystko to, a nawet więcej, zdołała w końcu ofiarować Panu.


Opowiada też o pewnych „wielkich zwycięstwach" jako punktach zwrotnych w jej wysiłkach dojrzewania w miłości. Opisuje jedno z nich w ten sposób:


Jest w zgromadzeniu siostra, która ma talent drażnienia mnie na każdym kroku; jej zachowanie, jej słowa, jej usposobienie wydają mi się bardzo nieprzyjemne. Tymczasem jest to święta zakonnica, która musi być bardzo miła dobremu Bogu. Nie chcąc ulec naturalnej antypatii, jaką odczuwałam, powiedziałam sobie, że miłość bliźniego nie powinna opierać się na uczuciach, ale wyrażać się w czynach; postanowiłam więc postępować wobec tej siostry tak, jak postępowałabym względem najdroższej mi osoby.

Św. Teresa modliła się za tę siostrę, dziękowała Bogu za to, że ją stworzył i starała się okazać jej przyjaźń, także w małych przysługach, jakie dla niej robiła.


Nie oznaczało to – jak opowiada św. Teresa – że nie było chwil, gdy sytuacja, na jaką natrafiała, wydawała się przerastać jej poziom cnoty. W takich przypadkach, jak sama mówi, „ostatecznym środkiem, by nie ulec w walce, jest ucieczka”. Starała się, jeśli tylko było to możliwe, uniknąć kłopotliwej sytuacji, świadoma, że w swojej słabości mogłaby oblać egzamin z miłości.


Przyjrzyjmy się teraz konkretnym wadom, które zazwyczaj napotykamy w sobie, a w których mamy sposobność wyrzec się siebie i wzrastać w prawdziwej wolności i właściwym oderwaniu.


Pycha


Chociaż poznanie Pana i Jego miłości jest po prostu kluczem do rozwoju i przemiany, to my – jak zawsze – mamy pewną rolę do odegrania poprzez czynną współpracę z Jego łaską.


Jedną z pomocnych rzeczy w przezwyciężaniu pychy jest refleksja o naszej rzeczywistej sytuacji w relacji do Boga. Inną pomocą jest świadomy wybór upokorzenia siebie zamiast wywyższania się, gdy napotykamy różnorodne okoliczności życiowe, w których konieczne jest podjęcie takich decyzji. W końcu z wytrwałym trudem i Bożą pomocą będziemy mogli zmienić nasz wzorzec reakcji pełnej pychy na reakcje pełne pokory, zamienić wadę w cnotę.


Św. Franciszek doradza nam, abyśmy pokochali naszą własną słabość, nędzę oraz duchowe i ludzkie ubóstwo. Zaleca nam, byśmy nie starali się tego ukryć, przykryć albo udawać, że tego nie ma, ale byśmy właśnie to pokochali. Kiedy to słyszymy po raz pierwszy, porada ta wydaje się zdumiewająca, jednak opiera się ona na podstawowych faktach dotyczących naszej sytuacji wobec Boga. Cnoty, które się tutaj rodzą, to pokora w stosunku do Boga oraz łagodność wobec naszego bliźniego i własnego „ja”.


Św. Bernard zaleca nam akceptację konieczności upokorzeń jako środek do wzrastania w cnocie pokory.


Tylko wówczas, kiedy uzasadnia to pokora, można uzyskać wielkie łaski, stąd ten, który ma zostać nimi ubogacony, najpierw zostaje upokorzony karceniem, aby poprzez swoją pokorę na nie zasłużył. A zatem, kiedy spostrzeżecie, że jesteście upokarzani, popatrzcie na to jako na znak pewnego poręczenia, że zbliża się łaska (Ps 85,17). Tak jak duch nadyma się pychą tuż przed zniszczeniem, tak jest poddany upokorzeniu przed dostąpieniem zaszczytu (Prz 16,18). (...) „Bóg sprzeciwia się pysznym, pokornym zaś daje łaskę" (Jk 4,6).

Czasami upokarzająca okoliczność jest zrządzeniem Bożym, a czasami wynikiem działań naszych bliźnich, ale w obu przypadkach upokorzenie nie oznacza, że automatycznie stanie się ono pokorą – to zależy od naszej reakcji.


Czy dostrzegacie, że pokora sprawia, że stajemy się prawi? Mówię „pokora", a nie „poniżenie”. Jakże wielu dostępuje poniżenia, a nie są pokorni! Są tacy, którzy przyjmują poniżenie z urazą, tacy, którzy przyjmują je z cierpliwością, tacy, którzy przyjmują je z pogodą ducha. Pierwsi są winni, drudzy niewinni, ostatni sprawiedliwi. (...) Któż może powiedzieć: „Dobrze to dla mnie, że mnie poniżyłeś" (Ps 119,71), ten jest zaprawdę pokorny. Człowiek, który je znosi niechętnie, nie może tego powiedzieć; jeszcze mniej człowiek, który szemra. Żadnemu z nich nie obiecuję łaski z powodu poniżenia (...), ponieważ nie poniżonym, ale pokornym Bóg daje łaskę. Ale pokornym jest ten, kto zamieni poniżenie w pokorę.

Nasza reputacja


Św. Franciszek przyznaje, że posiadanie i zachowanie dobrej reputacji nie jest koniecznie wyrazem grzesznej pychy, ale bywa użyteczne w relacjach towarzyskich i w celu uniknięcia skandalu. Istnieje zatem często obowiązek posiadania i zachowania dobrej reputacji. Z drugiej strony, upór, próżność, brak zaufania do Boga, złość i nienawiść mogą się skrywać za staraniami, by „obronić swoją reputację". Św. Franciszek doradza zatem, byśmy nie byli jednak „nadto gorliwi, ściśli i drobiazgowi w tym przestrzeganiu naszej dobrej sławy", jeśli nie z innych powodów, to z racji czysto pragmatycznych. Gdyż ci, którzy „są w tej sprawie nazbyt czuli i bojaźliwi (...) tak bardzo pieszcząc się ze swoją dobrą sławą, ze szczętem ją tracą. Bo przez rozczulanie się nad sobą stają się dziwaczni, obraźliwi, nieznośni i sami wywołują złośliwość obmówców". Św. Franciszek zauważa, że ogólnie rzecz biorąc dużo lepsze jest niezważanie na zranienia albo oszczerstwa „aniżeli obruszanie się, poszukiwanie satysfakcji i zemsta. Od wzgardy bowiem rzeczy te same upadają. A kto się o nie spiera, ten wydaje się im przyświadczać (...); podobnie obmowa: tych tylko dosięga, którzy się nią bardzo niepokoją. Zbyteczna obawa o utratę dobrej sławy jest oznaką małej ufności w jej podstawę, którą jest prawda dobrego życia".


Św. Franciszek mówi, że powinniśmy podejmować rozsądne starania, by obalić kłamstwa, które się o nas opowiada, ale jeśli nasze wysiłki nie są skuteczne, wówczas po prostu powinniśmy przejść nad tym do porządku dziennego, powierzając nasze życie z ufnością opiece Bożej, ciągle się upokarzając. Jeśli Bóg pozwoli, by odebrano nam naszą dobrą reputację, to będzie to „na to tylko, by nam ją dać lepszą lub by nas wyćwiczyć w pokorze, której jedna uncja więcej jest warta niż tysiąc funtów sławy i zaszczytów".


Św. Franciszek zgadza się ze św. Grzegorzem Wielkim, że jeśli oskarża się nas o popełnienie czegoś, czego jesteśmy faktycznie winni, wówczas powinniśmy się do tego przyznać i pokornie prosić o przebaczenie. Grzegorz mówi do tych, którzy zostali fałszywie oskarżeni: „tłumacz się spokojnie, mówiąc, że nie jesteś tego winna, bo to się należy prawdzie i zbudowaniu bliźniego. Lecz gdyby po twojej prawdziwej i sprawiedliwej obronie jeszcze się upierano przy oskarżaniu cię, nie trać bynajmniej pokoju i nie upieraj się w swojej obronie".


Niebronienie się było dla św. Teresy z Lisieux walką i milowym krokiem naprzód w jej podróży duchowej. Opowiada ona, jak pewnego razu potrzebny był ktoś do nadzorowania robotnika pracującego w klasztorze i ta sposobność została przedstawiona jednej z sióstr i św. Teresie. Św. Teresa, która z przyjemnością podjęłaby się tej służby, motywowana miłością bliźniego zdecydowała się nie spieszyć, aby dać drugiej siostrze szansę pierwszeństwa. Zwierzchniczka zauważyła powolność św. Teresy, zinterpretowała to jako niechęć do wykonania obowiązku i publicznie ją skarciła. Cała wspólnota zatem, jak przypuszcza św. Teresa, potraktowała jej niespieszność jako objaw egoizmu. Wiedziała, że nie powinna się bronić i ten incydent również pomógł jej lepiej zrozumieć „marność" ludzkich pochwał i zarzutów:


Chroni mnie teraz także od próżności, kiedy jestem chwalona, bo wtedy mówię sobie: Skoro moje małe akty cnoty bierze się za niedoskonałość, to można się równie dobrze mylić, biorąc za cnotę to, co jest niedoskonałością.

Wiedziała, że jedynie Bóg może sprawiedliwie osądzić ludzkie serce, jak wyjaśnił to św. Paweł, mówiąc o niedoskonałości ludzkiego osądu (por. 1 Kor 4,3-4).


Niecierpliwość


Pycha i brak oderwania często może się wyrażać w niecierpliwości. Niecierpliwość często jest zakorzeniona w pysze, gdyż oznacza ona oczekiwanie, że rzeczy potoczą się tak, jak ja chcę, by się potoczyły, że ludzie będą się zachowywać w sposób, który ja uważam za odpowiedzialny, że nieszczęścia i nieprzewidziane okoliczności nie powinny mi się przytrafiać i tak dalej. Wyrzeczenie się naszych egoistycznych żądań, opinii, sądów i oczekiwań jest ważnym wymiarem wzrastania w pokorze.


Św. Franciszek Salezy wskazuje, że nie jest rzeczą niezwykłą okazywanie wybiórczej cierpliwości – cierpliwości wobec spraw, co do których jej zachowanie uważamy za rozsądne – natomiast niecierpliwości wobec całej reszty. Zauważa on, że nasza cierpliwość musi stać się wszechstronnym poddaniem się woli Bożej w pokorze:


Nie ograniczaj swojej cierpliwości do pewnego rodzaju zniewag i utrapień, ale rozciągnij ją na wszystkie, jakie Bóg na ciebie ześle i dopuści.

Św. Franciszek podkreśla, że wybiórcza cierpliwość często ma swoje źródło w zamaskowanym samolubstwie:


Są tacy, którzy chcą znosić jedynie cierpienia chwalebne, jak walecznie odniesione blizny, prześladowania dla sprawiedliwości, męczeństwo za wiarę, zubożenie dla słusznej sprawy itp. Tacy nie kochają się w cierpieniu, tylko we czci, jaką cierpienie im ze sobą przynosi.
Prawdziwie cierpliwy sługa Boży na równi znosi cierpienia, bez względu na to, czy łączą się one ze wstydem, czy z chwałą.

Łatwiej jest być krytykowanym przez osobę pozbawioną reputacji, trudniej przez kogoś ogromnie szanowanego. Łatwiej jest mieć „szlachetną" chorobę, trudniej wstydliwą. Łatwiej jest uporać się z przewidywaną trudnością, trudniej z nieprzewidzianą. Łatwiej jest radzić sobie z przeszkodami w pracy, kiedy pracujemy nad czymś mniej ważnym, trudniej, kiedy jest to coś ważniejszego i trudniejszego.


Św. Franciszek doradza nam również cierpliwość nie tylko wobec samych dolegliwości, ale również wobec ich drugorzędnych denerwujących aspektów. Prawdziwa pokora musi wiązać się z wyrzeczeniem się naszych własnych niecierpliwych reakcji, oczekiwań i sądów, których źródłem jest pycha. Nie ma prawdopodobnie świętego lub świętej, którzy głębiej pojmowaliby znaczenie cierpliwości niż św. Katarzyna ze Sieny. Podczas gdy św. Teresa z Avila i św. Franciszek Salezy podkreślają związek między pokorą i cierpliwością, św. Katarzyna akcentuje związek pomiędzy miłością i cierpliwością:


Tak samo dusza, która chce Mnie kochać, winna też najchętniej znosić dla Mnie wszystkie męki, jakiekolwiek jej ześlę i jakikolwiek będzie ich rodzaj. Cierpliwość dowodzi się tyko w cierpieniach i cierpliwość jest nieodłączna od miłości (...)

Św. Katarzyna, jak wiemy, po prostu przekazuje to, co słyszy od Boga Ojca. Zauważa ona, że cierpliwość – oraz wszystkie cnoty – są poddawane sprawdzianowi i rozwijają się w naszych wzajemnych relacjach. Inni ludzie są dla nas drogą do wzrastania w cnocie.

Teraz powiem ci, że przez bliźniego doświadcza się w sobie cnoty cierpliwości przy sposobności krzywdy, którą się od niego doznaje. Człowiek doświadcza pokory przez pysznego, wiary przez niewiernego, nadziei przez zrozpaczonego, sprawiedliwości przez niesprawiedliwego, litości przez okrutnika, łagodności i dobrotliwości przez gniewnego.
Wszystkich cnót doświadcza się i spełnia się je przez bliźniego, podobnie jak niegodziwi spełniają przez niego wszelkie swe złości.

Gdy odpowiadamy cierpliwą miłością, uwalniamy moc w życiu tych, którzy wypróbowują naszą cnotę. Św. Katarzyna ze Sieny mówi, że „taka jest siła miłości i doskonałej cierpliwości w tym, który, narażony na gniew złośnika, znosi bez skargi jego ułomności”.


Pokora jest zakorzeniona w samowiedzy i znajomości Boga. Wiedza o naszej własnej grzeszności, krótkości i kruchości ludzkiego życia, wielkim miłosierdziu i dobroci Boga oraz bezmiarze wieczności – wszystko to pogłębia pokorę i umożliwia praktykowanie cierpliwości. Cierpliwość nie jest możliwa bez pokory, która przynosi ze sobą głębokie poznanie i zaufanie w dobroć i opatrzność Bożą...


Św. Katarzyna wyjaśnia, że chociaż nikt nie może uniknąć bólu fizycznego w tym życiu z powodu kruchości naszych ciał, głębszy ból ma swoje źródło w przeciwstawieniu naszej woli – woli Bożej. Wraz z dochodzeniem do coraz większej zgodności naszej woli z wolą Bożą – co jest jedną z definicji świętości stosowaną przez wielu świętych – duchowe i psychiczne cierpienie związane ze sprzeciwianiem się woli Bożej słabnie i łatwiej można znieść ból cielesny, gdy wszystkie cnoty wzrastają.


Jeśli cierpią, jak ci rzekłem, to ciałem, a nie duchem, gdyż zmarła ich wola zmysłowa, która gnębi i dręczy ducha stworzenia. Gdy znikła wola, znikło i cierpienie. Wszystko odtąd znoszą z czcią, uważając sobie za łaskę, że są doświadczani przeze Mnie, i pragnąc tylko tego, czego Ja chcę. (...) uznają, że zasłużyli na tę mękę i przechodzą ją z weselem i poznaniem siebie, nie czując przygnębienia.

Św. Katarzyna w niezwykły sposób opisuje wolność i radość, jaka może stać się udziałem tych, którzy doszli do doskonałości w wyrzeczeniu i pokorze oraz pragną z pełną ufnością tego, co jest wolą Bożą.


Czy przyjdzie udręczenie ze strony ludzi, czy choroba, czy ubóstwo, czy utrata stanowiska w świecie, czy śmierć dzieci lub innych stworzeń, które się bardzo kocha (a wszystko to są ciernie, które zrodziła ziemia po grzechu), oni przyjmują wszystko z światłem rozumu i wiary świętej, patrząc tylko na Mnie, który jestem najwyższym Dobrem i mogę chcieć tylko dobra; i dopuszczam to dla ich dobra, z miłości, nie z nienawiści. (...).
Wiedzą, że każdy trud w tym życiu jest krótkotrwały jak czas. Czas jest drobnym punktem, niczym więcej; gdy minął, minął i trud. Widzisz więc, że jest drobiazgiem. Słudzy moi cierpliwie znoszą próby (...).

Nieposłuszeństwo


Wielu świętych zauważa związek pomiędzy posłuszeństwem, cierpliwością, pokorą i miłością. Św. Katarzyna mówi o tym wprost:


Znakiem, że posiadasz tę cnotę (posłuszeństwa), jest cierpliwość; niecierpliwość dowodzi, że ci jej brak.

Podobnie jak w przypadku ubóstwa i czystości, posłuszeństwo w życiu osoby świeckiej jest odmienne od tego charakteryzującego osobę, która złożyła śluby posłuszeństwa w zakonie. Jednak mimo to posłuszeństwo jest istotne dla postępów w podróży duchowej. Św. Franciszek Salezy jasno daje do zrozumienia, że istotą świętości jest całkowite ukierunkowanie na miłość – miłość Boga i bliźniego, a tym samym pełne podporządkowanie woli Bożej. Równie jasno stwierdza on, że wyrzeczenie – szczególnie w dziedzinie ubóstwa, czystości i posłuszeństwa – to podstawowy środek osiągnięcia takiej miłości i jedności.


Św. Franciszek podkreśla również różnicę pomiędzy posłuszeństwem koniecznym a dobrowolnym. Konieczne posłuszeństwo to takie, które jesteśmy winni tym, którzy reprezentują prawowitą władzę nad nami zarówno w państwie, jak i w Kościele oraz w rodzinie. Święty nie ukrywa, że w Bożym planie, dla dobra rodziny, społeczeństwa i Kościoła, prawowita władza musi być szanowana i stosownie słuchana. Nie oznacza to jednakże całkowitego posłuszeństwa – nigdy nie możemy posłuchać na przykład polecenia uczynienia czegoś grzesznego. Oprócz tego koniecznego posłuszeństwa św. Franciszek doradza nam, byśmy, traktując to jako sposób wzrastania w doskonałym posłuszeństwie, szli za radą naszych przełożonych – nawet w ich pragnieniach i skłonnościach, i nawet wówczas, kiedy nie otrzymaliśmy polecenia – „O tyle, o ile pozwolą (...) na to miłość Boga oraz roztropność".

W naszej współczesnej kulturze, w której wyczulenie na nadużywanie władzy siłą rzeczy wzrosło, warto zauważyć zastrzeżenia św. Franciszka, dotyczące granic posłuszeństwa. Nigdy nie powinniśmy być posłuszni żądaniu uczynienia czegoś, co jest grzeszne i powinniśmy być baczni na możliwość naruszenia miłości bliźniego i roztropności.


Duch, w którym jesteśmy posłuszni, również jest ważny:


Bądź wreszcie posłuszna słodko bez oporu, prędko bez ociągania się, wesoło bez dąsów. A nade wszystko bądź posłuszna miłośnie: z miłości do Tego, który z miłości do ciebie stał się posłuszny aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej.

Św. Franciszek ma także zdumiewającą poradę, jak szkolić siebie samych w takim posłuszeństwie wobec naszych zwierzchników – mianowicie w naszych relacjach ze sobą nawzajem. Radzi nam, że jeśli chcemy się nauczyć, jak być z łatwością posłusznym naszym zwierzchnikom, to powinniśmy zgadzać „się łatwo na wolę równych sobie, bez sporu i bez oporu ustępując ich zdaniu w tym, co nie jest złe". A w przypadku tych, nad którymi być może mamy władzę, doradza: „skłaniaj się też chętnie ku życzeniom twoich podwładnych, o ile pozwoli na to roztropność, a dopóki dobrze się sprawują, nie używaj względem nich nacisku twej władzy".


Św. Bernard zgadza się z tym:


Niewiele warte jednak będzie, gdy jesteście posłuszni Bogu, jeśli nie jesteście posłuszni każdej ludzkiej istocie ze względu na Boga (1 P 2,3), czy to będzie opat jako pierwszy przełożony czy inni zwierzchnicy przez niego powołani. Pójdę jeszcze dalej i powiem: poddani bądźcie równym wam i niższym wam rangą. „Pozwól teraz powiedział Chrystus bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe” (Mt 3,15). Jeśli szukacie nieskalanej sprawiedliwości, zważajcie na człowieka małego znaczenia, zdajcie się na tego niższego rangą, służcie młodym.

Mając sokoli wzrok, dostrzegający wszelkie samozakłamanie w życiu duchowym, św. Franciszek Salezy przypomina nam, że „kto jest trudny i niemiły w oddawaniu posłuszeństwa tym, których Bóg nad nami przełożył, łudzi się, jeśli sądzi, że łatwo byłby posłuszny, gdyby był zakonnikiem albo zakonnicą”. Mówi również o możliwości dobrowolnego wejścia w związek posłuszeństwa, który nie jest od nas wymagany, jako sposobie wzrastania w cnocie. Sugeruje tę ewentualność w przypadku naszej relacji ze spowiednikiem albo kierownikiem duchowym. Możliwość poproszenia naszego spowiednika albo kierownika duchowego, by nakazywał nam robienie tego, co korzystne dla naszego wzrastania w Chrystusie – co byłoby zarówno pomocne w spełnianiu takich rzeczy, jak również jako sposób powiększenia ich wartości – stworzy nową sposobność na wykazanie się posłuszeństwem. Podaje on przykład św. Teresy z Avila, która oprócz posłuszeństwa należnego względem jej zakonnych przełożonych, złożyła także śluby posłuszeństwa jednemu ze swoich spowiedników.



Artykuły z cyklu "Cierpienia oczyszczające duszę":


  1. Wczesne etapy podróży

  2. Oderwanie się od nieuporządkowanych przywiązań

  3. Oderwanie się od siebie

  4. Pokusy

  5. Oschłość w modlitwie

  6. Głębsze oczyszczenie

  7. Noc ciemna



Artykuł powstał na podstawie książki Spełnienie wszystkich pragnień, Ralph Martin, wyd. AA, Kraków 2013

Opracowanie: Dorota Porzucek / CC BY-NC-ND 4.0

Grafika: VICONA (unsplash, pixabay) / CC BY-NC-ND 4.0

322 wyświetlenia
Ostatnie posty
SYGNET-SZARY.png
  • Facebook - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg